Paweł Wilczak TRZEBA MIEĆ KRĘGOSŁUP MORALNY

Był u szczytu popularności, na który wywindowały go m.in. komediowe, ikoniczne role w serialach „Kasia i Tomek”, czy „Usta, Usta”. Wydawało się, że filmowy świat stoi przed nim otworem, że wystarczy tylko wykorzystać szansę, która się pojawiła. Tymczasem on znika z ekranów na dobrych kilka lat. W tym roku jednak powrócił i jest to powrót w wielkim stylu. Pawła Wilczaka już 25 grudnia będziemy mogli zobaczyć w wybitnej kreacji literata w filmie „Pan T”. O tym dlaczego ten film warto zobaczyć, dlaczego zniknął na wiele lat z ekranów i o tym, co jest w życiu ważne, Paweł Wilczak opowiada czytelnikom Prestiżu w rozmowie z Jakubem Jakubowskim. 

Autor

Jakub Jakubowski

galeria

Jakie to uczucie nasikać na spodnie Bolesława Bieruta, a potem wypalić z nim skręta?

(śmiech) Fantastyczne. Szkoda, że to możliwe tylko w filmie. 

Mówimy oczywiście o filmie „Pan T”, w którym zagrał Pan główną rolę, a w rolę Bieruta wcielił się Jerzy Bończak. Te dwie sceny, o których wspomniałem z pewnością przejdą do historii polskiego kina. 

Faktycznie, ale nie zdradzajmy, bo warto zobaczyć je w kinie. Z Jurkiem Bończakiem współpracowało mi się doskonale. To jest mistrz i to była dla mnie czysta przyjemność. On chyba też mnie polubił, wierzę, że ta chemia między nami widoczna jest na ekranie. Ja w ogóle nie wiem jak można na planie współpracować z aktorem, którego się nie lubi, jak w takiej atmosferze można zrobić dobry film? Moim zdaniem, nie da się. 

No właśnie, wszystko wskazuje na to, że zrobiliście dobry film. Rozmawiamy po projekcji na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, na którym „Pan T” został doskonale, wręcz entuzjastycznie przyjęty przez widzów i jury. Podobnie jak Pana rola. 

Miło mi, że Pan tak twierdzi i bardzo się cieszę, że film zebrał tak dobre recenzje. To znaczy, że zarówno ja, jak i pozostali twórcy dobrze wykonaliśmy swoją pracę. Muszę przyznać, że to film niełatwy w odbiorze, trzeba się w niego zagłębić wszystkimi zmysłami, ale gwarantuję, że można się nim delektować. To film działający na zmysły, ale też wywołujący emocje i refleksje, a o to przecież w kinie chodzi. 

Kim jest zatem tytułowy Pan T?

Założenie było takie, że przedstawiamy historię literata, który po II wojnie światowej znalazł się w komunistycznej Polsce po niewłaściwej stronie ideologicznej barykady, nigdy jednak nie brał na poważnie myśli o poddaniu się otaczającej go zewsząd presji konformistycznego bratania się z władzą. W rezultacie został zmarginalizowany jako pisarz i jako człowiek. W efekcie musi walczyć o przetrwanie nie tylko artystyczne, ale też fizyczne. Chcieliśmy pokazać determinację tego człowieka w niepoddawaniu się. Walka o swoją wolność i twórczość. To były marne czasy, nędzne politycznie, ale też społecznie. Wszechobecna niepewność, donosy, kontrola. Trzeba było coś sprzedać, coś napisać, aby móc kupić chleb. Sęk w tym, że Pan T, uznany pisarz mieszkający w hotelu dla literatów, pisać nie może, bo władza mu nie pozwala. Utrzymuje się z korepetycji dawanych pięknej maturzystce, z którą łączy go płomienny romans. 

Smutna proza życia tamtych czasów?

Tak, ale film nie jest smutnym dramatem o sfrustrowanych artystach. Wątek dramatyczny jest tutaj oczywiście mocno wyeksponowany i wywołuje w widzach wiele przejmujących refleksji, niemniej jest w „Panu T” trochę pełnej groteski i absurdu komedii. Wiele scen z pewnością wywoła śmiech. To humor wyszukany, inteligentny. 

