Zofia i Michał Janiccy, Agnieszka i Krzysztof Bobala, Ewa i Henryk Sawka, Emilia Goch-Salvador i Emanuel Salvador.

Układ idealny czy nierealny?

Razem w domu i razem w pracy. Czy taki scenariusz na życie jest możliwy? Zazwyczaj można usłyszeć opinię, że nie. Ale są tacy, którym to się udało. Jaka jest ich recepta na sukces w takiej relacji? Zapytaliśmy o to cztery znane szczecińskie pary, które razem żyją i razem pracują. Przepis zdradzili nam: Michał i Zofia Janiccy, Henryk i Ewa Sawka, Krzysztof Bobala i Agnieszka Nykiel-Bobala oraz Emilia Goch-Salvador i Emanuel Salvador. Oto krótki poradnik jak wytrzymać ze sobą 24 h na dobę i nie zwariować, a wręcz przeciwnie – być zadowolonym z życia. 

Autor

Dariusz Staniewski

Michał i Zofia Janiccy. Znana szczecińska artystyczna para. Ona dyrektor Teatru Kameralnego i menedżer męża. On – rewelacyjny aktor, uwielbiany przez publiczność, wielokrotnie nagradzany. Zdaniem Michała jest jeden czynnik, który odegrał i odgrywa nadal bardzo ważną rolę w ich związku. – Główną sprawą, która pozwala nam iść tak bezkolizyjnie przez życie i ten zawód, to odnalezienie tej drugiej połówki jabłka, wyposażonej w podobne poczucie humoru. Nie takie samo, ale bardzo bliskie, bardzo kompatybilne, współgrające poczucie humoru. Gdyby tego nie było, rzeczywiście mogłoby być dużo konfliktów. To podobna sytuacja. jaką możemy oglądać np. na scenie politycznej. Jak ktoś ma poczucie humoru, potrafi się z siebie zaśmiać, wyśmiać, ma autoironiczny stosunek do siebie i ma dystans, to wtedy można na takim gruncie coś budować – zauważa Michał Janicki. 

Swoje wspólne życie i relację – razem w domu, razem w pracy – porównują do pewnej tzw. „formy komunikacji niewerbalnej”. – Podobnie jak w tańcu w zgranym duecie trzeba mieć poczucie rytmu, intuicję i umiejętność improwizacji, a raz na jakiś czas pozwolić partnerowi na efektowną solówkę. Jeśli mamy być szczerzy, to możemy powiedzieć, że Zofia często się zapomina i prowadzi, ku wspólnej radości do sukcesu – zauważa Michał Janicki. – Szczęście, że spotkałem Zosieńkę, która jest do mnie podobna. Mamy oczywiście też dużo różnic. Choć światopoglądowo jesteśmy blisko. Chodzi o takie różnice domowe – tu bałaganiarz, tu porządnicka. Ja np. za Zosię czasami przyszywam guziki. Robi to pięknie, ale czasami zapomina. To nie jest jej pasja. Ja jak mam czas, to chętnie to robię. Jestem przecież aktorem, szyliśmy sobie sami kostiumy w szkole teatralnej.  W dodatku w ogóle nie wołam garderobianej, gdy coś się urwie albo oderwie. Jest guzik, coś się rozerwało – szyję.

Ale też Zofia nie ma do mnie pretensji jak np. żarówka jest zepsuta i nie wykręcona, nie zmieniona przez pół roku. Podobnie z zepsutym żelazkiem. Nie wykpiwa mnie, że ja nie umiem takich rzeczy naprawić. W każdym razie rower naprawię. Nawet jej naprawiłem, bo zepsuła. Taka jest! Psuje rowery! I nie wiem jak?! Kruszyna drobna, a potrafi popsuć! Mamy szczęście, że możemy spędzać sobie razem to życie.

Według Agnieszki Nykiel-Bobali i Krzysztofa Bobali wszystko zależy od tego, kto tworzy taki duet życiowo - zawodowy. – Nam się to udało bez jakichś specjalnych starań czy trudności. Po prostu tak wyszło. I tak sobie trwamy (śmiech) – twierdzi Agnieszka Nykiel-Bobala, współwłaścicielka znanej firmy Bono, która od lat organizuje jeden z najwiekszych i najlepszych turniejów tenisowych w Polsce – Pekao Szczecin Open.

