I love Szczecin

Marzena Wasikowska jest utalentowanym fotografem i mamą jednej z największych hollywoodzkich gwiazd – Mii Wasikowskiej. Obecnie mieszka w Australii, ale wychowała się w Szczecinie. – Uwielbiam wracać do mojego miasta. Uwielbiam jego mury, przepiękną zieleń. Zajmuje 50 procent mojego serca. Gdyby rodzina chciałaby się tutaj przeprowadzić, Szczecin byłby numerem jeden – przyznaje. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Dawniej, gdy jako dziecko mieszkałam w Szczecinie, nie potrafiłam ocenić tego miasta. Nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Teraz, gdy jestem daleko – w Australii – Szczecin jest dla mnie niezwykle ważny. Gdy przyjeżdżam nie mogę nacieszyć się tymi murami, widokami, światłem. Szczecin wciąż jest miastem niedocenionym. Oczywiście, jest w nim mnóstwo elementów, które by mogły być zadbane, wyczyszczone, czy odnowione. To piękne zielone miasto. Dawniej moja ciocia pracowała w firmie miejskiej zajmującej się utrzymaniem zieleni. Odczuwam jej serce w czerwcowych, pachnących lipach. Dzięki zieleni, parkom czy lasom, Szczecin oddycha czystym powietrzem i bez wątpienia jest miastem niezwykle specyficznym. 

Uczyłam się w szkole podstawowej nr 8 przy al. Piastów. Teraz budynek funkcjonuje jako Pałac Młodzieży. Kilka lat temu, podczas pobytu w Szczecinie, weszłam do środka z lekką niepewnością i w całości go zwiedziłam. Wróciło tyle wspomnień. 

Najpierw mieszkałam z rodzicami przy ulicy Jana Pawła. Niewiele pamiętam z tego miejsca. Później już przeprowadziliśmy się na ulicę Bogusława. W śnieżną zimę nauczyłam się tam jeździć na łyżwach. Bawiłam się często na trzepaku. Z kolegami i koleżankami graliśmy w „grzyba”, rzucając nożem lub scyzorykiem w ziemię. Od taty wyłudziłam nawet scyzoryk, przepiękny w kształcie rybki. Mnóstwo czasu spędzałam u mojej babci, na podwórku przy ulicy Krzywoustego. Pamiętam, że często chodziłyśmy do Parku Kasprowicza karmić łabędzie i na rynek. Babcia kupowała mi wówczas pomidory, czereśnie, słonecznik. Jak każde małe dziecko byłam w stanie stworzyć z ziaren słonecznika interesujące wzory. 

Pewnego dnia, na podwórku u babci, wywróciłam się na wrotkach i złamałam rękę. Bardzo się bałam i skłamałam, że jest to wina innej dziewczynki z oficyny. Oczywiście nie było jej wtedy na podwórku, jednak musiałam coś wymyślić. Nie spodziewałam się, że mama i babcia pójdą do jej rodziców i oskarżą o moje nieszczęście. Dopiero po kilku dniach przyznałam się, że skłamałam. Wstyd mi było, kiedy musiałam ją przeprosić. Do dzisiaj jest mi z tym źle, że biedna oberwała przeze mnie. 

Później przeprowadziliśmy się z mamą do wybudowanego mieszkania na Pomorzanach. Pamiętam, że zanim się wprowadziłyśmy i mieszkanie stało jeszcze puste, chodziłyśmy kąpać się przy świecach. Miałam tam mnóstwo koleżanek. Na rowerze jednej z nich nauczyłam się jeździć. 

Dużo spacerowałam, czasami z mamą, jednak codziennie z babcią. Mama zabierała mnie często do Pleciugi. Gdy po raz ostatni byłam w Szczecinie, wybrałam się ponownie na kilka świetnych przedstawień. Chciałabym bardzo pokazać ten fantastyczny teatr moim wnukom. Bardzo miło wspominam Park Kasprowicza, filmy i koncerty na Zamku Książąt Pomorskich, przedstawienia w Kanie i w 13 Muz. Często przechodziłam koło kina Kosmos. Bardzo mnie intrygowało, ale nie miałam okazji wejść do środka przed wyjazdem do Australii. Wyjechałam,
gdy miałam 11 lat. 

Do Szczecina przyjeżdżamy tak często, jak tylko mogę. Dzieli nas długa droga. Lot wynosi 30 godzin. Trzeba liczyć się z niewygodnymi warunkami i z jetlagiem, czyli zespołem nagłej zmiany strefy czasowej. Mam nadzieję, że uda mi się niebawem namówić dzieci i wnuki na przylot i zostaniemy trochę dłużej. Bardzo podoba mi się miasto późną wiosną i latem. Zachwyca zieleń, która pachnie w formie wspomnianej lipy. Zachwycają zadbane przedogródki obsadzone kwiatami. Nie mogę nie wspomnieć również o nowej filharmonii, ukochanym Kinie Pionier oraz Zamku. 

Szczecinianie powinni docenić to, co mają. Nie mogę się doczekać, kiedy plac Orła Białego zostanie bez samochodów. Będzie miejscem
do odpoczynku, na spacery, przemyślenia na ławkach czy przesiadywanie w kawiarniach w przyjemnym otoczeniu. Jest to przecież piękne miejsce do tego, by pełniło wreszcie funkcję prawdziwej starówki. 

Cieszą również rowery miejskie. Korzystałam z nich przez cały ostatni pobyt. Ich obsługa nie jest bezproblemowa, ale nie zmienia faktu, że jest to bardzo fajna sprawa. Należałoby jeszcze zaplanować na ulicach bezpieczne szlaki rowerowe, takie jak np. w Kopenhadze. 

Uwielbiam, dla równowagi, wracać do Szczecina. W Australii tęsknię za murami tego miasta. Gdy przyjeżdżam chodzę także na Wały Chrobrego. Odwiedzam Karczmę pod Kogutem na Placu Lotników. Zachodzę do Ukraineczki na Starym Mieście. Polska otwiera się na międzynarodowe smaki, co bardzo mnie cieszy. 

Szczecin zajmuje 50 procent mojego serca. Tylko 50, bo gdyby rodzina chciała się przeprowadzić do tego miasta, to by pewnie zajmował 100 procent. W moim wieku nie mogę sobie pozwolić na to, by opuścić rodzinę, dzieci i wnuki i zamieszkać w Polsce na cały rok. Dobrze jest się cieszyć tym, co mam. 

 

 
12( 133)
Grudzień'19