Pan T walczy z systemem?

Tak, ale w dość specyficzny sposób. Nie jest to czynny opór, działalność w konspiracji. To artysta wyklęty, człowiek, który nie brata się z systemem, nie wchodzi z nim w żadną komitywę. Walczy z nim słowem i wyobraźnią. Moralność i uczciwość były i będą dla niego zawsze najważniejszą walutą, a najlepszą metodą walki z systemem jest korzystanie z własnej wyobraźni – jedynej przestrzeni, w której można być prawdziwie wolnym.

Pana bohater mógłby z łatwością wpasować się w system i czerpać z niego profity. Taki koniunkturalizm był powszechny wtedy, ale też i dzisiaj.

To nic zaskakującego. Zawsze byli i zawsze będą artyści, ale nie tylko artyści, ludzie w ogóle, którzy dla doraźnych korzyści naginać będą swój kręgosłup moralny i usypiać swoje sumienie. Z drugiej strony zawsze będą też artyści wierni sobie i swoim zasadom, walczący o swoją wolność. 

Czy po realizacji tego filmu ma Pan wiarę w to, że można być dobrym i niezależnym artystą bez oglądania się na okoliczności, bez koniunkturalizmu?

Myślę, że tarcie w działaniach kreatywnych, bo to nie dotyczy tylko artystów, jest nieodłączną częścią naszego życia. Pieniądze, gospodarka, polityka mają wpływ na nasze życie, czy tego chcemy, czy nie. W dokumentach mam jednak wpisane wolny zawód. Jeżeli władza ma określać kto jest artystą, a kto nie, to już nie będzie wolny zawód. Jeżeli coś się robi z nakazu, lub nie można czegoś robić, bo ktoś Ci tego zabrania, to nie ma nic wspólnego z wolnością. Ja myślę, że żyjemy dzisiaj w czasach dosyć nieciekawych. Świat skręca w prawą stronę, liberalizm jest duszony, a to dla sztuki jest śmiertelne, a i ludziom zabiera tlen do życia. 

Jak wiele znajduje Pan odniesień, podobieństw do samego siebie w postaci Pana T?

Uważam, że w życiu trzeba być po prostu dobrym człowiekiem, mieć kręgosłup moralny. Gdy się to traci, staje się to natychmiast widoczne. Myślę, że pod tym akurat względem ja i Pan T jesteśmy bardzo podobni. 

To dlatego tak długo nie oglądaliśmy Pana na ekranach? Nie było propozycji, które byłyby zgodne z Pana kręgosłupem moralnym?

Często słyszę to pytanie, ale ja w ogóle nie uważam, że coś trwało krótko lub długo. Po prostu tak się moje życie potoczyło, a ja nawet tego nie zauważyłem. Może to dziwnie brzmi, ale ja naprawdę nie zwróciłem na to uwagi. Miałem to szczęście, że pojawił się Marcin Krzyształowicz, który mi zaufał i pojawił się tekst, który mnie urzekł. Cieszę się bardzo, że mogłem uczestniczyć w projekcie pt. „Pan T”, ale nie mam przeświadczenia, że coś mi uciekło, że coś przez te lata straciłem. 

To była Pana świadoma decyzja, czy po prostu nie było propozycji grania? Reżyserzy zapomnieli o Pawle Wilczaku?

Propozycje się pojawiały, ale ja uważam, że jeśli czegoś nie muszę robić, to może nie trzeba tego robić. Wiem, że wybory bywają różne, ale gdy nie czuję mięty, to po prostu w taki projekt nie wchodzę. 

Jaką miętę poczuł Pan do Marcina Krzyształowicza i do filmu „Pan T”?