Ich duet tworzył się w sposób ewolucyjny, małymi krokami, ale konsekwentnie. I to chyba była dobra metoda skoro są razem: w Bono od prawie 17 lat, a w życiu od ponad 20. – Nie zakładaliśmy wspólnie firmy, więc nie było podstaw czy powodów do konfliktów, nie toczyliśmy bojów o to, jak będzie ona wyglądała, jak się będzie nazywała i czym zajmowała. Nie będąc jeszcze parą współpracowaliśmy dość długo zawodowo. Wiedziałem więc jakie Agnieszka ma zalety. Później współpracowaliśmy już jako para i jakoś się dotarliśmy na obu płaszczyznach – mówi Krzysztof Bobala.

Kolejną parę – życiowo-zawodową stworzyły wspólna praca, pasja i zainteresowania. – Nas od początku połączyła muzyka. Poznaliśmy się na koncercie, jak Manu przyjechał pierwszy raz do Szczecina. I od tej pory budowaliśmy relacje oparte na muzyce. Znamy tylko tę jedną stronę, więc nie mamy porównania. Ale naszym zdaniem jednak stworzenie zgranego duetu w życiu prywatnym i zawodowym nie jest trudną operacją – stwierdza Emilia Goch- Salvador, dyrektor i altowiolistka Baltic Neopolis Orchestra. – Mamy ze sobą dużo wspólnego, kochamy muzykę, mamy wspólnych znajomych, podobne zainteresowania i kochamy te same formy spędzania czasu, mamy podobne charaktery – zapewnia Emanuel Salvador, jeden z najlepszych portugalskich skrzypków, aktualnie solista, koncertmistrz w BNO. 

Czyli wspólne zainteresowania, to jeden z głównych czynników scalających. Opinię te krótko potwierdza znany rysownik, satyryk i ilustrator Henryk Sawka, który z żoną Ewą (zajmującą się witrażem i garncarstwem) wspólnie prowadzą galerię sztuki. –  Bardzo łatwo, jeśli trafi się na odpowiedniego partnera (partnerkę) – im więcej wspólnych zainteresowań tym lepiej – zapewnia Henryk Sawka.

Recepta na sukces

– Uważam, że wszystko zależy od charakteru i osobowości –  z tego wszystko wypływa.  Ale o recepcie ciężko mówić. Wydaje mi się, że gdy spotkają się dwa silne charaktery, które będą cały czas ze sobą walczyć albo udowadniać sobie kto ma rację –  nic z tego nie wyjdzie – mówi Agnieszka Nykiel-Bobala. – Jestem osobą raczej spolegliwą i uważam, że mam duży potencjał w dialogu na argumenty. Nie mam czegoś takiego jak przekonanie, że to co ja wymyślę jest jedyne i słuszne. Nie kwestionuję czyichś pomysłów na zasadzie: „nie, bo nie”. Kiedy podczas rozmowy ktoś mnie przekona –  absolutnie jestem w stanie przyznać rację albo wycofać się ze swojego pomysłu.

Nie mam w swoim charakterze woli walki „do upadłego”, żeby obronić swoje zdanie – mówi. Według niej, dosyć istotną sprawą jest jak się ludzie dobierają w roli wspólników. – W naszym przypadku od samego początku było wiadome, że liderem i frontmenem Bono jest Krzychu. On buduje koncepcje, wymyśla nowe projekty, natomiast ja pilnuję, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Jestem „zapleczem” i nie mam z tym problemu. Absolutnie mi nie przeszkadza, że jestem na drugim planie. Taki podział ról i charakterów w naszym tandemie zadziałał korzystnie. Czy rywalizujemy?  Nie. Być może zdarza się to u par, które czerpią z tego siłę, żywią się ciągłą walką o przywództwo, o potwierdzenie swoich racji. U nas czegoś takiego nie ma, bo ja nawet nie mam charakteru fightera. Nie doprowadzamy do takich sytuacji, zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy, nie stawiamy rzeczy na „ostrzu noża”. Zawsze jest dialog, zawsze jest kompromis. I taki podział obowiązków jest OK – zapewnia Agnieszka Nykiel-Bobala.

