I love Szczecin

W dzieciństwie były niezłym czortem, ale dzięki temu ma mnóstwo wspaniałych, związanych ze Szczecinem wspomnień. Leszek Herman, architekt, miłośnik historii i pisarz opowiedział nam o tym, gdzie w czasach liceum lubił raczyć się herbatą po szwajcarsku z wiśniówką oraz co, według niego, było przełomowym momentem w życiu współczesnego Szczecina. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

Moje najdawniejsze wspomnienie ze Szczecinem wiąże się z ulicą Spółdzielczą. Tutaj pod numerem 1, w pięknym modernistycznym bloku z czasów nadburmistrza Ackermanna (o czym wtedy oczywiście nie miałem pojęcia, a blok wydawał mi się ponury i straszny) wynajmowali na parterze mieszkanie moi rodzice. Jest tam balkon, na którym mój ociec zrobił huśtawkę. Dwie, przywiązane do poręczy liny, na których końcu zamocowana była deska. I ja huśtający się na niej pod tym balkonem.

W mieszkaniu, w łazience, z jakiegoś powodu nie można było włączyć pralki. Za każdym razem gdy mama robiła pranie, sznur był przeciągnięty przez korytarz. Któregoś dnia, ja: dziko latający po domu szczeniak, zaczepiłem o ten sznur i wyłożyłem się, waląc głową w próg. Mogłem mieć z cztery lata, ale do dzisiaj pamiętam jak mama, nie chcąc czekać na karetkę, zawiozła mnie taksówką do szpitala na Unii Lubelskiej, a towarzysząca nam ciotka, która zawsze była straszną heterą poganiała taksówkarza. W szpitalu później wrzeszczała, żeby ktoś coś zrobił. Założono mi szwy, a blizną na czole chwaliłem się chyba jeszcze do połowy podstawówki.

Mój tata był marynarzem, w dodatku wtedy pływał na statkach rybackich. Bywało więc, że nie było go w domu i cztery miesiące. Tak zwane żegnanie taty, a potem powitanie jak wracał, urosło w domu do świąt najwyższej rangi. Pamiętam jak przypływał, to jechaliśmy z mamą pod bramę do portu przy ulicy Władysława IV i tam ojciec, albo jakiś wysłany marynarz, po nas przychodził. Trawlery „Gryfu” stały przy nabrzeżu Greckim na Łasztowni i to był mój pierwszy kontakt ze Starą Rzeźnią. Wówczas było tam mnóstwo ludzi, samochodów. Za którymś razem, gdy trzeba było długo czekać aż ojciec skończy wszystkie sprawy, wymknąłem się i zszedłem po trapie na ląd. Zacząłem łazić i myszkować pomiędzy budynkami i złapał mnie tam jakiś pracownik portu. Dokładnie pamiętam jak siedziałem później na stołku w biurze, a jakaś pani dzwoniła na statek i mówiła: „synek kapitana Hermana, tak, tak, jest tutaj”.

Zaraz potem moi rodzice kupili mieszkanie w Dąbiu i cały mój dziecięcy świat przeniósł się na Prawobrzeże. Z tamtym czasów pamiętam penetrowanie, otwartych wówczas, bunkrów w parkach przy ulicy Koszarowej i koło liceum na Goleniowskiej. O tych drugich dopiero długo potem dowiedziałem się, że to nie były żadne bunkry tylko zrujnowane grobowce po dawnym cmentarzu. Fajne było także włamywanie się przez ogrodzenie z kamienia granitowego, przy którym rosły stare bzy do szkoły rolniczej. Jej teren, z wielkim ogrodem, boiskami i licznymi, zapuszczonymi wówczas budynkami był dla nas fascynujący. Zwłaszcza, że w każdy chwili mógł wybiec stróż i nas przegonić. Do tej pory nie mogę zrozumieć dlaczego piękne, stare kamienne ogrodzenie zostało rozebrane i zastąpione badziewną siatką.

