Wszystkie drogi prowadzą do… Hormona

Lokal Hormon przyciąga nie tyko studentów, ale również osoby starsze, które o studiach zdążyły już dawno zapomnieć. Za sukcesem tego miejsca stoi trzech właścicieli: Sławek i dwóch Jacków. – Zaczynaliśmy jako 26-latkowie od zera, z niewielkimi oszczędnościami – przyznają. – Nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Cieszymy się jednak, że od ponad 20 lat nasz lokal działa w tym samym miejscu. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Spotykają się tam znajomi i przyjaciele. Ludzie chodzą na randki czy imprezy służbowe. Mowa o jednym z najpopularniejszych lokali w naszym mieście – Hormonie. Działa przy ulicy Piłsudskiego od 21 lat. Niewiele osób wie o tym, że jego istnienie zawdzięczamy, nie tylko trzem świetnym facetom, ale również niepowodzeniu innego klubu, Meduzy. Ale zacznijmy od początku…

Trzej przyjaciele ze szkoły

Jest rok 1994. Trójka kolegów z czasów technikum spotyka się przy piwie, na Pomorzanach. – Pamiętam tę sytuację, jak dzisiaj. Siedzieliśmy we Free Blues Clubie, popijaliśmy piwko i nagle padło zdanie: „Może byśmy otworzyli jakiś lokal”? – wspomina Sławek Janczak. 

– Stwierdziliśmy wtedy, że fajnie zrobić coś wspólnego – dopowiada Jacek Szkudlarek. – Poznaliśmy się w 1983 roku, ufaliśmy sobie. Nie dysponowaliśmy ogromną kasą, ale mieliśmy jakieś niewielkie oszczędności.  Zaczęli szukać miejsca idealnego do otwarcia pubu. Sławek natrafił na ogłoszenie urzędu miasta, w którym oferowanych było kilkanaście lokali. – Wybraliśmy trzy: jeden gdzieś w okolicach stoczni. Lokalizacja nienajlepsza. Były też jakieś niewielkie piwnice. Tego też nie chcieliśmy. No i wreszcie lokal przy ulicy Sikorskiego 3. Wcześniej w budynku była stołówka z internatem szkoły łączności. Lokalu nie trzeba było adaptować na cele gastronomiczne. Poszedłem na przetarg, który odbywał się w urzędzie miasta. Przetarg na nasz lokal był jako ostatni. Zobaczyłem, że czekają na niego również dwaj panowie: widać, że poważni, w garniturach. Pomyślałem, że nie ma szans, zastanawiałam się, czy się nie wycofać. Z bijącym sercem wszedłem na salę, gdzie pani przewodnicząca powiedziała dla jasności, że może tam być wyłącznie lokal gastronomiczny. Oni chcieli otworzyć sklep, ale się nie zgodziła. Zabrali się i wyszli, zostałem sam i wydzierżawiłem lokal za cenę wywoławczą. 

Lokal wymagał dużego remontu, na który wspólnicy nie mieli środków. Wzięli więc sprawy w swoje ręce. Mieli ograniczony również czas, każdy z trójki początkujących przedsiębiorców pracował już zawodowo. 

– Niemal wszystko robiliśmy sami: wyburzaliśmy ściany, robiliśmy meble, bar, wystrój. Dzięki temu ograniczyliśmy koszty – wspomina Jacek Szkudlarek. – Specjalistów potrzebowaliśmy jednak do instalacji. W maju 1995 mogliśmy otworzyć Meduzę. Była jedną wielką niewiadomą. Mieliśmy obawy, czy w ogóle przyjdą do niej ludzie?

Okazało się, że miejsce szybko opanowali studenci. Nic dziwnego, znajdowało się bardzo blisko akademików. Sielanka trwała jednak tylko miesiąc, bo zaczęły się wakacje i Meduza świeciła pustkami. – Byliśmy trochę załamani, pojawiły się wątpliwości – mówi Jacek Pastucha, trzeci z właścicieli. – Skończyły się jednak wakacje i studenci wrócili. Było nieźle, lokal zaczął tętnić życiem. 

Sukces Meduzy i… jej koniec

Meduza nie była duża. W sumie miała około 140 metrów kwadratowych, z czego ponad 40 stanowiło zaplecze. Mimo to udało się w niej zrobić nawet niewielką scenę. – Pierwszy lokalny koncert na scenie zagrał Fluid Film, grungeowy zespół z Maćkiem Silskim na froncie – mówi Sławek. – Pierwszym koncertem kogoś spoza Szczecina był występ Macieja Maleńczuka. Był po nagraniu pierwszej płyty. Zdobyłem do niego numer, zadzwoniłem. Myśleliśmy, że zawoła jakąś wielką stawkę, a on zażyczył sobie 500 złotych. To nie były ogromne pieniądze. Umówiliśmy termin, przyjechał pociągiem. Gdy w dzień wszedł do lokalu… chcieliśmy go wyprosić, lokal był jeszcze zamknięty. Nie do końca wiedzieliśmy jak wygląda. Okazało się, że to Maleńczuk. Po koncercie wsiedliśmy do mojego Malucha i zażyczył sobie pojechać do sklepu, ledwo zmieścił się z gitarą. Po tym odwiozłem go do hotelu. 