– My mieliśmy już czas, żeby przed decyzją o wspólnym prowadzeniu firmy, po pierwsze: poznać siebie i poznać swoje charaktery, a po drugie: żeby się dotrzeć. Jak ludzie już wiedzą czego się po sobie spodziewać i na co wzajemnie mogę liczyć: to wszystko wygląda zupełnie inaczej – dodaje Krzysztof Bobala. 

Michał Janicki przypomina pewien pogląd istniejący od lat w środowisku aktorskim.

Kompletnie jednak nie mający odzwierciedlenia w ich związku. –  W naszym środowisku mówi się, że nie ma takiego wagonu, którego „nie dałoby się odczepić”. W tym przypadku to nie działa, są wyjątki od reguły! To właśnie my! – zapewnia aktor.

Emilia Goch- Salvador zwraca uwagę na pewien wzorzec, klucz tworzenia się takich par: środowiskowy. – Łatwiej się żyje artystce z artystą i odwrotnie, niż artyście, który ma za żonę np. prawniczkę (śmiech). Ja takiej sytuacji nawet sobie nie mogę wyobrazić. Bardzo często muzycy łączą się z muzykami. Znam wiele takich par, to jest codzienność w naszym zawodzie, niemalże zasada. Rzadkością jest, żeby któraś z „połówek” zajmowała się czymś dalekim od muzyki. Zdarza się. Ale to zazwyczaj wszystko kisi się w jednym sosie. Tak w tym naszym świecie już jest. 

Ale myślę, że np. w świecie lekarzy jest podobnie. Wiele par łączy się według takiego klucza zawodowego, w przypadku specyficznych zawodów. Bo przecież jeżeli ktoś jest kierowcą, to jego żona wcale nie musi być także kierowcą. Ale w takich sprofilowanych zawodach, jak nasz, to często tak jest – zauważa dyrektor BNO. A Henryk Sawka jasno i przejrzyście ujawnia swoja receptę na sukces. – Jeśli grało się ze sobą w parze deblowej, a właściwie mikstowej, to nie ma rzeczy niemożliwych! – mówi.

Plusy ujemne i plusy dodatnie

Wspólna praca i życie, to wada, czy zaleta? Czego jest więcej w takim związku? Według Janickich odpowiedź na tak postawione pytania podsuwa przyroda. – To jest „sine qua non”, czyli absolutna symbioza, tu nie ma pasożytów. Ale każdy czerpie korzyści w tej sytuacji – wyjaśnia Michał Janicki. Natomiast dla współwłaścicieli Bono, to zaleta. Choć czasami trudna do zrozumienia i zaakceptowania dla otoczenia. – Bardzo wielu naszych znajomych, przyjaciół puka się w głowę i pyta jak my możemy spędzać ze sobą 24 godziny na dobę, tyle lat, nie nudząc się. Ale oni też widzą, że jesteśmy ludźmi szczęśliwymi. Doskonale się czujemy sami ze sobą. Jeżeli traktujesz taki związek jako zaletę,
to trudno znaleźć, tak naprawdę, jakieś zagrożenia. Oczywiście one się pojawiają. 

W naszym przypadku też tak było. W każdym związku zdarzy się konflikt. W firmie przez te lata działalności też bywało różnie, bywało także bardzo źle. Natomiast między nami nigdy takie sytuacje konfliktowe nie trwały zbyt długo. Nawet jak się wkurzasz o rzeczy firmowe, to wracasz do domu, do naszego azylu. To wszystko łagodzi nastrój, wycisza emocje. I ciągle jesteś, i rozmawiasz z tą sama osobą, z którą jeszcze nie tak dawno kłóciłeś się o sprawy zawodowe.  Jesteśmy dorosłymi, dojrzałymi ludźmi w dojrzałym związku – zapewnia Krzysztof Bobala. 

Jego opinię potwierdzają słowa małżonki. – Też uważam, że to co stworzyliśmy jest zaletą, ale … Ostatni rok pokazał, że w przypadku naszej działalności, w momencie kiedy ktoś wyciąga Ci „wtyczkę”, po okresie paniki, przychodzi takie konstruktywne myślenie i pytanie: co dalej? Jesteśmy przecież wspólnie w tej działalności. Nie mamy dywersyfikacji środków finansowych jak np. inne pary, które pracują w różnych podmiotach. Kiedy jednej „połówce” idzie gorzej, druga może ją wesprzeć. My jesteśmy wspólnie w tej branży, a pandemia pokazała, że brak dywersyfikacji w pracy i życiu może być wadą. Ale nikt nie przewidział takiej sytuacji – mówi Agnieszka Nykiel-Bobala.