Gdy Marcin zaproponował mi rolę w „Panu T”, od razu poczułem entuzjazm. Bardzo podobały mi się jego poprzednie filmy, ale także tkwiący w tej roli minimalizm, subtelność gestów i mimiki oraz innych środków wyrazu. Wcześniej często dostawałem role ekspresyjne, grałem w komediowych historiach, a tutaj czekała mnie duża zmiana – i fizyczna, i psychiczna, i tematyczna. Fizycznie i mentalnie musiałem przenieść się do lat 50. Straciłem ponad 12 kilogramów, bo mój bohater żyje w czasach biedy, szarości, takiego wręcz niebytu. Miał mało fizycznej wolności, a wszędzie wokół rosły ograniczenia, ale dla mnie były one inspirujące. Z Marcinem przede wszystkim bardzo dużo rozmawialiśmy. Przegadaliśmy dziesiątki godzin, o życiu, o kinie, sztuce, co nam się podoba. Mówiliśmy o jakiejś scenie i łapaliśmy się w pół zdania, że on to zna i ja to znam. Złapaliśmy porozumienie, mentalny flow. Ja bardzo dziękuję Marcinowi za to, że mi zaufał i że mogłem znaleźć się w tej historii, która stoi w pewnej kontrze do tego, co do tej pory w moim zawodowym życiu się wydarzyło. 

Co jest dla Pana ważne w sztuce?

To jest bardzo szeroki temat. Na przykładzie muzyki, nie mam czegoś takiego, że nie lubię jakiegoś rodzaju muzyki, bo dzisiaj jest tylu zdolnych, kreatywnych ludzi, że zamykanie się w swoim hermetycznym świecie jest po prostu głupotą, świadomym pozbawieniem się szansy na odkrywanie nowych światów. To wszystko zależy jak to jest zrobione, jak to jest podane, z jaką emocją przede wszystkim i filuternością. Dla mnie zawsze ważna jest  delikatność, mniej znaczy więcej. 

Przeczytałem kiedyś takie zdanie: „Jestem aktorzyną, który wykonuje swoje zadanie”. Dlaczego tak Pan mówi o sobie?

No bo trochę tak jest. Aktorem jest Gene Hackman, którego wielbię i cenię. No może trochę wtedy przesadziłem lub byłem akurat w takim stanie, gdzie moja samoocena nie była zbyt wysoka. 

Patrząc na listę ról, to na pewno Pan przesadził. Grał Pan gangstera, alfonsa, drwala, złodzieja, uciekiniera… 

No tak, ale to są tylko zadania do wykonania. Jeżeli ktoś ma tyle odwagi, że proponuje mi  tak różnorodne role, to widocznie jest przekonany, że ja to zadanie wykonam dobrze. A ja się po prostu staram, bo to moja praca. 

Ja nigdy nie powiem o Panu aktorzyna, czy aktor drugiego sortu. Ludzie też tak z pewnością nie myślą. Wystarczy spojrzeć na oceny Pana ról na Filmwebie. Usta Usta – 8,4; Kasia i Tomek – 8,4; Sfora 8,1…

A to chyba rodzina głosowała (śmiech).

(śmiech) Liczną ma Pan rodzinę, bo głosów są tysiące. 

Oczywiście, jest to miłe, gdy ludziom podoba się to co tworzysz, wszak po to się gra. 

Nie ukrywajmy, to nie tylko ocena Pana kunsztu aktorskiego, ale jest to też pewien wyznacznik popularności. I po takich rolach, tak entuzjastycznie przyjętych, Pan znika…

Nie demonizowałbym tego. Czasami znikam, czasami się pojawiam. Tak to się ułożyło, ale było to w całkowitej zgodzie z samym sobą. 

Ego nie wołało?

Nie, nie mam takiej pazerności w sobie. Jestem jak Pan T, bardziej zdystansowany niż biegnący do przodu. Nie mam też pierwiastka narcyzmu, nie napawam się sukcesami, pochwałami, poklepywaniem po plecach. To jest bardzo miłe, ale nie buduje mnie to jako aktora i jako człowieka. 

Marcin Krzyształowicz powiedział o Panu – aktor ukrytego oblicza. Co mógł mieć na myśli?

