Moja droga do Oscara

Autor

Szymon Kaczmarek

Na drodze do Nobla stoi mi Różanek. No, bo jeśli ktokolwiek ze Szczecina, to najpierw On. Zdecydowanie. Nobla więc odpuszczam. Na razie. Oto bowiem, zająłem się Oscarem. Zgodnie z zasadą: do trzech razy sztuka. Pierwsza sztuka odbyła się na cmentarzu. Zagrałem przejmującą rolę we wstrząsającym filmie samego Patryka V. zatytułowanym ‚Kobiety mafii 2”. Od razu muszę się przyznać, nie była to rola ani kobiety, ani mafii, ani nawet dwa. Byłem rozdartym utratą,  nieutulonym w żalu żałobnikiem, po kimś tam… nie wiem. Filmu nie widziałem. Ci co film widzieli, opowiadali, że mnie nie widzieli. Pewnie kichnęli w tym czasie, albo mrugnęli. Na pewno. Co mi tam? Ważne, że grało się nieźle, Adamczyk jest wpożo gościem i kasa do ręki na miejscu była. Przez kilka dni chodziłem z dumnie, a nawet pyszałkowato zadartą głową. W końcu zagrałem u Vegi.

Mój drugi krok na oskarowej drodze miał juz posmak wielkiego świata. Produkcja międzynarodowa, catering, zagraniczni aktorzy, rynek na osiedlu Kaliny. Nastąpił także wyraźny rozwój warsztatu aktorskiego, bowiem grałem ciałem. Nie, nie świntuchy jedne, właśnie, że ubranym. Otóż, łaziłem z pustą torbą po upadającym ryneczku, udając zainteresowanie resztką sprzedawanego tam badziewia. W tym samym czasie jakaś Niemka płakała w samochodzie, a pani strażniczka miejska usiłowała jej wlepić mandat. Tuż obok, zdecydowanie bardziej widoczny w kadrze, zagrał mój samochód. Tak oto wyglądała moja obecność w kolejnym odcinku filmu legendy, czyli enerdowskim serialu „Notruf 112”. I wszystko byłoby miło, gdyby nie malutki zgrzyt przy odbiorze kasy. Polscy opiekunowie statystów kazali nam podpisać kwity bez wypełnionej rubryki z kwotą za jaką marzliśmy dla Niemców. Słabe to trochę, tym bardziej, że opiekunami byli znani w Szczecinie ludzie. Ale nic to. W drodze po Oscara jestem gotów i na większe poświęcenie. I takie też mnie wkrótce spotkało.

Rozwijając swoją międzynarodową karierę aktorską, zgodziłem się wziąć udział w tajemniczej produkcji serialu dla HBO. Rola z tych prostych: miałem być wędkarzem. Dwa dni zdjęciowe, stawka dość mizerna, ale myślę sobie: „nad wodą posiedzę”. I posiedziałem. Pierwszego dnia od 10.00 rano do 24.30. Nasz opiekun, pan Meksyk, co godzinę zapraszał nas na plan po to, byśmy zmoczeni i zmarznięci wrócili do samochodów. Już po dziesięciu godzinach oczekiwania, wywiózł nas na drugą stronę Odry. No, bo jednak tam mieliśmy grać. Postaliśmy, wrzasnęli kilka razy. Tak , tak, wciąż się rozwijam i tym razem miałem rolę krzyczaną. I tak zakończyliśmy pierwszy dzień zdjęciowy, perfekcyjnie zorganizowany przez pana Teksasa, czy jak mu tam. Facet był najważniejszy na planie. Przynajmniej tak to wyglądało, gdy patrzyłem w jaki sposób chodzi. Niestety, nie miał zielonego pojęcia o tym kto, gdzie i jak, ale postanowił się z tym nie zdradzać. Drugiego dnia, litościwe panisko Arizona (czy jak mu tam) zaprosił nas na 17.00. Zdjęcia były około 24.00 więc spoko. Między czasie złapałem sobie sandacza, czego kamery nie uchwyciły. Niech żałują. Serial ma być przejmujący. Tak twierdzą producenci. Ja jestem przejęty już dziś. Może to efekt przejmującego zimna jakie towarzyszyło nam na planie mojego kolejnego kroku w stronę Oscara. Cóż, taką nagrodę nawet należy okupić cierpieniem. Ponoć wtedy lepiej smakuje.

Mój Oscar coraz bliżej. Oglądałem tegoroczną ceremonię i kompleksów nie mam. Jedno mnie tylko martwi. Różanek wziął się za aktorstwo. Też nieźle Mu to wychodzi. Cała moja nadzieja w tym, że Oscary to jednak nagrody filmowe, nie teatralne. Jednego wszak Różankowi zazdroszczę: On pracuje pod dachem.

3( 136)
Marzec'20