W takich nieoczekiwanych sytuacjach nawet od syna nie możemy pożyczyć, bo Kacper już od pięciu lat jest z nami w firmie (śmiech). Z drugiej strony już tyle lat działamy, przyzwyczailiśmy się do wzlotów i upadków, i nawet w przypadku pandemii razem łatwiej się to przeżywa – dodaje Krzysztof Bobala. 

Innego rozwiązania niż wspólne życie i praca nie wyobraża sobie Emanuel Salvador. Może dlatego, że jak sam zauważa, tylko takie znają. –  Nie wiemy jakby było inaczej. To jest nasza codzienność, która jest zdecydowanie zaletą, a nie wadą. Cały świat zjechaliśmy razem, bo nasz zawód nam na to pozwala. Czy to z kwartetem czy z orkiestrą. Mamy to szczęście, że gramy na podobnych instrumentach w jednym zespole. Tworzymy razem kwartet smyczkowy a ostatnio, w czasie pandemii, założyliśmy nawet duet (śmiech). Najłatwiej jest nam grać w takiej sytuacji w duecie. To nam pozwala robić bardzo dużo rzeczy razem, w tym podróżować. To ogromny plus. To nie jest tak, że jedno jedzie a drugie jest „na doczepkę”. Np. w pandemii możemy jechać do Portugalii jako rodzina, spędzić tam czas z rodziną i jeszcze zagrać koncert – tłumaczy Emanuel Salvador.  

–  Wszystko zależy od rodzaju wspólnej pracy – zauważa Henryk Sawka. – W naszym przypadku nie wchodzimy sobie w drogę. Satyra i witraż to trochę inne gatunki. Wspólna praca daje to, że możemy też urlopować w tym samym czasie – mówi. 

Dom kontra praca          

–  Praca i dom –  te dwie rzeczy strasznie ciężko rozdzielić. Przez wiele lat nasza praca trwała 24 godziny na dobę. To nie jest takie łatwe wyłączyć się z tego. Paradoksalnie dzięki pandemii, zwolnieniu tempa życia i braku normalnej działalności firmy, zaczęliśmy się uczyć zostawiać część spraw zawodowych poza naszą „prywatnością”. Ale to jest prawdziwa i ciężka praca nad sobą. Jesteśmy pracoholikami. Siłą rzeczy myślisz o pracy, będąc poza biurem i przekładasz sprawy prywatne na działalność firmy. Ale staramy się i pracujemy nad sobą, aby to zminimalizować. 

I myślę, że coraz lepiej nam to wychodzi. To pandemiczne wyhamowanie pomogło nam w nowym ustaleniu priorytetów. Staramy się już nie oddawać w 100 procentach firmie i pracy, tylko planujemy czas dla siebie – opowiada Agnieszka Nykiel-Bobala.

–  Każdy kto prowadzi firmę potwierdzi, że nie da się np. o godzinie 16 wyłączyć przysłowiowego guziczka i odłączyć od spraw zawodowych. Niektórzy pewnie próbowali –  my tego wcześniej nie robiliśmy. Pracowaliśmy do wieczora, a potem „braliśmy” jeszcze pracę do domu. I jak takie dwie durnoty siedzieliśmy naprzeciwko siebie i dalej pracowaliśmy pochłonięci w swoich myślach i komputerach. Teraz, dzięki wspaniałemu zespołowi Bono i przejmującemu część naszych obowiązków Kacprowi, trochę się to zmieniło i bardzo się staramy, żeby już do takich sytuacji nie dochodziło. Chcemy mieć też czas dla siebie. Tym bardziej, że jesteśmy domatorami. Kochamy nasz domek, kochamy w nim siedzieć, odpoczywać i spędzać czas we własnym towarzystwie – dopowiada Krzysztof Bobala. 

