Święta będą i tak

Autor

Anna Ołów – Wachowicz

Grudniowa gorączka ogarnia mnie z reguły w okolicach połowy listopada. Aktywuję się z pierwszym „Last Christmas” puszczonym w radio i już dzyń dzyń dzyń, jedzie renifer, jest wizja.  Staram się nad sobą panować, ale zawsze mnie troszkę poniesie. Zawsze. Powtarzalność tego schematu jest jednocześnie frustrująca i budująca. Niby niczego się z roku na rok nie uczę, ale z drugiej strony – pandemia, strajki, polexit, obostrzenia – a moje życie grudniowe ma i tak swój niewzruszony harmonogram.

Nie wiem jak u Was, ale u nas najmniejsze dziecko jeszcze wierzy w Świętego Mikołaja. Większe w Mikołaja nie wierzy, ale wierzy w prezenty. W związku z tym, co roku o tej porze organizujemy małą nocną inscenizację: zostawiamy przy kominku ciasteczka i mleko dla Świętego oraz marchewki dla reniferów. Potem czeka się, aż dzieciaki usną i dopycha do kominka prezenty, ciasteczka zjadając – zostawiwszy malownicze okruszki. Czekać trzeba wytrwale i cierpliwie, bo jak się raz kiedyś pospieszyliśmy i zaczęliśmy od wyjedzenia scenografii, to nakryło nas najmłodsze i opieprzyło, że jesteśmy niepoważni jako rodzice i ona teraz nie dostanie prezentów, bo zeżarliśmy te cholerne ciastka. Czekamy więc, aż zasypiamy. Budzimy się około piątej w nocy na kanapie, połamani. Kot dopija mleko i kończy ciastka, warto było piec. U mnie tak zawsze, lubię to.

Prezenty pod choinkę to temat trudny. Święty Mikołaj ma prosto: list przychodzi, elf trzaska prezent na manufakturze, pakuje do wora i Mikołaj to wszystko podczas wesołej przejażdżki pod rozgwieżdżonym niebem, przy wtórze dzwoneczków dostarcza ziuuu przez komin do adresata, ho ho ho. Zawsze bingo. Jeśli jednak w naszym wieku pokłada się za dużą wiarę w Świętego Mikołaja, to się można przejechać jak renifer na guanie w śniegu. W naszym wieku prezenty robi mąż (konkubent, partner, mamusia, dzieci), a to oznacza, że towar dostarczony może się zasadniczo różnić od „zażyczonego”. O ile się da, trzeba się wyrażać precyzyjnie – linkiem do produktu.  Owszem, można lubić niespodzianki, ale moje życie dostarcza mi ich tyle, że na święta limit jest już wyczerpany.  U mnie tak zawsze. Ale lubię i to.

Choinka. Choinkę ogarniają najmilejsi, czyli małżonek z dziećmi. Wychodzą po najładniejszą, wrócą za 2 godziny pokłóceni, z najdziwniejszą drzewiną jaką tam na składzie choinek mieli. W tym czasie daję radę samodzielnie poprzesuwać meble, żeby się to drzewo zmieściło. Najwyżej gałązki będą zachodziły na ekran telewizora, przez święta jakoś się przemęczymy. Wywlekam ze schowków ozdoby i bombki, uczulam się natychmiast na roczne pokłady kurzu. Oczy we łzach, woda z nosa, plecy mnie bolą od przesuwania komody. Koty wywlekają mi z pudeł łańcuchy i ganiają bombki. Plastikowe znoszą to ok, szklane gorzej. Po 15 minutach mamy tu małe pole minowe z resztek z brokatem. Sprzątam bombkowy gruz, pełna złych przeczuć, że gdzieś przeoczę szkło, które się znajdzie nie w porę, oczywiście wbite w czyjąś nogę. Raban zwiastuje powrót ekipy. Dziecko ryczy, głowa rodziny, zapocona, targa drapaka, siejąc mi po drodze cały syf z Żacholeckiego Lasu. Przed głośnymi uwagami powstrzymuje mnie wyraz twarzy małżonka, widać, że to człowiek na skraju. Wyplątuję zabeczane dziecko z opakowań i zatykam czekoladowym mikołajem. Krytycznie patrzę na wygospodarowaną suwaniem komody przestrzeń i stwierdzam, że chyba za mało grata posunęłam, choinka zasłoni pół telewizora, a to już może nie przejść. Małżonek skopuje z siebie buty przed wejściem w głąb mieszkania i natychmiast zaczyna wrzeszczeć z nogą w górze. Znalazła się przeoczona bombka. Choinka korzysta z okazji i ulega kotom –  bęc, po raz pierwszy.

