Historia zabójcy (?) ze Szczecina

Józef Cyppek nazywany jest polskim Hannibalem Lecterem. Za zabójstwo został skazany na śmierć i w 1952 roku stracony. – Przeanalizowałem akta sprawa i jest mnóstwo niejasności. Skazano go za zabójstwo, którego tak naprawdę nie udowodniono – mówi Jarosław Molenda, autor książki „Rzeźnik z Niebuszewa. Seryjny kanibal czy kozioł ofiarny władz PRL-u?”. – Sprawa trwała tydzień, proces 4-5 godzin. Nie przesłuchano nawet najważniejszych świadków. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Dlaczego zdecydował się pan na analizę sprawy Józefa Cyppka?

Jak chyba każdy twórca lubię szukać nowych wyzwań, a takim była książka: rodzaj śledztwa dziennikarskiego. Paradoksalnie historia Rzeźnika z Niebuszewa to jedna z najbardziej znanych opowieści powojennego Szczecina, a tyle lat nie doczekała się porządnego opracowania, bazującego na faktach, a nie na plotkach. To nie pierwsza moja książka, w której podejmuję próbę zmierzenia się z legendą, ale w tym przypadku dochodził wątek osobisty: kilkadziesiąt lat mieszkam w Świnoujściu. Skoro więc żaden szczeciński autor nie chciał tknąć tego tematu, dlaczego nie ja? Dlaczego o naszej historii ma pisać warszawiak czy poznaniak?

Wydaje mi się, że nie do końca Pan dowierza oficjalnej wersji zdarzeń. Co rodzi największe wątpliwości w tej sprawie?

Rzetelność pracy organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Nikogo nie interesowało poznanie prawdy. Winnego już wytypowano. Klasyczny przypadek: "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Sam proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, a w prasie pojawiła się jedna, jedyna notka o wyroku i oczywiście wcale nie na pierwszej stronie: tak jakby to miało miejsce w dzisiejszych czasach.

Cyppek miał udowodnione jedno zabójstwo. Przypisuje mu się wiele innych. Mógł zostać kozłem ofiarnym w celu odtrąbienia sukcesu przez ówczesne organy ścigania?

Ja bym to jeszcze inaczej sformułował: skazano go za jedno zabójstwo, a nie udowodniono, bo przy niezależnym sądzie i dobrym adwokacie ta sprawa mogła (i powinna) potoczyć się inaczej. A tak został kozłem ofiarnym, choć w jakiś sposób był współwinny: w końcu zwłoki znaleziono w jego mieszkaniu, ale czy on sam zabił? Czy w ogóle zabił? Może tylko pomagał w pozbyciu się zwłok? Najłatwiej było uczynić z niego kozła ofiarnego, ale nie tyle w celu odtrąbienia sukcesu, co raczej wyciszenia sprawy i uspokojenia nastrojów społecznych. To były trudne lata, dochodziło do samosądów w Polsce, jak pogrom kielecki, w samym Szczecinie rok przed Cyppkiem o mało nie doszło do linczu na sowieckim oficerze, który zastrzelił kilku szczecinian. Teraz proszę sobie wyobrazić, do czego może dojść, gdy sąd wypuszcza Niemca (Cyppek miał pochodzenie niemieckie – przyp.red.), który zaszlachtował młodą Polkę i to kilka lat po wojnie, w czasie gdy wciąż była żywa pamięć tego, co wyprawiali hitlerowcy? Wystarczyłaby iskra i gotowy "pogrom szczeciński".

Co, pana zdaniem, miało wpływ na niego, że dokonał takiego bestialskiego czynu? Czy morderstwo Ireny Jarosz miało tylko podtekst seksualny?

Jeśli zamordował rzeczywiście Rzeźnik z Niebuszewa, a nie jego sąsiedzi, którzy tego dnia uczestniczyli razem z nim libacji, to motyw jest jasny: napaść na tle seksualnym pod wpływem alkoholu, być może
w grę wchodzi nasilająca się trauma spowodowana wcześniejszymi wydarzeniami w życiu Józefa Cyppka. W książce wskazuję też na inny trop, ale bynajmniej nie chodzi o możliwość handlu ludzkim mięsem, choć oczywiście analizuję i ten wątek.

Jakie były najpoważniejsze uchybienia w śledztwie?

Sprawa trwała tydzień, tak zwany proces 4-5 godzin. Nie przesłuchano najważniejszych świadków, nie pobrano odcisków palców z narzędzi zbrodni. Na kuriozum zakrawa protokół sekcji zwłok, w którym patolog stwierdza, że ofiara Cyppka zginęła od kilku uderzeń w głowę. Pytanie: na podstawie czego wysnuł ten wniosek, skoro nie przebadał tej głowy, bo wciąż spoczywała w jeziorku Rusałka? To tylko wierzchołek góry lodowej moich wątpliwości...

Co podczas studiowania akt, zaskoczyło pana najbardziej?

Niewielka liczba dokumentów, a mimo to jest w nich tyle zastanawiających aspektów, że można się zastanawiać, czy niechlujstwo prowadzących śledztwo wynikało tylko z braku kompetencji czy było zamierzone: ba, wręcz narzucone "z góry"? Po prostu wyrok zapadł wcześniej, trzeba było dorobić trochę papierków, upozorować śledztwo i jak najszybciej schować akta do archiwum.

Dlaczego warto zapoznać się z książką?

Po pierwsze to nie tylko opowieść o "polskim Hannibalu Lecterze", lecz także historia pierwszych powojennych lat Szczecina. Moim zdaniem, by lepiej zrozumieć ówczesne wydarzenia, należało przedstawić kontekst dziejowy, polityczny, obyczajowy. Myślę, że wielu szczecinian dobrze zna dzieje swojego miasta już pod polskimi rządami, ale proszę pamiętać, że książka jest kierowana do czytelników w całej Polsce: taki zabieg wydał mi się konieczny. I moim zdaniem książka na tym zyskuje. Poza tym to pierwsze opracowanie, w którym autor starał się dociec prawdy na podstawie tego, co namacalne, udowodnione, możliwe do zweryfikowania. Zrezygnowałem z zeznań 10-letnich "świadków", którzy wszystko "doskonale pamiętają", ale gdy wgłębić się w ich rewelacje, to okazuje się, że są to opowieści w rodzaju "jedna baba drugiej babie". No i może dobrze najpierw przeczytać książkę, zanim na ekrany kin w przyszłym roku wejdzie inspirowany tą historią film w reżyserii Pawła Lewandowskiego "Miasto nocą".

rozmawiał: Andrzej Kus / foto: materiały prasowe

 
1( 134)
Styczeń'20