Autor

Szymon Kaczmarek

Każde schody mają swoją melodię. Swój dźwięk obcy innym schodom. Schody schodom nierówne. Jedne dudnią niczym bęben wzywający do boju. Wzmacniają stukrotnym echem każdy krok w górę, czy też w dół. Inne przeciwnie, tłumią stukot najcieńszych obcasików damskich szpilek. Wtulają w siebie nawet grzmot podkutych wojskowych buciorów, czy też skórzanych podeszew esbeckich lakierków. Te, w domu mojej Babci Marysi, wesołym „bum-bum, bum-bum, pach! bum-bum, pach!” zapraszały mnie na podwórko, by po kilku godzinach, smętnym szuraniem odprowadzać na obiad. U Babci Weroniki trzeszczały ponurą starością przechylonej kamienicy. Podparte stemplami i wspornikami, trzymały się tylko dzięki wspomnieniom przedwojennych czasów swojej świetności. Ale kto by tam rozumiał wrocławskie schody?  Zresztą i jedne i drugie odeszły, schodząc, lub wchodząc po sobie w ostateczny niebyt.

Ze schodów szczecińskich, najbardziej chyba kocham te kląskające. Wystarczy w dostatecznie sprytny sposób przydeptywać ich okute listwą krawędzie, by pod wysoką kopułą holu Muzeum Narodowego przy Wałach Chrobrego, usłyszeć zwielokrotnione echo. Coś na kształt strzelania językiem o podniebienie, tylko bardziej metaliczne. Czasami, ktoś nieznający tych schodów, uderzy butem w  metalowe okucie i w zdumieniu usłyszy ich tajemniczy śpiew. Pięknie wesołe są zadziwione twarze, wsłuchane w tę niespodziewaną, schodową arię. Teatromani, wspinający się dalej do Współczesnego, nie dostąpią już tych kląskań. Ten ostatni odcinek schodów wiodących wprost do foyer teatru, to zwykły, zatopiony we własnych myślach beton. Nic dźwiękowego. Zupełnie inne są nowe schody naszej Filharmonii. Te do patrzenia bardziej, niż do słuchania, choć wydawałoby się, powinno być zgoła odwrotnie. Ale w milczeniu swym przewrotne. Kpiąco obserwujące wysiłki gości z aparatami telefonicznymi, próbujących coraz to nowej perspektywy. Można powiedzieć; schody-celebrytki.

Schody w dół i w górę wiodą. Zazwyczaj. Lecz są także schody jednostronne. Tylko w górę, lub wyłącznie w dół prowadzące. Te w dół są zazwyczaj milczące. Omszałe cegły wytarte tysiącem stóp, porośnięte grubą warstwą kurzu, ziemi i czegoś nieokreślonego, śliskiego. Prowadzące w mrok wilgotnych piwnic, ciemnych korytarzy pełnych zapachu gnicia, tajemnicy i przerośniętych ziemniaków. Schody milczące jak ostateczność i kraniec. Gdy przed tysiącem lat, wpadaliśmy z indiańskimi okrzykami wprost z nagrzanego białym słońcem podwórka, z krzyków jaskółek i brzęczenia much, w grobową, czarną i wilgotną ciszę, chłód tych pomieszczeń zatrzymywał nas w progu, mroźną dłonią strachu. Ale, cóż tam? Łykało się ślinę, zamykało oczy i… zanurzało w czerń kolejnej przygody. Stopień po stopniu. Wrastaliśmy w miękką strefę wilgoci. Niewiele piwnicznych ceglanych schodów dotrwało dzisiejszych czasów. Renowacja śródmiejskich kamienic, która zrujnowała bogatą sztukaterię przedwojennych sufitów, rzeźbione drzwi i balustrady klatek schodowych, zakleiła kafelkami i czarodziejską cegłę.

Schody w górę mają swoje pory roku. Te najwspanialsze, nieomal patiomkinowskie schody na Wałach Chrobrego, nawet dwie pory. Śnieżną zimą, tracące swoją strzelistą perspektywę, są miękkie i przytulne. Z kolei latem, nieodmiennie od lat trącąc lekko sikami i kurzem, nagrzane wschodzącym za Odrą słońcem, zdają się prowadzić na szczyt nie do zdobycia. Im lat przybywa, tym bardziej niezdobyty szczyt ów, tym bardziej schody wredne, milczące. Ciche, bowiem echo kroków więźnie w ścianach z miękkiego piaskowca.

Schody szurają, dudnią, stukoczą, mruczą, kląskają… Piękna jest muzyka schodów, pod jednym wszak warunkiem: trzeba ją usłyszeć.

2( 135)
luty'20