Pół godziny i dwa mikołaje czekoladowe później, wszyscy jako tako dochodzą do siebie. Ubieramy. Koncepcje są różne. Małe dziecko, np. zaparło się powiesić wszystkie ozdoby w jednym miejscu z przodu i nie jest w temacie ani trochę elastyczne. Po godzinie wreszcie zawisła zawartość wszystkich kartonów. Lukę w gałęziach, z lewej, maskują samorobne przedszkolne łańcuchy z bibuły, które zauważyłam za późno, zapomniałam w zeszłym roku spalić.

Siedzimy wszyscy na kanapie i podziwiamy. Są lampeczki. Pachnie. Jest nastrój. Mniejsze dziecko tuli się do mnie, słodkie i cieplutkie takie. Zaraz zaraz, co ono takie cieplutkie?! 37,9 – coś będzie. Koty oceniły, że słabo zaaranżowaliśmy ozdoby, poprawią zaraz. Bęc, po raz drugi.

Późną nocą, kiedy wciąż przemieszczam się z syropem między kuchnią, a pokojem dziecinnym,  mijam rozświetloną pannę choinkę i coraz bardziej mi się podoba. Zwłaszcza, że godzinę wcześniej przewiesiłam połowę bombek i na inne miejsca. Kiedy wreszcie zamykam we własnym łóżku oczy, słyszę potężny łoskot, brzdęk i toczące się po podłodze bombki.

Koty wygrały.

Finisz. Standardowy wieczór w tygodniu przedświątecznym. Szoruję analogowo podłogę ścierą, bo mi mop nie wjeżdża pod komodę. Sanepid pozwoliłby mi przed świętami otworzyć laboratorium, spokojnie spełniam kryteria. Moją pozycję chłopki pańszczyźnianej obserwuje, wieszający ostatni wytarty z kurzu klosz, małżonek, a w głowiźnie kiełkują mu myśli włochate jak kot prezesa. Nic z tego, znalazłam w internetach przepis na ciasto z rumem i rybę z dżinem. Przecież ja muszę jakiś fajerwerk na stół przygotować, ja muszę. Później, gdy o pierwszej w nocy dokręcam dżin, stwierdzam, że było warto. 

Zakupy, gotowanie, pakowanie, chaos. Zjazdy, wyjazdy, odwiedziny, pierogi, kolędy. Trzy dni zlatują jak jeden, zostajemy ze stertą podartych opakowań w motywy świąteczne i lodówką zapchaną jedzeniem. Sałatka podchodzi wodą, dociera do mnie, że jak co roku ostatnio, śniegu nie było.

Po świętach segreguję  śmieci. Worek przeznaczony na szkło jest jakoś zawsze mocno pełen i nie są to butelki po oliwie. Ledwie zdążam z worem, zanim panowie z Remondisa miną posesję. Bardzo miły pan z wozu odbiera ode mnie toboły, zielony nam upada i rozlega się kompromitujący odgłos tłuczonego szkła.

– Uuu, u pani to chyba grubsza impreza była!

– U pani to tak raczej zawsze – pogrąża mnie jego kolega o dłuższym stażu na dzielnicy.

O psiakrew. U mnie tak zawsze.

8( 141)
Grudzień'20