Kołysanka mrówki

Autor

Szymon Kaczmarek

Mrówki i ludzie nie komunikują się ze sobą. Jestem mrówką. Niewidoczną dla tych, którzy z wysoka patrzą na moje mrowisko. Obojętną dla nich, jak każda z miliardów mrówek, o ile nie wejdę na ich nogę, nie sięgnę po leżącą na piknikowym stole kanapkę. Z pozycji tych, dla których jestem mrówką, nie odróżniam się od innych spośród mrówkowej masy. Oni nie chodzą naszymi ścieżkami, nie kupują w naszych sklepach, nie noszą ubrań, jakie my nosimy. Nie rozumieją rozłożonych na stole rachunków. Tych za gaz, za prąd, za raty i Wi-Fi. 

Są wysoko. Zbyt, by widzieć to co drobnym drukiem napisane. Zbyt, by widzieć nasze pragnienia i najprostsze z potrzeb. Choć nie na tyle, by o nas nie stanowić, nie wskazywać i wytyczać.

To nie nas pokazują w telewizji, lecz ich. To nie my, tak mądrze opisujemy dobrze znany nam nasz świat. Nie my stawiamy diagnozy. Nie nas pyta się o najbliższe i dalsze perspektywy naszej przyszłości. Nie do nas należą decyzje. My, mrówki z otwartymi w zdumieniu ustami, unosimy głowy wpatrzeni w niebieskie ekrany. Czasem jękniemy w zdumionym przerażeniu. Czasem w zachwycie nad łaskawością tych, co nad nami. A oni wiedzą. Znają najdrobniejsze szczegóły tego, co dla nas najlepsze. Wiedzą jak mamy iść i którędy. Co nam smakuje, a co jest dla nas niezdrowe. I powtarzają jak mantrę: „Tej nie lubisz, tej nie kochasz, tej nie pocałujesz…”. Bo przecież oni mają „chusteczkę haftowaną, wszystkie cztery rogi”… Nam pozostaje wznieść toast naszym swojskim mrówkowym kwasem. Tak różnym smakiem od ich wykwintnych nalewek, lecz dobrze, że choć kac jednakowo bolesny.

Są jednak wśród nas mrówki, które w błękicie ekranów widzą więcej. Które z miękkich słów potrafią wydobyć ostre krawędzie prawdziwych znaczeń. Są takie, które tłumaczą znaczenia na język zwykłych mrówek. Wtedy nad nami rozkwita zieleń Nadziei. Prężymy wówczas mrówcze ciała, wznosimy transparenty, wykrzykujemy hasełka… Lecz i ona, jak to z zielenią bywa, prędko zmienia swój kolor. Płowieje, przebiega szybko przez paletę żółci i brązów, by pomarszczona i skręcona unieść się jak jesienne liście do ostatniego lotu w dół… Transparenty płoną w koszach, pięści wzdłuż ud opuszczone i ten gorzki knebel niemocy w półotwartych jeszcze ustach. Ot, taki mrówczany nasz zryw…

Z wysoka nie widać mrówek takich jak ja. Z wysoka jesteśmy dla nich, na górze bezpieczni, bo jak wysoko podskoczy mrówka?

Nasz mrówczy głód nie ugodzi w żołądek tych, którzy wysoko. Deszcz dla nas potopem. Pstryknięcie palca - początkiem ostatecznej podróży z kolana, w bezkresny niebyt. Umieramy każdego dnia, w każdej chwili. Po cichu, bo kto słyszał by jakaś mrówka krzyczała? Bo kto słyszał mrówkę? Bo kto przyzna się, że wielokrotnie, jednym ruchem niecierpliwej dłoni kończył mrówczy żywot?

Nieistotni i niezbędni dla obrotów ziemi. Dla ciągłości zdarzeń i rozkładów jazdy. Niezbędni, choć nieistotni w trybie maszyny zwanej cywilizacją. Na mrówczych barkach budowa piramid i sprawne działanie miejskiej sieci ścieków. Na naszych głowach obliczenia bankowe i dobór pieśni weselnych. Zaopatrzenie kiosku warzywnego i przenoszenie górskich szczytów. Pustka bez nas okrutna, cisza i bezruch. Trwamy więc tu, gdzie mrówczy Los wyznaczył nam miejsce. W przerwach miedzy trudem i znojem wpatrzeni w niebieskie ekrany.

Dziś ja, mrówka z mrówek miliardów, okrywam się ciepłą kołdrą, wtulam twarz w znajomą snami moimi poduszkę i niepozbawiony nadziei mówię Wam „dobranoc. Do jutra…”. Rewolucji nie będzie. Nie dzisiaj.

6( 139)
Październik'20