Family business – 30 lat szczecińskiego Bono

Z Krzysztofem Bobalą, Agnieszką Nykiel-Bobalą i Kacprem Bobalą o jubileuszu firmy, jednej porażce i trzech wielkich sukcesach, jak przetrwać w czasach zarazy i obiecujących planach.

Autor

Dariusz Staniewski

Jubileusz 30-lecia firmy miał chyba jednak wyglądać trochę inaczej.

Miała być wielka feta, bo już od roku planowaliśmy to 30-lecie. Z różnych powodów zapomnieliśmy nieco o 25-leciu i moi byli wspólnicy trochę mi dogryzali, że zapomniałem o tak ważnym jubileuszu. Obiecałem wtedy, że 30-lecie to już zrobię na pewno. I szczerze powiedziawszy przygotowując tegoroczny turniej Pekao Szczecin Open, planowaliśmy, że w piątek tradycyjnie odbędzie się bankiet, a wtedy w sobotę przygotujemy nasz jubileusz. Miało być idealnie, ta sama sala, już przygotowana, prawie 600 metrów kwadratowych, planowaliśmy tam zaprosić 400-500 naszych gości, klientów, przyjaciół. Miał to być więc taki bankiet po bankiecie. Niestety przyszła pandemia. W marcu zastanawialiśmy się czy w ogóle przetrwamy do tej „trzydziestki”, bo taki to był czas dla agencji eventowych. Ale udało się to wszystko jednak jakoś spiąć. Mamy trochę mniejszą formę, nie ma Pekao Szczecin Open, ale przy okazji tego, że zorganizowaliśmy turniej dla artystów i tak musieliśmy zapewnić jakąś infrastrukturę. Zdecydowaliśmy się więc zorganizować to 30-lecie. Cieszymy się, że chociaż w takiej formie. Musieliśmy mocno okroić listę gości, a było to naprawdę niezwykle trudne. Najważniejsi są nasi pracownicy, a było ich trochę. Chcieliśmy wszystkich uhonorować, Część z nich już z nami nie pracuje, cześć jest za granicą, ale mamy cały czas z nimi kontakt, nieraz pomagają nam przy pracy przy Pekao Szczecin Open, bo są tak związani z naszą firmą i z tym naszym głównym produktem. Lista naszych przyjaciół wśród artystów też jest dużo większa i sprowadza się nie tylko do tych, którzy grają w tenisa. Wielu przyjeżdża na nasz festiwal „Wakacyjne Miasto Kobiet” w Świnoujściu. Szkoda, że ich z nami teraz nie ma. Ale pozdrawiają nas serdecznie i gratulują jubileuszu.

To może powtórka w przyszłym roku?

To nie jest zły pomysł. Jak energii starczy to może zrobimy 31-lecie w takim większym formacie

Jak oceniacie te 30 lat swojej działalności?

W agencji Bono jestem od samego początku. Pod koniec lat 80 dwudziestego wieku miałem drobny biznes, który niestety zbankrutował w sierpniu 1990 roku. Trochę inaczej było z moim serdecznym przyjacielem Pawłem Nowakiem, który skończył architekturę i gdzieś tam się błąkał po biurach projektowych, ale jakoś nie bardzo lubił tę robotę.

I tak naprawdę wyglądało to trochę jak w „Ziemi obiecanej” – ty nie masz nic, ja nie mam nic, wspólnie mamy dokładnie tyle, żeby założyć fabrykę. Paweł miał dryg do tych rzeczy plastycznych, ja dzięki wieloletniej pracy w dyskotekach miałem kontakty oraz mnóstwo znajomych. Połączyliśmy siły. Myśleliśmy, że to jest biznes na niezbyt długi czas, nie sądziliśmy, że to przetrwa tyle lat. Wtedy to był dziwny okres, krótko po reformie Balcerowicza, zaczęliśmy powoli wchodzić w ten dziki kapitalizm. I jakoś nam się to wszystko udało, przetrwaliśmy wszystkie problemy. Z upływem lat zmieniali się wspólnicy. Do naszego duetu doszedł Piotr Szulc. Potem najpierw Paweł odszedł na swoje, a w 2008 roku Piotr. Na szczęście cała ta nasza gromadka jest w dużej przyjaźni. Piotrek Szulc pracuje z nami cały czas przy turnieju, z Pawłem Nowakiem też mamy dobry kontakt. Na tym jubileuszu byliśmy całą piątką. Bono teraz jest troszeczkę inne, ma nieco innych klientów. Ale oni dalej działają w czymś bardzo podobnym. Paweł robi to, co najbardziej lubi, czyli projektuje rzeczy reklamowe, Piotrek zajmuje się muzyką, czyli zgodnie ze swoim hobby, a my zajmujemy się bardziej typowymi eventami i sportem, bo to zawsze był mój konik.