Z czasów licealnych najbardziej pamiętam wyprawy do kina „Kosmos”, a potem okupowanie „Duetu” na Bogusława, gdzie zamawialiśmy zawsze, nie mającą obecnie żadnej sensownej konkurencji czekoladę z orzechami i gałką lodów oraz herbatę po szwajcarsku z wiśniówką. Wtedy nikogo nie interesowało, że byliśmy nieletni.

Sobotnie wieczory spędzaliśmy na domówkach. Jakoś tak się złożyło, że szereg znajomych z naszej licealnej paczki mieszkało w domkach rozlokowanych wokół cmentarza w Dąbiu, przy Tczewskiej, Warmińskiej, Kostrzyńskiej. Dosłownie za płotem widać było już kamienne nagrobki. Najdurniejsze imprezy kończyły się przeskakiwaniem przez płot i wywoływaniem duchów na cmentarzu, co za każdym razem kończyło się z kolei na tym, że mama naszej koleżanki wrzeszczała za nami, że „rozpędzi w końcu to towarzystwo wzajemnej adoracji”.`

Okres studiów to przede wszystkim doskonały gmach dzisiejszego budownictwa przy Piastów. W latach dziewięćdziesiątych mieściła się tam także architektura. Godzinami, zabijając czas pomiędzy wykładami, siedzieliśmy w tamtejszej bibliotece międzywydziałowej i gadaliśmy jak najęci o wszystkim.

Pod koniec studiów praktycznie cały czas wolny skradła mi stajnia w Bartoszewie, gdzie pracowałem jako pomagier, a potem instruktor, w zamian za co mogłem jeździć konno po okolicznych lasach.

Był także oczywiście Hormon, a także nieistniejące już niestety Kontrasty, Trans czy nieprawdopodobnie przez kilka lat popularna Tatanka, czyli inaczej tzw. DeeS w piwnicach Domu Rzemiosła na Wojska Polskiego.

Na Szczecin zupełnie innymi oczami zacząłem patrzeć po studiach. Umożliwiły mi one właściwą ocenę absolutnie unikalnej architektury Pogodna, charakterystycznego szczecińskiego modernizmu z lat dwudziestych, w którym przenikały się jeszcze style historyczne. Ocenę ogromnych gmachów użyteczności publicznej, dzięki którym Szczecin, nawet dzisiaj, wydaje się przyjezdnym monumentalny i przede wszystkim unikalnej, wynikającej z historii Szczecina, jego kompozycji urbanistycznej.

Pamiętam, że jeszcze długo po studiach Szczecin wydawał mi się jednak martwy, nie było tutaj energii jaką czuło się wówczas w Poznaniu, Wrocławiu czy nawet w Świnoujściu. Wszystko zaczęło się zmieniać chyba na początku nowego tysiąclecia. 

Dla mnie osobiście przełomowym momentem, symbolem tych zmian stały się pierwsze finały „The Tall Ships Races”. Na nabrzeżu Greckim, za otoczonym wysokimi, tymczasowymi ogrodzeniami budynkami portowymi stały dwa ogromne statki, rosyjski żaglowiec Sedov i gigantyczny, pływający apartamentowiec „The World”. Na nabrzeżu stało zaś całe morze ludzi, które wpatrywało się w te dwa ogromne statki. A ja jako jedyny stałem zwrócony w przeciwną stronę i patrzyłem na wystające za płotu ceglane zabudowania niegdysiejszej miejskiej rzeźni, a w ich tle rozświetlone Wały Chrobrego i myślałem, że chciałbym się doczekać, żeby ten Szczecin wrócił na dwa brzegi Odry na stale. Kilka lat później dostaliśmy zlecenie na przebudowę budynku dzisiejszej „Starej Rzeźni”, a zaraz potem miasto powoli, ale niepowstrzymanie zaczęło wracać na prawy brzeg.

 

 
2( 135)
luty'20
gajda