Emanuel Salvador ma zdecydowaną opinię na temat oddzielenia pracy od życia prywatnego. Przynajmniej w swoim związku. –  Nie da się. Ćwiczymy nawet w domu. Jemy kolację, rozmawiamy o koncercie, jakimś projekcie, o próbie. Nasze życie zawodowe żyje w nas cały czas. Nie ma jakiegoś takiego oddzielenia, że np. po godzinie 15, to już o pracy nie mówimy. Czasami w nocy coś przyjdzie do głowy, jakiś pomysł. Musimy to zagrać, zobaczyć jak to może wyglądać. W ogóle więc nie oddzielamy życia zawodowego od prywatnego. Ja zresztą też nigdy w życiu nie nazywałem mojej pracy pracą. Kiedyś się na tym złapałem, że nie używam takiego sformułowania „idę do pracy”. Idę na próbę, na koncert. To jest nasze życie. Tak bym to ujął – wyjaśnia koncertmistrz. 

– Tylko obecnie w dobie niekończącej się pandemii, która sieje takie spustoszenie i zamieszanie w świecie kultury i nie tylko, to sytuacja zaczyna być przygnębiająca. Ostatnim zarządzeniem, które dostałem od Zofii na papierze firmowym Teatru Kameralnego brzmi: „Okopać się i trwać!”. 

A czy sprawy zawodowe nie przytłaczają prywatnych? Od tego jest grono przyjaciół, życie towarzyskie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mamy to szczęście mieć wielu inspirujących, szczerych i wspaniałych przyjaciół spoza branży – zapewnia Michał Janicki.

– W życiu artystów trudno oddzielić prywatne od zawodowego. Nie da się. To nie fabryka gwoździ, że o 16.00 zamykamy. Umysły muszą być otwarte non-stop. Żartuję i rysuję bez względu na to, czy ktoś mi płaci. To taka wrodzona przypadłość, a wynagrodzenie jest miłym skutkiem ubocznym.Na przykład ten wywiad i sesja fotograficzna... To praca czy przyjemność? Jedno i drugie – uważa Henryk Sawka.

Łyżka dziegciu w beczce miodu 

Według Emilii Goch- Salvador w każdym związku czyhają jakieś zagrożenia. Ale w jej przypadku jest ich mało. Choć ciągłe przebywanie razem może czasami prowadzić do sprzeczek. –  Możemy się czasem kłócić, co oczywiście robimy, bo kto tego nie robi. Śmialiśmy się, że zanim urodził się nasz syn Leonardo, to wiele razy pakowałam walizkę i się wyprowadzałam (śmiech). 

Bo u nas to taka kłótnia dwojga artystów, ogromne temperamenty, wszystko albo nic (śmiech). 

Manu też raz spakował walizkę i zaniósł do samochodu (śmiech). Bywało i tak. Teraz się trochę wyciszyliśmy, bo mamy dziecko. Ale były różne sytuacje. Tego nie da się uniknąć, jak się przebywa ciągle razem. Poza tym jesteśmy wyjątkowymi maratończykami –  w zasadzie to ciągle 24 godziny na dobę razem. Nie chodzimy do pracy w różne miejsca. Chyba, że Manu wyjeżdża na jakiś koncert, albo ja robię jakiś nowy projekt, bo też na to poświęcam trochę czasu, to mamy parę dni przerwy. 

Ale wiele godzin dziennie przecież jesteśmy razem. Wiadomo więc, że sprzeczki się zdarzają – opowiada dyrektor BNO. – Zagrożeniem jest poważne ryzyko zatracenia się w fantazjach i planach na przyszłość, przekroczenie granic zdrowego rozsądku – swoją wizję zagrożenia przedstawia Michał Janicki. A Henryk Sawka ewentualne zagrożenia komentuje w swoim stylu:  krótko, dowcipnie i zgodnie z duchem czasu: – Zależy od związku. My jesteśmy zaszczepieni. –  Czy pojawia się rywalizacja?
Na szczęście oboje nie gramy na skrzypcach. Bo ja na altówce, więc nie ma między nami rywalizacji. I uważam, że to jest bardzo zdrowa sytuacja. Możemy grać wszystko razem, ale nie na tych samych instrumentach. Bo skrzypkowie mają bardzo specyficzna naturę, bardzo się różnią od altowiolistów. z czego się bardzo cieszę (śmiech). Skrzypkowie są bardzo ambitni, są tacy „na śmierć i życie”, jakby skrzypce były całym światem i od nich zależał los cywilizacji, A altowioliści są bardzo wyluzowani, zupełnie inna kategoria ludzi (śmiech) –  zapewnia Emilia Goch-Salvador.