No właśnie nie wiem. Marcin powiedział mi też całkiem niedawno,
że ma nadzieję iż skrywam jeszcze w zanadrzu parę rzeczy, którymi mogę go zaskoczyć. Będę się starał. 

Jakie najbliższe plany zawodowe?

Mówi się, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach. Dopóki nie ma podpisu na umowie, to nigdy o tym nie mówię, bo zdarzało się, że człowiek coś planował, a życie pisało inny scenariusz. W naszej branży już tak jest, że czasami się pracuje, a czasami się nie pracuje. I trzeba to zaakceptować, choć dla wielu jest to trudne. 

 

 

PAN T – premiera 25 grudnia

Powstająca z powojennych ruin Warszawa roku 1953 to miejsce, w którym wszystko jest możliwe. Wszechobecna niepewność, donosy i kontrola oswajane są wódką i dobrym towarzystwem, w podziemiach kościoła daje się słyszeć jazz,
a przypadkowe spotkanie w toalecie z I sekretarzem Bolesławem Bierutem może zakończyć się niespodziewaną nietrzeźwością. To wszystko zna z własnego doświadczenia Pan T. – uznany pisarz, który gnieździ się w ciasnej klitce w hotelu dla literatów. Objęty zakazem wykonywania zawodu, utrzymuje się z korepetycji dawanych pięknej maturzystce, z którą łączy go płomienny romans. W sąsiednim pokoju mieszka chłopak z prowincji, który marzy o karierze dziennikarza. Pan T. staje się dla niego mistrzem i nauczycielem. Życie głównego bohatera nabierze tempa, gdy władze zaczną podejrzewać go o niecne zamiary wysadzenia Pałacu Kultury i Nauki, ponętna uczennica zaszokuje go niespodziewanym wyznaniem, a Urząd Bezpieczeństwa zacznie śledzić każdy jego ruch. W tej rzeczywistości pełnej absurdów trudno będzie zachować powagę.

„Pan T” to pełna czarnego humoru, seksu i wzruszeń, zaskakująco współczesna historia o Polsce z absurdalnych czasów, w których rzeczy bardzo nieprawdopodobne były całkiem możliwe. Przesycona nostalgią podróż do niezwykłego świata, w którym słynni pisarze i poeci artystycznej bohemy zasiadywali w knajpach i kawiarniach, ukradkiem komentując zło otaczającego ich świata. Film w reżyserii Marcina Krzyształowicza – nagrodzonego Orłem i Srebrnymi Lwami na festiwalu filmowym w Gdyni twórcy „Obławy”. W roli głównej odmieniony i powracający w wielkim stylu Paweł Wilczak. Pośród doborowej obsady zobaczymy również takie gwiazdy jak: Sebastian Stankiewicz, Marysia Sobocińska, Wojciech Mecwaldowski, Jacek Braciak, Jerzy Bończak, Eryk Lubos, Katarzyna Warnke, Bartłomiej Topa, Wiktor Zborowski, Jan Nowicki i wiele innych. Nie zabraknie też aktorskich niespodzianek, w tym brawurowej sceny z udziałem Jacka Fedorowicza, Kazimierza Kutza i Leszka Balcerowicza oraz Michała Urbaniaka. 

 
PAWEŁ WILCZAK

Jest jednym z najbardziej znanych i uznanych aktorów swojego pokolenia. Zadebiutował epizodyczną rólką w 1986 w „ESD” Anny Sokołowskiej, a od początku lat 90. pojawiał się regularnie na ekranach kin i telewizorów, tworząc wiele unikatowych kreacji. Wśród nich komediowe majstersztyki w postaci ikonicznych seriali „Kasia i Tomek” oraz „Usta, usta”, a także pamiętne występy w takich filmach jak „Chaos” Xawerego Żuławskiego, „Jestem” Doroty Kędzierzawskiej, „Haker” Janusza Zaorskiego czy rozciągnięty na wiele lat kinowo-telewizyjny projekt „Sfora”. Paweł Wilczak jest laureatem „Wiktora” oraz „Telekamery”.

 

12( 133)
Grudzień'19