Wiosna Mamy Muminka

Autor

Anna Ołów – Wachowicz

„Aniu, jak ty dobrze wyglądasz!” – wita mnie babcia, a mi błyskawicznie przechodzi ochota na ten jabłecznik z kruszonką, którego boski zapach czułam już na schodach. W słowniku babci bowiem, pojęcie „dobrze wyglądasz” oznacza mniej więcej tyle, że ci hula hop pasuje. W pasie.

Babcia jest starej daty, wtedy świat lubił, żeby kobieta miała tył i przód zauważalny, a najbardziej erotycznym hasłem było: „kochanego ciałka nigdy za wiele”. Teraz są czasy Anji Rubik, teraz kości ma być widać lepiej. Najlepiej zaraz pod swetrem. Można ewentualnie mieć zad jak bochenki zakopiańskie, ale tylko zad. Jak Kim Kardashian, albo Nicki Minaj, przy których to nasza literacka dorodna Jagienka (ta, co orzechy rzycią) jest w sumie deską. Panna Kardashian jest jednak w talii jak osa, a ja jakby bardziej jak bąk. 

Czyli co?  Czyli dieta.  

Żadna dieta mi nie obca, każdej dam radę. Razem z przyjaciółką (pozdrawiam, Gosiu!) jesteśmy np. bardzo na bieżąco z nowymi dietami. Doskonale orientujemy się co to stewia, komosa, amarantus, spirulina, kasza bulgur. Bardzo skuteczne i zdrowe są, serio, dużo o nich czytamy. Pomiędzy karmelem, makaronem i świniną. I otóż starczy, przesadziłyśmy. Nadeszła wiosna, czas na wnioski. Miało być bajkowo, miałam być księżniczką, a jednak jestem mamą Muminka. Wszystkiego się nie da zrzucić na kwarantannę. To dziś jest ten marcowy dzień, kiedy muszę na wagę wejść, przełknąć tę żabę, jak wcześniej eklerka, opanować murowany szok. Poklepać się mentalnie po plecach: dziewczyno, wypłacz się w ręcznik, świat już taki jest – niesprawiedliwy. Nie poszło w cycki. Sąsiad, pan Henio, od niedawna zaczął cię dostrzegać i kłaniać się nader szarmancko, a wiadomym jest, że ślepa chłopina jak kret, okulary nosi jak denka od butelek i bywa, że nie dostrzeże autobusu… A Ciebie widzi!

Ok, otrzyj oczy i wyłaź z łazienki, idź sobie poprawić morale w bardzo prosty sposób. Robi się to tak: idziesz prosto do aktualnego partnera i zadajesz mu pytanie retoryczne, ale z rozpaczą pewną w głosie, taką nieprzesadzoną: „Czy ja jestem gruba?!”. Jezu, no wiadomo, że jak z Tobą żyje, to już jest dobrze przeszkolony, posiada instynkt samozachowawczy i tę stażem wypracowaną nieustającą czujność. Samobójcą nie jest, odpowie: „Ależ skąd!”. Przyjmij wtedy, że TAK ŹLE to jeszcze nie jest i zabierz się do roboty. Jeśli nie masz aktualnego partnera/partnerki, spytaj przyjaciółkę. Może Ci wprawdzie odpowiedzieć brutalniej, ale to również może mieć dobre skutki. Wtedy przyjmij, że jest AŻ TAK źle i zabierz się do roboty. Jak masz silną wolę (a skoro sezonowo ulegasz pączkom i czekoladzie, to nie masz, ale co tam) to podziel lodówkę na część dietetyczną, Twoją i część dla tej wszystkożernej, choć wybrednej i nieokiełznanej hordy paszcz – rodziny. Jeśli rodziny nie masz, to trzeba zauważyć, że ten zabieg dzielenia lodówki z kotem czy psem nie jest konieczny, ale na wszelki wypadek schowaj co smaczniejsze saszetki. Przyjdzie moment, że mogą kusić.  Lodówka: na swoją połowę kładziesz wszystkie produkty którym brakuje tego co Cię gubi, a co jest akurat najpyszniejsze na świecie. Nie ma tam np. miejsca na serki do wina, na samo wino też nie ma (jak żyć?). Tam jest miejsce na paszę, zielonkę, fit i lajt. I tego masz się trzymać, a nie zapomnij, że lodów nie zaliczamy do nabiału, KFC nie jest drobiem, a czekolada z wiśniami to nie warzywa i owoce. 

Jeśli masz naprawdę słabą silną wolę, to trudno: przedstawiasz całej rodzinie nowe fit menu i nie zważasz na ich protesty wcale. I tak związków zawodowych nie założą.  Skarbowi, gdyby się unosił zbytnio, możesz zasugerować, że mógłby też spokojnie w pasie troszkę zrzucić, na jednej kwarantannie się tak upaśliście, ale nie musisz być taka. To nawet byłoby niesprawiedliwie, jeśli on Cię wcześniej oszczędził i nic dyplomatycznie nie powiedział. Ja jestem złym człowiekiem, należę do tych drugich: jak się mam męczyć, to reszta nie będzie mi się tu tiramisu delektować i makaronem z borowikami w śmietance. Będą jechać na sałacie!  Nie no żartuję. Wiadomo, że przepisów jest masa, można jeść pysznie i naprawdę mało kalorycznie, a wartościowo. Dlatego robię sobie więc od teraz kuchenną rewolucję. Projekt: Wiosna Mamy Muminka. Będę teraz Magdą Gessler w wersji light. Będę jak Magda bez rozpirzonej treski. A oni będą płakać i jeść, jak w programie. Potem mi podziękują – jak w programie. 

Patelnię wysyłam na urlop, stawiam sobie naczynie do gotowania na parze i zawieram z nim prawnie związek, póki śmierć nas nie rozłączy. Taka para z parą.  Do chwili, kiedy ja lub rodzina, zacznie mieć sny o podtekście erotyczno-spożywczym o kąpielach w wannie barszczu. Potem przestawię sobie plan dnia na o pół godziny wcześniej i będę używała nóg. Pieszo się będzie teraz przemieszczało, hrabino, na własnych giczach, ew. rowerowo. I mimo, że ostatnio zaliczyłaś na wszechobecnych o tej porze mokrych resztkach zimy takiego szlifa, że się wrony posrały ze śmiechu – jedziesz. Wyprowadzaj rower i wio! 

I ćwiczenia. Ćwicz, Anka, ćwicz. Biegaj może, spacerem chociaż. Ja podziwiam wszystkich biegających, gorąco im kibicuję. Jeśli jednak gdziekolwiek zobaczylibyście, że ja biegnę, to znak, że też macie natychmiast zerwać się do galopu, smalić kapcia, bo najwyraźniej zasuwa za mną oszalały nosorożec. Innej opcji nie widzę, bo ja nie biegam. Kocham jeść. Byle czego nie ruszę, ale jak już coś jest pyszne, to jakby chętnie. Co gorsze, potrafię gotować. To zguba, bo jak już umiem, to ciągle to robię, sytuacja tego zaczęła wymagać, są naciski w najbliższym otoczeniu. Czasem uda mi się tak przejść samą siebie, że danie wychodzi tak dobre, o mamuniu, tak dobre, że się człowiek ma ochotę dotykać. No ale jak już się tak dotykasz, a paluszki się za głęboko zapadają, to już mus. Trzeba się będzie pomęczyć. 

Trzymajcie kciuki! I możecie dołączyć! Zanim nas dopadnie Lato Muminków.

Prestiż  
Marzec 2021