Meduza radziła sobie naprawdę dobrze. W tym niewielkim lokalu odbywało się sporo wydarzeń. Udało się ściągnąć nawet Lecha Janerkę. Aż przyszedł rok 1998…– Miasto postanowiło w całości wyremontować budynek i przeznaczyć na ośrodek pomocy rodzinie. Na początku mieliśmy zapewnienia, że będziemy mogli działać tak długo jak chcemy, ale stało się inaczej. Dostaliśmy wypowiedzenie – wspomina Jacek Szkudlarek. – Może dobrze się stało, nie wiem czy byśmy przetrwali. W tym czasie zaczęło otwierać się sporo innych lokali – wtrąca Pastucha. 

Ogromne piwnice w centrum miasta

Właściciele mieli już spore doświadczenie w prowadzeniu lokalu. Nie zamierzali rezygnować. Zaczęli poszukiwania nowej lokalizacji. Sławek, przechodząc ulicą Piłsudskiego, zauważył ciekawe miejsce. Wchodząc do środka nie wiedział wtedy, że w niedalekiej przyszłości stanie się ono kultowym lokalem na mapie Szczecina. 

– Tutaj, gdzie jest teraz szatnia był lombard – pokazuje. – Pozostała część była nieczynna. Były tam pozostałości po ciuchbudzie czy pralni dywanów. Wszedłem i nie mogłem uwierzyć, że jest tam aż tak ogromna piwnica, w której znajdowało się mnóstwo pomieszczeń. Chodziło się korytarzem niczym po labiryncie, wszędzie były ściany. W części było oświetlenie, w części nie. Poczułem wielki potencjał tego miejsca, które okazało się, że jest mocno zadłużone. Od dłuższego czasu nikt nie płacił czynszu. Miasto zamierzało wyrzucić dzierżawcę i na tym skorzystaliśmy. Uregulowaliśmy zadłużenie, podparliśmy się naszą już bogatą działalnością kulturalną i wydzierżawiliśmy lokal. Można więc powiedzieć, że wypowiedzenie z Meduzy było naszym wybawieniem. 

Wystartował remont, który w większości znowu przeprowadzany był przez właścicieli. Rozpoczęło się od wyburzania ścian. Sami robili też kanalizację. – Dlatego remont trwał aż rok. Zaciągnęliśmy kredyty, pobraliśmy pożyczki, również wśród rodzin. Byliśmy bardzo zdeterminowani. Elektrykę, ogrzewanie i wentylację robili nam już oczywiście specjaliści – mówi Jacek Pastucha. Zadziałała poczta pantoflowa, dzięki której ludzie dowiedzieli się o powstającym kolejnym miejscu tych samych właścicieli. Nazywali go nową Meduzą. W mediach ukazywały się informacje o pracach za niebieskimi, metalowymi drzwiami. – Siedzieliśmy w lokalu, w roboczych ubraniach, z wiertarkami w ręku. Ludzie przychodzili do nas kupować bilety na Sylwestra. Remont trwał, a my sprzedaliśmy wszystkie wejściówki. To było niesamowite. Zabawa sylwestrowa odbyła się jeszcze przed otwarciem – wspomina Sławek.  Jacek wyjaśnia skąd wzięła się chwytliwa nazwa. – Stwierdziliśmy, że to będzie zupełnie inny lokal niż poprzedni. Epoka Meduzy się skończyła i trzeba wymyśleć coś nowego. Tam mieliśmy pub, tutaj klub. Chcieliśmy by brzmiało fajnie, intrygująco. Początkowo padła propozycja, by był to Gen. Następnego dnia Jacek Pastucha wpadł i mówi: „Hormon”. Nie dorabiamy do tego żadnej ideologii, nazwa nie wzięła się znikąd indziej. Później, już wśród mieszkańców, krążyły inne. Hormon otrzymywał różne przydomki: Szmata, Nora, Ściek. 