Drugi raz wybrałbyś podobną drogę?

Wybrałbym. Bez chwili wahania.

Myślisz, że wtedy, na początku lat 90, taka firma była potrzebna w Szczecinie?

Była potrzebna. Byliśmy drugą, czy trzecią, bo chyba nie pierwszą agencją reklamową, która powstała w Szczecinie. To był czas, kiedy wszyscy potrzebowali reklamy, bo powstawały kolejne firmy a agencji świadczących usługi reklamowe czy promocyjne było wtedy bardzo mało. Wydaje się, że trafiliśmy wtedy w jakąś niszę z naszymi umiejętnościami. Z perspektywy czasu uważam, że to był najlepszy możliwy wybór dla mojego charakteru. Nie sprawdziłbym się np. będąc urzędnikiem.

To jest jednak wolny zawód. Niby jestem szefem firmy, ale ja w niej normalnie pracuję. Podobnie Aga i Kacper. Nauczyłem się wszystkiego. Jak trzeba było, to sprzedawałem lody na turnieju, wiem jak mocować blendy czy rozkładać namioty i mało co jest mnie w tej chwili w stanie zaskoczyć. U nas nie ma pojęcia, że czegoś nie da się zrobić, wszystko się da zrobić. Trzeba tylko chcieć. Praca jest ciekawa, każdy dzień jest inny i każda impreza jest inna. I to jest fajne, bo robimy coś co lubimy i jeszcze przy okazji robimy coś dużego w tenisie czy sporcie. Jest to niezwykle przyjemne i zarówno my jak i nasi pracownicy czujemy ogromną satysfakcję, kiedy udanie kończymy event. Nie jesteśmy dużą firmą.

Na co dzień kilkanaście osób, na imprezach rozrasta się do naprawdę dużej ilości ludzi do ogarnięcia. Pracownicy to nasz największy skarb. Dlatego miałem tak straszne obawy czy uda nam się przetrwać pandemię, czy uda nam się utrzymać cały skład osobowy. Ale przeszliśmy przez nią bezkolizyjnie.

Dlaczego sztandarowa impreza związana jest z  tenisem?

Tenis od zawsze był moim hobby, kiedyś grałem jako junior w Czarnych Szczecin, potem na tych kortach w SKT i w Sparcie, bo tak się te kluby nazywały. Wprawdzie bez większych sukcesów, ale od tego czasu tenis pozostał już na zawsze w mojej głowie. To przyszło samo z siebie. A challenger ATP Pekao Szczecin Open to wcale nie był pierwszy turniej, który organizowaliśmy, chociaż prawie wszyscy tak myślą. Pierwszy turniej zrobiliśmy w Gryfinie. Choć jeszcze wcześniej, teraz sobie przypominam, zrobiliśmy imprezę na Chopina, na Mastersach, to było  Grand Prix banku PKO. Grali tam wtedy wszyscy najlepsi polscy tenisiści. 

Dla wszystkich to był szok. Odnieśliśmy wtedy pierwszy sukces sponsorski, bo załatwiliśmy telewizory dla zwycięzców. Mój kolega miał po prostu wtedy sklep – szczeciński odział pewnej firmy i załatwił z centralą, że będą się chcieli reklamować podczas takiego turnieju i przekazać telewizory dla zwycięzców. Wyszło to bardzo fajnie. Potem zrobiliśmy turniej w Gryfinie. I dzisiaj mogę się przyznać, że w ciągu 30 lat była to największa porażka w historii Grupy Bono. To był pierwszy zawodowy turniej jaki robiłem, z pulą nagród sięgającą wtedy chyba 10 tysięcy dolarów co wydawało nam się kosmosem, Wimbledonem. Porażką było to, że my wierząc, że ta impreza jest wielka, że będzie cudowna naobiecywaliśmy tym sponsorom tyle ile nam się wydawało. Robiliśmy to wtedy z „Dziennikiem Szczecińskim” i Jurkiem Krzystyniakiem z firmy Solo. Gryfino dlatego, że tam były korty z trybunami dużo większymi niż w Szczecinie. W promocję zaangażowane było Radio As i  telewizja. Uruchomiliśmy z MZK specjalną turniejową linię autobusową do Gryfina. I nikt nie przyjechał! Tylko parę osób. I to była ogromna wpadka w stosunku, przede wszystkim, do sponsorów. My stworzyliśmy fajna imprezę, tylko ludzi nie było! Na szczęście dalej wierzono w nasze umiejętności. Turniej przekształcił się w Solo Cup w Szczecinie i to już zupełnie inaczej wyglądało Wtedy też wystartowaliśmy z tenisową współpracą z Bankiem Pekao SA. Wtedy jako Pomorski Bank Kredytowy Satellite Poland. Była to impreza firmy Masters i Bono, połączyliśmy siły, oni bardziej od strony sportu a my od strony reklamowo – marketingowej.  I tak robiliśmy te turnieje razem, dopóki Fundacja Promasters nie upadła. Wtedy na szczęście zarząd banku nam zaufał i powierzył, parę lat temu, organizację tej imprezy. Mamy na nią wyłączność. Wszyscy się już przyzwyczaili, że ten turniej jest, Dlatego dzisiaj często słyszymy jak bardzo go w tym roku brakuje. Turniej to impreza, którą szykujemy cały rok i jest ona strasznie trudna do realizacji. Każda edycja musi się czymś odróżniać od poprzedniej, wprowadzamy jakiś nowy element organizacyjny, żeby nasi goście zauważyli różnice. Bo jak będzie tak samo, to wtedy od razu przychodzi na myśl stara zasada: jak jest tak samo, to znaczy, że jest gorzej. Staramy się wprowadzać zmiany. I nasi klienci to doceniają. W ciągu roku robimy bardzo dużo imprez, ale nie tylko z tego żyjemy. Mamy w zapasie także inne pomysły.

