Autor

Dariusz Staniewski

Tuż przed tegorocznym sylwestrem spotkałem starego kumpla, takiego, jak to się mówi, „z partyzantki”. Sto lat się chyba nie widzieliśmy, choć w jednym żyjemy mieście. Dziwne to, bo przecież wiadomym wszem i wobec jest, że Szczecin liczy około 400 tysięcy mieszkańców i wszyscy się znają! My jednak w końcu się spotkaliśmy. Zwykle Polacy przy takiej okazji udają się szybko do najbliższej knajpy, aby tam (na pewno nie przy jednym, symbolicznym, piwie) pogadać. O czym? Po pierwsze – o tym jak to jest  w tym życiu źle, jak jest ciężko, jaki los przeklęty jest i jak się uwziął na nas. Po drugie – o tym, jaka dotknęła nas katastroficzna sytuacja finansowa i wyjść z dołka nie możemy (tak, na wszelki wypadek, gdyby kolega wyraził chęć pożyczenia od nas jakiejś gotówki), fiskus nas ciśnie, bank grozi komornikiem, dostawca prądu wyłączeniem, gazownia odcięciem kurka, a (bliższa i dalsza) rodzina, że już nigdy nawet grosza nam nie pożyczy, choć pewnie stuzłotówkami cygara sobie przypalają między łykiem szampana i konsumpcją tartinki z kawiorem. Po trzecie – o robocie, że szef (w tym miejscu tylko niektórzy wstawiają komplementy i peany pochwalne, większość raczej długą listę słów powszechnie uznanych za wulgarne i obraźliwe, któw jednoznaczny oraz obrazowy sposób opisują owego osobnika) nas prześladuje, coś ciągle knuje i pewnie nasze dni w tej pracy już dawno są policzone, współpracownicy to hieny tylko czyhające na nasze miejsce, widać to po ich nieszczerych uśmieszkach oraz żądzy mordu w oczach, przyjdzie wziąć w garść kij, żebraczy worek zarzucić na plecy i ruszyć w świat szeroki oraz wrogi. Po czwarte – o zdrowiu, z organoleptyczną prezentacją gdzie, co i jak mocno doskwiera, wszystko z odpowiednią mimiką i wilczym wyciem z bólu (pomimo kolejnych dawek spożywanego C2H5OH), do tego kilka radosnych informacji kto z naszych wrogów na co choruje, kilka złorzeczeń pod adresem państwowej służby zdrowia oraz wysokości stawek tej prywatnej. Po piąte – o rodzinie. A że to temat rzeka, to nawet gadać się nie chce. Po szóste – polityka. Jeżeli okaże się, że kumpel ma poglądy nieco odmienne od naszych, to może nastąpić szybkie zakończenie spotkania towarzyskiego w sposób spokojny i kulturalny (w tych czasach rzadko preferowany) lub gwałtowny i głośny mogący zahaczyć o wyzwiska oraz rękoczyny nawet. I tak by pewnie nasze spotkanie się potoczyło (pozostając w nadziei, że bez rękoczynnego elementu), gdyby COVID-u nie było. Ale jest, knajpy pozamykane, nie ma gdzie kielicha wysączyć i się otworzyć na drugiego człowieka. A rozmowa na ulicy i „na sucho”, to żadna rozmowa. Umawia się więc człowiek na lepszy czas, jak zarazę zdusimy, wiedząc z góry, że niewielkie są szanse, aby do tego doszło w najbliższej przyszłości. I już mieliśmy się żegnać staropolskim stuknięciem łokciami oraz zamaskowanym uśmiechem, kiedy kumpel rzekł nieoczekiwanie: „A wiesz, że w tym wszystkim jest jasny promyk nadziei, radości w tych ciężkich czasach”. „Cóż to takiego?” – spytałem pełen obaw. Nie myliłem się. „To sylwestrowe propozycje stacji telewizyjnych” – odrzekł kolega. Rozejrzałem się czujnie dookoła, czy gdzieś nie widzę tzw. ukrytej kamery na dowód, że jestem wrabiany w jakimś durnowatym programie pseudosatyrycznym. Potem równie czujnie zlustrowałem ubiór kumpla czy nie wykryję gdzieś mikrofonu na dowód, że jestem wkręcany przez którąś z radiowych rozgłośni komercyjnych. Upewniwszy się, że nie widać takiego sprzętu zadałem koledze kulturalnie fundamentalne pytanie „Po…, no, tego, gięło Cię?”. Spojrzał nieco wyniośle. „Widać nie widziałeś programu TV oraz zapowiedzi, kto i gdzie wystąpi” – odpowiedział z wyższością i zaczął wymieniać. O rodzimych „gwiazdach” nawet nie wspomnę. Za to nazwiska i nazwy zagranicznych przygniatały. Połowa duetu „W mordę tłokiem”, czyli wiecznie młody i powabny Thomas Anders, Francesco Napoli z nieśmiertelnym zestawem włoskich piosenek z lat 50 ubiegłego wieku, Helena Vondráčková z jej „Malovaný džbánku” (to jest przebój wszechczasów a nie jakieś tam „Stairway to heaven” Led Zeppelin), 683 skład Boney M i zespoły „jednego, albo dwóch hitów” – Loona i Fun Factory. Gdy kolega skończył pokiwałem smętnie głową, odwróciłem się i udałem do najbliższego sklepu spożywczego w celu nabycia odpowiedniej butelki. Bo świat się przecież zmienił. Ale nie rozrywka przez wielkie „Ry” i sylwester w polskich stacjach telewizyjnych. Dzięki nim mamy taki nasz Dzień Świstaka.

 
1( 142)
Styczeń'21