Spełnione marzenie o dziecku

Napisać, że wszystkie te historie są takie same, byłoby nieporozumieniem. Choć wszyscy nasi bohaterowie wiele lat starali się o dziecko, nikt poza nimi samymi nie wie, co musieli przejść, z jakimi zmagali się problemami, jakie emocje im towarzyszyły. Na szczęście – poza walką – łączy ich także dobre zakończenie. 

Autor

Karina Tessar

galeria

W tym roku na świat przyszły pierwsze dzieci ze szczecińskiego programu in vitro, realizowanego m.in. przez Centrum Ginekologii i Leczenia Niepłodności Vitrolive. Świeżo upieczeni rodzice, którzy zgodzili się z nami porozmawiać, przyznali, że możliwość skorzystania z dofinansowania w kwocie 5 tysięcy złotych była dla nich dużą pomocą. Pary często nie podejmują decyzji o in vitro właśnie z uwagi na brak środków. W Vitrolive programem dofinansowania objęto dotychczas 100 par i przeprowadzono łącznie 114 procedur. Dzięki metodzie in vitro uzyskano 45 ciąż klinicznych, a na świat przyszło 13 zdrowych dzieci. 

Zanim podeszły do procedury in vitro, wszystkie pary wyczerpały inne możliwości. Lata starań, badań, zabiegów, a upragnionych 2 kresek na teście ciążowym jak nie było, tak nie było. Jaką trzeba mieć w sobie wolę walki, jak bardzo kochać i wspierać siebie nawzajem, żeby tyle czasu dążyć do celu i się nie poddać, można sobie tylko wyobrazić.

Iga i Gabryś

U pani Olgi i pana Radka starania o powiększenie rodziny trwały łącznie 10 lat, ale to nie był ich pierwszy raz – 6 lat temu dzięki in vitro doczekali się córki Igi, a w styczniu urodził się Gabryś. Rodzice pochodzą z wielodzietnych rodzin (pan Radek miał 7 rodzeństwa, pani Olga 2) i nie wyobrażali sobie życia tylko we dwoje i równie mocno pragnęli rodzeństwa dla córeczki.Wobec braku zdiagnozowania przyczyny niemożności zajścia w ciążę, brali pod uwagę adopcję, jednak dzięki lekarzom dowiedzieli się o możliwościach, jakie daje procedura in vitro. – Jestem pod wielkim wrażeniem pomocy profesora Rafała Kurzawy, poprowadził nas od początku do końca – dziękuje pani Olga i dodaje: Nie powiem, że polecam, ale jeśli wszystkie furtki się przed nami zamkną, nie bójmy się skorzystać z in vitro – walczmy, bo warto i nie ma w tym nic ujmującego dla dzieci – podsumowuje.

Staś

Kolejna para starała się o dziecko od 2015 roku. – Cieszyłam się z każdej ciąży koleżanki, ale nie ukrywam, że czasami wyłam w poduszkę, że znowu nie ja – zdradza pani Dorota. Wraz z mężem Bartkiem za sobą mają m.in. 3 inseminacje, przed sobą – wyczekanego Stasia, który urodził się w połowie maja i do tej pory bije rekord wagi wśród dzieci z programu (4200 g). O ile przyszły tata nie widział żadnego problemu z podejściem do in vitro jako do metody leczenia niepłodności – tak samo jak astmy czy innych chorób – o tyle wątpliwości pojawiły się u pani Doroty. Zastanawiała się nad ograniczeniem liczby zapładnianych komórek jajowych, żeby uniknąć ewentualnych nadliczbowych zarodków, po które w przyszłości mogliby nie wrócić. Po 20 latach traci się prawo do zarodków, które trafiają następnie do adopcji prenatalnej. W podjęciu decyzji pomógł przypadek, po którym intuicja pani Doroty nie dała się już zagłuszyć – w poczekalni spotkała parę, której nie udało się uzyskać żadnego zarodka. Nasi bohaterowie postanowili więc dać sobie więcej szans i z 5 komórek uzyskali 2 zarodki – już są pewni, że wrócą po drugi. – To nie zawsze jest nasza wola, że nie mamy dzieci. Okazało się, że wiele osób z naszego otoczenia ma ten sam problem, tylko o tym się nie rozmawia, bo nie zrozumie tego nikt, kto tego nie przeszedł – wyjaśnia mama Stasia i podkreśla, jak wielką rolę odegrał jej mąż, który nigdy nie dopuścił do tego, by nie czuła się pełnowartościową kobietą i potrafił do wszystkiego podchodzić na chłodno, a nierzadko nawet z humorem.