Porażkę mamy już za sobą, już ją omówiliśmy. A jaki był największy sukces?

Przede wszystkim to przetrwanie tych 30 lat. Ale ja osobiście do sukcesów zaliczam trzy wydarzenia – 27 edycji Pekao Szczecin Open, zdobyliśmy trzykrotnie nagrodę dla najlepszego challengera, to ogromny sukces. Drugie, to Mistrzostwa Europy w Pływaniu w Szczecinie, byłem wtedy koordynatorem ze strony miasta i trzeci o którym mało kto wie – zostaliśmy wybrani i realizowaliśmy bardzo dużą część WTA Qatar German Open w Berlinie. To był największy turniej jaki w życiu robiłem, z pulą nagród chyba 1,5 miliona dolarów. Siedzieliśmy z miesiąc w Berlinie, ale wszystko się udało. Pracowaliśmy dla Eurosportu, obsługiwaliśmy biura prasowe, zapewnialiśmy cały branding obiektu. Grało tam 20 najlepszych zawodniczek globu w tamtym czasie.

Agnieszko, od którego roku jesteś w Bono?

Od 2008 roku. Przyszedł taki moment, że Krzysztof postanowił się z Piotrem podzielić majątkiem i zadaniami spółki. Aby utrzymać status quo wspólników weszłam do firmy. Wydawało mi się, że to tylko na chwilę i tak jakoś zostało do dzisiaj. Znalazłam swoje miejsce – ponieważ nie lubię być na pierwszym planie, wybrałam więc „zaplecze”. Takie wsparcie logistyczne nie tylko w sensie układania pracy, ale głównie tworzenia wszelkich umów, rozliczania finansowego eventów, dbania o realizację podjętych zobowiązań i pilnowania, żeby wszystko zadziało się tak, jak powinno.

Trudno planować w takiej sytuacji w jakiej się aktualnie znajdujemy.

Trudno. Ale są takie działania, które wynikają ze specyfiki firmy. Kiedy przez dwadzieścia parę lat robisz imprezę o tak sporym zasięgu, wykorzystujesz nie tylko potencjał ludzki, ale także to, co zgromadziłeś przez ten czas przy okazji innych wydarzeń. Wyposażenie, które jest nam potrzebne do zagospodarowania całości obiektu podczas turnieju w większości należy do nas, jest naszym majątkiem. Cały sprzęt sceniczny, nagłośnieniowy, oświetlenie czy całe wyposażenie meblowe. Korzystamy z tego majątku uczestnicząc np. przy The Tall Ships Races, czy organizując eventy firmowe, integracyjne itp. Jak dołączył do nas Kacper - zrealizował swój niby prosty, ale genialny pomysł – stworzył drugą odnogę firmy – wypożyczalnię tego majątku. Przechowujemy go przez cały rok – czemu więc nie wynajmować? 

Byliście pierwszą firmą, która w czasie pandemii zrobiła imprezę plenerową.

Byliśmy „dodatkiem” do Festiwalu Słowian i Wikingów w Wolinie oraz Pikniku nad Odrą na Łasztowni. W większym zakresie zorganizowaliśmy ten event dla Wolińskiego Stowarzyszenia Rybaków w marinie w Dąbiu z dużą, ale kontrolowaną frekwencją. Było przeszło 500 osób co tym bardziej zmobilizowało nas do zachowania wszelkich rygorów sanitarnych, narzuconych przez lokalny Sanepid. Mało tego, po imprezie okazało się, że w jej trakcie mieliśmy kontrolę i wypadliśmy wzorcowo. Ponoć były robione nawet zdjęcia, żeby pokazywać innym organizatorom jak faktycznie w tym czasie można zadbać o bezpieczeństwo ludzi. Myślę, że to taka dodatkowa laurka dla nas.

