Autor

Dariusz Staniewski

Któregoś pięknego dnia usiadłem przed telewizorem i oddałem się jednej z najpopularniejszych dyscyplin sportowych dorosłych facetów, czyli Turniejowi Skoków Po Kanałach TV. Pilot w dłoń i heja! Od razu trafiłem na serial o sławnej polskiej poetce. Zaciekawił mnie na tyle, że obejrzałem w całości odcinek napotkany. Wiedziałem i czytałem, że miała kłopoty z alkoholem. Ani ona tego nie ukrywała, ani jej przyjaciele. Ale z obejrzanego odcinka wynikało, że poetka owa prawie nic innego nie robiła, tylko non stop była „na bani”! No to już chyba jednak przesada. Autorzy scenariusza stanowczo przeszarżowali! Zniesmaczony wróciłem do skoków pilotem. I oglądam jakieś mniej lub bardziej zabawne popisy polskich kabaretów, zwierzątka, blondynę wyczyniającą brewerie w jakiejś restauracji pod pozorem ratowania jej przed upadkiem, kulisy wojen wszelakich (w wersji czarno-białej i kolorowej), dużo o Hitlerze i jego kolegach, mniej o Stalinie i jego kolegach, jakieś dalekie podróże w które nigdy się nie wybiorę (no bo niby za co), „Czterej pancerni” gonią Niemców a Hans Kloss po raz kolejny zdobywa cenne informacje i robi głupka z Brunnera, ojca Mateusza na bicyklu w kolejnej odsłonie  tour de Sandomierz,  kryminalne historie – czyli jak się ludzie mordują na świecie, przedziwne przygody z życia ludzi różnych profesji (m.in. śmieciarzy, złomiarzy, drwali, budowlańców, poszukiwaczy skarbów, żon Hollywoodu), jak w kwadrans z czegoś co nie przypomina nic fajnego do zjedzenia zrobić smakowitą potrawę, czyli przygody kulinarnych MacGyverów, no i oczywiście psychiczne harakiri – kanały informacyjne. W jednym z nich uwagę moją przykuła pewna wiadomość. Jakie są teraz rzadko wybierane, ale dobrze płatne zawody. Wysłuchałem, zadziwiłem się nawet, pokiwałem ze zrozumieniem głową – takie teraz czasy. I jakoś tak się zmęczyłem tym „klikaniem”, że przysnąłem na „kwadransik”. I w śnie przyszedł do mnie Szatan, taki przez duże „Szy”. I zaczął sączyć do mych uszu apokaliptyczne wizje: – A co będzie jak Cię z roboty na zbity pysk, na bruk wyleją? – zasyczał. No to ja na to, że dobrze mi jest tam, gdzie jestem – ludzie fajni, szefostwo (póki co) patrzy na moje osiągnięcia łaskawym okiem (albo mi się tylko tak wydaje) i raczej nie zafunduje mi nieoczekiwanego kopa w pewną cześć ciała. Ale „Szy” nie ustępował: – Ale jakby jednak coś się takiego wydarzyło, to co zrobisz nędzna kreaturo i nieudaczniku??? znacząco spojrzał na mnie a oddech pełen siarki (za dużo tanich alkoholi spożywają tam na dole) skutecznie zmniejszył na chwilę moje możliwości percepcyjne. – Nie mam bladego pojęcia!!! – wysapałem. I wizja bruku zaczęła przybierać coraz realniejsze kształty.  Ale zaraz, zaraz. Przecież widziałem w TV materiał o dobrze płatnych zawodach. Co to były za profesje? – próbowałem sobie gorączkowo przypomnieć. Udało się. To np. psi psycholog, fachowiec pracujący na wysokościach, wróżka, tester wierności i specjalista od makijażu pośmiertnego (który na początek może zarobić nawet 10 tys. złotych „na rękę”). Westchnąłem ciężko i zacząłem przymiarki – do którego z tych fachów mógłbym się nadać. Prace na wysokościach od razu wykluczyłem, bo mam lęk wysokości. Dlatego np. nigdy nie wyszła mi żadna randka w kawiarni na 22 piętrze pewnego szczecińskiego wieżowca, a w górach moją specjalnością nie są narty czy snowboard, tylko przesiadywanie w knajpach przy „góralskiej” herbacie. Tę formę białego sportu doprowadziłem do prawdziwego mistrzostwa. Psi psycholog – marne szanse. Nawet mój pies patrzy czasami na mnie z ironią i rozbawieniem, kiedy próbuję go czegoś nauczyć lub do czegoś namówić np. wypróżnienia. Tester wierności. No cóż, po „sam na sam” z lustrem samokrytycznie trzeba się przyznać, że zostały już tylko ślady dawnej urody a la George Clooney (tak kiedyś usłyszałem od pewnej pięknej kusicielki i tego będę się trzymał). Może gdyby jeszcze nad sobą popracować na „siłce”, spędzić trochę czasu w gabinetach kosmetycznym i medycyny estetycznej, u stylisty fryzur i mody, no to może jeszcze coś by z tego wyszło. Choć złośliwcy, czający się na każdym kroku, na pewno stwierdziliby, że oczywiście, nadawałbym się jako tester wierności. Dla uczestniczek show „Sanatorium miłości”, czy też bywalczyń turnusów w Ciechocinku, czy Kudowie Zdrój. Stripteaser czy chippendale też nie wchodzi w grę. Bo choć taniec nie stanowi dla mnie tajemnic (po którejś tam „setce” nawet flamenco na barowym blacie wychodziło), to łatwo się przeziębiam. Wizja makijażysty pośmiertnego także jakoś mnie nie uwodzi. No chyba że chodzi o pomalowanie buźki jakiemuś mojemu wrogowi. Dla takiego osobnika uśmiech Jokera od ręki! Co więc pozostaje? Wróżka! A raczej wróż lub jasnowidz! Stawki oscylują wokół 150 zł za godzinną konsultację. Minęły już czasy szklanej kuli i fusów z kawy a karty do tarota są łatwo dostępne. Wróżenie wydaje się więc robotą czystą, łatwą, przyjemną, w cieple i pod dachem. A jak mawiał pewien klasyk „lud ciemny wszystko kupi”. Nie mógłbym się jednak tym zająć – opory moralne. Są ludzie, którzy mają prawdziwy dar widzenia przyszłości i przeszłości. I to nie są żarty. A tak perfidnie, z wyrachowaniem jakieś głupoty ludziom wciskać i żerować na nich, ich nieszczęściu, strachu, nadziejach? O nie. To już lepiej zostać politykiem. 

 
2( 143)
luty'21