Felieton (nie)poprawny politycznie

Autor

Szymon Kaczmarek

Prawdopodobnie jestem człowiekiem niepoprawnym, a już z całkowitą pewnością, niepoprawnym politycznie. Kieruję się stereotypami, stygmatyzuję, używam mowy nienawiści i ogólnie, trochę ze mnie taki  (...)  to miejsce na Twoje Czytelniku dosadne określenie. Oto bowiem, o Steve Wonderze wyrażam się per „murzyn”, na Inuita mówię Eskimos i słucham muzyki cygańskiej, a nie romskiej. O mniejszościach seksualnych i emigrantach z Afryki północnej, przez litość wobec siebie nie wspomnę.

Już będąc dzieckiem śmiałem śmiać się z Murzynka Bambo, a o serdecznym koledze z podstawówki mówiliśmy Żyd, bo do klasy chodzili jeszcze Grek, Niemiec i Ukrainiec. Ich też stygmatyzowaliśmy etnicznie. Aż dziw, że ani razu nie pobiliśmy się na tle rasowym, może dlatego, że za przyjaciela o innych korzeniach narodowościowych skoczylibyśmy w ogień. W tamtych, niesłusznych czasach, wszyscy byliśmy niepoprawni. Dla tej międzynarodowej bandy obsmarkańców Winnetou był Indianinem, a nie przedstawicielem „first nation”. Paskudne dzieciństwo miałem. Czytałem cygańskie bajki Ficowskiego i nikt nie słyszał o skrócie LGBT. Nawet nasi rodzice po pożyczki chodzili „do Żyda”, choć częściej bywał on przedsiębiorczym, polskim lichwiarzem, a dzieciaki były łobuzami. Dziś mają poprawne ADHD.

Niedobrym człowiekiem jestem. Niepoprawnym politycznie, mówiącym idiocie, że jest idiotą. Z troski o niego oczywiście, bo może nie zdawać sobie z tego sprawy. Może na przykład nie wiedzieć, że według niezawodnej wikipedii: „Poprawność polityczna (ang. political correctness) – to sposób używania języka w dyskursie publicznym, którego deklarowanym celem jest zachowanie szacunku, oraz tolerancji wobec członków mniejszości, w szczególności wobec grup dyskryminowanych”. Znamiennym jest fakt, że nie ma we wspomnianej wikipedii ani słowa o NIEpoprawności politycznej… Jest natomiast dość sporo o konformizmie i oportunizmie. Zresztą, czym się one różnią od poprawności?

Ciekawe, czy rozmowa przy stole wigilijnym, to dyskurs publiczny, czy jeszcze prywatny? Już słyszę te dowcipy o Rozenbaumie, albo przenikliwej blondynce, opowiadane przez poprawnych politycznie rodaków, zajadających wigilijna pizzę, albo kebab… Te pomyje wylewane na lewą, albo prawą stronę, w zależności od upodobań i wysokości pobieranych 500+. Czy choćby niepochlebne opinie o mnie, przedstawicielu dyskryminowanej mniejszości, bowiem taką mniejszością coraz częściej się czuję. Pod wieloma względami, nie tylko obyczajowymi.

Z moich niepoprawnych obserwacji wynika, że najczęściej spotykamy się z poprawnością płatną. Zwłaszcza w okresie przedświątecznym i zwłaszcza w sklepach. Umęczona pani ekspedientka odpowiada z wyćwiczonym uśmiechem upierdliwej klientce,
że nie ma takiego rozmiaru tej sukienki, który objął by jej wielorybi organizm. Oczywiście będąc poprawną politycznie, oznajmia jej, że wszystkie upragnione rozmiary właśnie zostały wykupione. Za taką poprawność jej płacą. Niewiele, ale jednak. Dlaczego daję przykład ekspedientki? Ano, dlatego, że polityka z poprawnością już dawno nie mają nic wspólnego. Chyba, że w kwestii żeńskich końcówek zwanych feminatywami. Zastanawiam się, czy gdy usłyszę słowo literatka, to będzie znak do wzniesienia toastu, czy spotkanie z tegoroczną laureatką nagrody Nobla?

Życząc Czytelnikom poprawnych Wesołych Świąt, wiem, że w uporze swoim, po wigilijnej kolacji zjem na deser murzynka, a nie afroamerykanina. Smacznego.

12( 133)
Grudzień'19