Dla Henryka Sawki jedynym polem do rywalizacji w związku jest kort tenisowy. Natomiast Michał Janicki uważa, że nie ma pola ani płaszczyzny do rywalizacji. – Ponieważ nie mamy kompleksów w żadnej dziedzinie. Zofia świetnie prowadzi samochód, ja nie mam prawa jazdy, ale nie mam z tym problemu, nie zazdroszczę itp. Chyba jedyny wyścig, który między nami trwa to rywalizacjo o uczucia naszego jedynego wnuka. Tu nie znamy umiaru: trudno, to jest od nas silniejsze! Armand na szczęście z wrodzoną dyplomacją potrafi nas opanować (śmiech) – uważa aktor.

Czas na oddech

– Na szczęście Agnieszka lubi i ogląda tenisa! – wyjawia z uśmiechem Krzysztof Bobala.  – Mamy wśród naszych znajomych takie pary, gdzie z tym wolnym czasem różnie bywa. Niekiedy o niego partner lub partnerka potrafią być zazdrośni. U nas nie było i nie ma z tym problemów. Tak ustaliliśmy od samego początku: każdy ma swoją przestrzeń. Agnieszka wiedziała, że mam bzika na punkcie tenisa – grania, kolekcjonowania, oglądania. Do oglądania już ją namówiłem. Do skoków narciarskich jeszcze się nie daje przekonać (śmiech). Natomiast ja z kolei nie daję się przekonać do filmów science fiction i marvelowskich bohaterów, których ona uwielbia. 

Coś za coś. Ale nigdy nie usłyszałem, przez te dwadzieścia parę lat naszego związku, że mam nie iść na trening. Nie ma czegoś takiego. To jest niezwykle ważne. Cieszę się też, że Agnieszka przekonała się do golfa, jak to mówią, sportu na dojrzałe lata. Sprawia nam to ogromną przyjemność: spędzanie czasu wspólnie, na świeżym powietrzu i konieczność całkowitego zresetowania myśli i nie zastanawiania się co będzie jutro w pracy – mówi. – Mamy to szczęście, że mamy oboje wykształcenie muzyczne i słuchamy razem muzyki klasycznej – dodaje Michał Janick. Rozkoszujemy się wspólnie Chopinem, Mahlerem czy Tomasim. To dla ducha, a dla ciała-rowery, las i wycieczki w siną dal. Zofia kocha podróże,
też te najdalsze. Czasami się z nią zabieram. 

Ale jestem kotem, który woli wracać na noc do domu. Natomiast literatura to dwa odrębne światy: Zofia czyta Tokarczuk, po której książki również chętnie sięgam. A do tego Bakuła czy Ofierski. A jakie mamy hobby? Siebie wzajemnie! Żyjemy tak blisko, że często wchodzimy sobie w paradę, ale wspólne poczucie humoru ratuje nas z każdej opresji i wyprowadza z mielizny – wyjawia Michał Janicki.

– Tenis, konie, narty. Turnieje tenisowe m.in. dla artystów. Jest ich masa: jakby się chciało wszystkie zjeździć to nie byłoby czasu na pracę. Dużo też jest plenerów, ale tam też trudno uciec od tworzenia. Ewa czyta książki beletrystyczne, ja wolę Kahnemanna, Snydera, Ledera, Leszczyńskiego, Briana Portera – wyjaśnia Henryk Sawka.

– Śmialiśmy się zawsze, że nasz wspólne wakacje to trwały 3,5 dnia (śmiech). Jakoś zawsze tak wypadało, że jak już podróżowaliśmy z koncertami i pojawiało się blisko jakieś miejsce, które nas interesowało, to udało nam się tam pojechać. Ale zawsze na 3,5 dnia. Tak było np. na Bali, czy w Hongkongu. Tak „sami z siebie” wybraliśmy się na prawdziwe wakacje dopiero jak się Leonardo urodził. Przyszła pandemia, nie było za dużo koncertów, również wyjazdowych. To był drugi, taki nasz zupełnie prywatny wyjazd razem. Za pierwszym razem, to była nasza podróż poślubna. Ślub odbył w Portugalii. Postanowiliśmy więc wybrać się na kilka dni na południe tego kraju. I Manu zabrał ze sobą skrzypce. Podróż poślubna trwała cztery dni, a Manu jeszcze w tym czasie ćwiczył w pokoju. To był dla mnie kosmos (śmiech). Nie byłam nigdy zdziwiona, że on zawsze zabiera skrzypce. 