Porachunki gangsterów i wielka palarnia

Hormon bez wątpienia przypadł do gustu mieszkańcom. Od początku cieszył się ogromną popularnością. W 2000 roku doskonałą jakość lokalu potwierdził koncert Republiki z Grzegorzem Ciechowskim – jeden z ostatnich występów legendarnego muzyka. Nie oznacza to jednak, że zawsze było kolorowo. Prawdziwy kryzys przyszedł w 2001 roku. Właściciele przyznają, że mieli najczarniejsze wizje łącznie z tym, że klub będzie wymagał zamknięcia. – Przed Hormonem doszło do strzelaniny. Były to jakieś gangsterskie porachunki. Mężczyźni wychodzili akurat z lokalu, podjechało auto z którego oddano kilka strzałów. Przez tydzień mieliśmy nieczynne. Prognozowaliśmy najgorsze. Otworzyliśmy i, o dziwo, znowu przyszło mnóstwo osób – wspominają. Kolejną niewiadomą był moment, w którym w Polsce wprowadzono zakaz palenia papierosów w publicznych miejscach. Hormon słynął przecież z tego, że można usiąść przy stoliku, wziąć piwo, zapalić fajkę i rozmawiać. – Poszliśmy palaczom na rękę i zrobiliśmy dużą palarnię. Byliśmy przekonani, że skoro nie przeszkadzało im to w lokalu, i nawet się podobało, sprawdzi się również w nowej rzeczywistości. Było to przed Sylwestrem. W palarni ustawiliśmy skórzane sofy, stoliki i ogłosiliśmy sprzedaż miejsca na zabawę sylwestrową. Nagle się okazało, że… nie ma zainteresowania. A w palarni nie sprzedaliśmy nawet jednego miejsca. Patrząc na to z biegiem czasu decyzja o zakazie palenia była bardzo dobra. Teraz mamy zdecydowanie czystsze powietrze, wychodząc z lokalu nie śmierdzą tytoniem ubrania – przyznaje Jacek Pastucha. 

Drugi poziom – strzał w dziesiątkę

Niezwykle ważnym momentem w życiu Hormona był rok 2012. Wtedy zdecydowano się powiększyć klub o drugi poziom. Działający w pomieszczeniach nad lokalem sklep z elektronarzędziami zakończył swoją działalność. – Zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy schodami połączyć dół z górą, co było bardzo poważnym wyzwaniem. Tutaj już mogliśmy pozwolić sobie na wynajęcie ekipy budowlanej. Należało również zbudować toaletę – generalnie na nowo zaaranżować całą przestrzeń. Ciekawostką jest to, że po poprzednim miejscu pozostały na podłodze płytki – mówią właściciele. Dzięki tej decyzji Hormon wzbogacił się o kolejną salę. – Okazało się, że i u nas może być miejsce, gdzie można przyjść, posiedzieć w spokoju i porozmawiać. Jest tutaj zdecydowanie ciszej. Góra Hormona stała się atrakcyjna dla starszego odbiorcy, powyżej 50. czy 60. roku życia. Ludzie zaczęli wynajmować i rezerwować miejsca na okolicznościowe imprezy. Zdarzają się rezerwacje na 100 osób. Są imprezy firmowe, były nawet wesela. Przez pewien czas robiliśmy też koncerty – mówi Sławek Janczak. Koncertów w tym miejscu już raczej jednak nie uświadczymy. Do Hormona przyjeżdżali coraz lepsi i bardziej znani muzycy. Brakowało miejsca na sprzęt i oświetlenie. – Znaleźliśmy inny sposób na zaciekawienie naszych gości. Organizujemy stand upy, jest kino. Oferta z roku na rok się powiększa. Koncerty natomiast robimy poza Hormonem. Przygotowujemy w Netto Arenie, mieliśmy sporo zaproszonych gości do Filharmonii. Marzy nam się jednak by zrobić salę koncertową z prawdziwego zdarzenia. Gdzieś w Szczecinie – taką na 1000 osób. Powoli dojrzewamy do tego pomysłu i niewykluczone, że uda się zrealizować – przyznają właściciele.

Fenomen Hormona

Jaki jest fenomen tego lokalu? Trudno powiedzieć. Właściciele przyznają, że stworzyli lokal z muzyką, którą sami chcieliby słuchać w podobnych miejscach. Muzyka ta z pewnością nie odpowiada agresywnym ludziom. Bardzo rzadko zdarzają się tutaj jakiekolwiek awantury. Goście Hormona czują się bezpiecznie. Zasługą tego jest również doskonała ochrona z Darkiem Bieńkowskim na czele. Jest on instruktorem aikido, posiada 7 Dan. Sam skompletował zespół, który nie tylko stwarza świetną atmosferę, ale również mocno przykłada uwagę do bezpieczeństwa. Od lat za barem można także spotkać tych samych barmanów. – Sami byśmy nie nazwali tego fenomenem. Dla nas to zwykłe miejsce, nasza praca. Cieszy to, że ludzie do nas lubią przychodzić – mówią właściciele. Rzeczywiście, niemal w każdy weekend lokal zawłaszczają tłumy ludzi młodszych, ale i starszych. Tutaj nie ma bariery wieku. Właściciele zdradzają, że sprzedają setki litrów piwa. W ciągu ostatnich czterech lat zanotowali jednak czterokrotny spadek sprzedaży tego alkoholu. – Nie oznacza to, że przychodzi do nas mniej osób – śmieją się. – Ludzie zaczęli wybierać alkohole mocniejsze: drinki, whisky, wina. Zmieniają się preferencje. Zasadnym wydaje się być powiedzenie, że „wszystkie drogi prowadzą do Hormona”. Lokal bez wątpienia jest miejscem wartym uwagi. Jeśli ktoś nie był – obowiązkowo powinien go odwiedzić. Dlaczego? Drugiego takiego miejsca w Szczecinie z pewnością nie znajdziecie. 

 
1( 134)
Styczeń'20