 Wróćmy jednak do planów. 

Pewne rzeczy wynikają z sytuacji jaką mamy, potrzeby chwilowego przebranżowienia, zrobienia czegoś nowego oraz powrotu do pewnych pomysłów, które już kiedyś zrealizowaliśmy. Paręnaście lat temu modne były imprezy integracyjne np. paintball, wyścigi quadów itp. To wszystko już przeszliśmy. Być może przyszedł czas na innego typu wydarzenia. Ciężko przewidzieć co wpadnie nam do głowy. Może będziemy robić cos on line ?Wszystko zależy od zlecenia, zadania jakie otrzymamy. W tym sezonie letnim zrealizowaliśmy cały cykl Lotos PZT Polish Tour, który też został zmodyfikowany w stosunku do ubiegłego roku kiedy była to impreza międzynarodowa. W tym roku nie mogliśmy ściągnąć zawodników z zagranicy, zrobiliśmy to więc dla polskich zawodników. Lotos – główny sponsor zgodził się na to. Zrezygnowaliśmy z części naszej gaży, po to, aby zawodnicy mogli otrzymywać nagrody finansowe za to, że w tym uczestniczą. Wszyscy byli zadowoleni z takiego rozwiązania – my mieliśmy zajęcie, oni możliwość grania. Tour po Polsce w takim „pandemicznym” czasie pokazał siłę mediów społecznościowych, siłę obsługi medialnej poprzez internet. Wynik zaskoczył wszystkich, również nas. To może być nowy pomysł na „dodatek” do czekających nas wyzwań eventowych.

Jaką rolę w firmie pełni a jaką będzie odgrywać Kacper? To będzie Wasz sukcesor, następca?

To bardzo ciekawe pytanie, bo sami je sobie zadajemy. Jedno i drugie z nas oczekiwało takiego momentu, że Kacper dołączy do firmy, ale nie chcieliśmy robić nic na siłę. Ponieważ jest to firma rodzinna, liczyliśmy się z tym, że z czasem trzeba będzie zaangażować w to jedno z dzieci. Parę lat temu Kacper sam przyszedł i powiedział, że dojrzał do decyzji i chciałby się przyłączyć. Po paru latach mogę stwierdzić, że w wielu punktach otworzył nam oczy na pewne tematy. Znalazł swoje miejsce i jest w tej chwili absolutnie powiewem świeżości i nowego spojrzenia na przyszłość Bono.

Kacper, szykujesz jakieś niespodzianki dla konkurencji w najbliższym czasie?

Niespodzianek może nie. Turniej jest bardzo ważną częścią naszej firmy. Ale nie chcę żebyśmy byli znani tylko z tej jednej imprezy, nie zapominajmy o naszych innych projektach. Robimy dużo różnych rzeczy przez ostatnie lata i są dla mnie równie ważne jak turniej, np. „Wakacyjne Miasto Kobiet” w Świnoujściu. Ogromna impreza, 10 tysięcy kobiet rocznie, tylko i wyłącznie kobiet. Pomysł takiego festiwalu urodził się w głowie Taty i Prezydenta Świnoujścia Janusza Żmurkiewicza. Ja z moją narzeczoną Anią ubraliśmy go w jakieś ramy i teraz rozwijamy go z roku na rok. Ta firma to jest zespół ludzi niesamowicie zgranych, każdy jest trybem w maszynie, która działa od tylu lat. Działamy nie tylko na naszym lokalnym rynku, sporo jeździmy po Polsce i jeszcze nie widziałem tak zagranego team’u eventowego. To widać także po efektach marketingowych bardzo dużego, ogólnopolskiego projektu tenisowego Lotos PZT Polish Tour, który realizujemy od dwóch lat. Sponsor patrzył na wyniki i nie wierzył, że to możliwe. Firma ze Szczecina, w której pracuje kilkanaście osób, a wynikami bijemy innych, dużo większych, na głowę. Podsumowując, robimy swoje i w sposób ciągły rozwijamy naszą ofertę, która opiera się na jakości tego co robimy bez względu na to jak duża jest realizacja. Dzisiaj Grupa Bono to działania na wielu płaszczyznach. Event Rent czyli wypożyczalnia sprzętu eventowego, Bono Events, które realizuje wszystkie imprezy, Live Frames odpowiedzialne za produkcje związane z fotografią i produkcją filmową i Promuj Się, czyli cały nasz dział projektowy i usług plastycznych

 

6( 139)
Październik'20