Janek

Za rodzicami Jasia, panią Anią i panem Bartkiem, podobnie jak u poprzedników, kilka lat starań i wizyt lekarskich oraz 3 inseminacje, wyniki dobre, a przyczyna niepłodności – nieznana. Gdy spotkali się ze ścianą, ginekolog polecił im klinikę Vitrolive. O ile w wieloletnim procesie leczenia można mówić o szybkim tempie, gdy już trafili pod opiekę prof. Kurzawy wszystko potoczyło się dosyć szybko. Po 2 tygodniach od transferu 1 z 3 zarodków potwierdzono ciążę u pani Ani, a od ponad 3 miesięcy jest z nimi ich upragniony bobas. Samej procedury in vitro nie wspominają jako drogi przez mękę, wiąże się ona dla nich z bardzo dobrymi odczuciami – zdecydowanie gorzej było przed. – Mieliśmy dużo szczęścia – mówią i nie wykluczają ani naturalnego poczęcia, ani powrotu po kolejne zarodki w przyszłości. – Najgorsze było oczekiwanie na pierwszy test – co kilka sekund odświeżaliśmy stronę z wynikami badań laboratoryjnych – wspominają rodzice Janka, a tata dodaje: Szczęścia po sprawdzeniu wyniku nie da się z niczym porównać, chyba że z pierwszym USG z echem serca i zobaczeniem swojego dziecka po raz pierwszy. Niestety, końcówka ciąży przypadła na czas pandemii koronawirusa i ten etap nie przebiegł w wymarzony dla nich sposób. Największą bolączką pana Bartka jest fakt, że nie mógł być z żoną przy porodzie, wspierać jej i przeżywać wspólnie tych emocji, przez które razem przechodzili od samego początku. 

Martynka

Urodziła się w kwietniu, tydzień po terminie, po 7 latach starań swoich rodziców – pani Oli i pana Maćka. Naturalne metody i inseminacje, zastrzyki, tabletki, mnóstwo prób. Gdy in vitro okazało się ich ostatnią deską ratunku, ruszyli pełną parą. Z 6 zarodków rozwinął się tylko 1 i po miesiącu zamrożenia właśnie ten jeden dał im wyczekaną ciążę. Testy z krwi miały być wykonane po 2 tygodniach od transferu, ale pani Ola nie wytrzymała i po tygodniu zrobiła test w warunkach domowych. Druga kreska była niewyraźna, po 2 dniach wszystko było już jasne. – Gdy powiedziałam mężowi, że chyba się udało, w pierwszej reakcji był zły – nie chciał, żebyśmy się nastawiali, ale wynik z krwi potwierdził nasze nadzieje – wspomina pani Ola. Z radości nie dowierzali aż do USG u doktora Wojciecha Głąbowskiego. Świętowali dużo – pan Maciek obdzwonił pół rodziny. Byli dumni i szczęśliwi, nie brakowało też łez wzruszenia. Co radzą parom, które są w podobnej sytuacji? Nie mieć oporów, nie ma czego się bać – w Vitrolive to nie jest sucha procedura. Jeśli trzeba było, konsultacje odbywały się nawet poza gabinetem, a opieka medyczna aż do porodu była na najwyższym poziomie. 

Podziękowania dla miasta

Od momentu uruchomienia szczeciński program in vitro cieszy się ogromnym zainteresowaniem. – Nowe wnioski spływają do nas każdego dnia. Do końca listopada 2021 r. możemy wykonać jeszcze 62 procedury, mamy jednak nadzieję, że pula ta wzrośnie, ponieważ potrzeby naszych mieszkańców są większe – mówi profesor Rafał Kurzawa, współzałożyciel kliniki Vitrolive w Szczecinie, na co dzień pełniący też funkcję Dyrektora Medycznego międzynarodowego porozumienia The Fertility Partnership w Polsce. Niejednokrotnie już władze miasta Szczecin, widząc skalę zapotrzebowania na zastosowanie metod in vitro, przyznawały nowe środki na wsparcie leczenia par. Ich zrozumienie problemu niepłodności zasługuje na uznanie i podziękowania. – My, jako realizator programu, cieszymy się z każdej wspólnej drogi i zawsze z zainteresowaniem śledzimy losy „naszych” ciąż i dzieci – dodaje prof. Kurzawa.

 

 
4( 137)
Lipiec'20