Na wakacje z Leonardo, też zabrał. Jeżdżą z nami wszędzie – ujawnia tajemnicę rodzinną Emilia Goch- Salvador. Ale mają jedno, wspólne hobby. Nietrudno odgadnąć jakie. – Wszystko co się kręci wokół muzyki. Nasze hobby to muzyka, a poza nią jakieś drobiazgi. Ja się np. uczę portugalskiego. Lubię to robić, mam w tym cel. Na jakieś specjalne hobby chyba by nawet czasu nie wystarczyło. Ponadto uwielbiamy spędzać czas z innymi artystami, po koncertach czy podczas kilkudniowych festiwali jesteśmy megatowarzyscy. Czasem biesiady trwają do późnych godzin (śmiech). To jest ten element życia prywatnego w zawodowym (śmiech) – zapewnia dyrektor BNO.

Życie to nie bajka

Jak radzić sobie w takim związku, kiedy pojawiają się złe chwile? Jak często się pojawiają? Których jest więcej – dobrych czy złych?

– W tej sprawie nastąpił podział obowiązków: ja zajmuję się tymi dobrymi, natomiast Zofia odpala silniki w sytuacjach kryzysowych, drobna, filigranowa i niezłomna, chciałoby się rzec „Żelazna Dama”, w tym przypadku „Żelazna Kruszyna”. Czasy są niepewne i smutne, ale my z nadzieją i radością czekamy na koncert dyplomowy naszego wnuka. I liczymy na spełnienie marzeń. Takie globalne – żeby się skończyła pandemia i żeby wszystko było jak za dawnych czasów, które jak się okazuje były wspaniałe. I takie osobiste – zbieram teraz fundusze i oszczędzam. Na jaki cel? Na pewną wyjątkową przyjemność intelektualną a jednocześnie lokatę kapitału – Zosia marzy o powrocie do spacerów po Paryżu z córką i wnukiem. Razem marzymy o zakupie obrazu jednego z najbardziej utalentowanych współczesnych malarzy polskich Waldemara Wojciechowskiego. Chętnie jedno z jego dzieł zobaczyłbym w domu na swojej ścianie – zdradza Michał Janicki. –  Złych chwil nie pamiętamy, dobrymi głupio się chwalić – podsumowuje Henryk Sawka. – Myślę, że ciągle jest i będzie więcej tych dobrych. Dlatego jesteśmy razem – dodaje Emilia Goch-Salvador.

Anegdota podróżnicza

  –  Jak urodził się nasz syn, to zaczął z nami wszędzie podróżować – Indie, Japonia, Wietnam.  To było cudowne, że był z nami. Wspomnienia na całe życie. Aczkolwiek to generowało też ogromne zmęczenie. Malutkie dziecko, zmiana czasu, napięty plan prób i koncertów, nieustające przemieszczenie się z miasta do miasta, codziennie nowe sale koncertowe, to było coś! Potem odsypialiśmy w Szczecinie, a babcia wiodła prym (śmiech). W Japonii to był kosmos. Jak chcieliśmy spać, to nasz synek się budził. Ciężko było. Jak jechaliśmy do Japonii, to byliśmy przygotowani na to, że jest tam wszystko. I nic nie musimy zabierać ze sobą. Ale jadąc w trasę koncertową wzięliśmy z Polski robota z blenderem, bo syn nie miał jeszcze zębów. Sprzęt piekielnie ciężki, zajmował pół walizki. Ale przydawał się. Do czasu Japonii. Bo tam okazało się, że jest zupełnie inne napięcie w kontaktach. Musieliśmy więc chodzić po hotelowych kuchniach i prosić, żeby nam gotowali dla dziecka. Druga rzecz – byliśmy pewni, że tam kupimy wszystko. Potem okazało się, że w całym Tokio, żeby kupić np. ziemniaka, to naprawdę trzeba się nachodzić – wspomina Emilia Goch - Salvador. 

– Bo ich po prostu nie ma (śmiech) – dopowiada Emanuel Salvador. Myślałem, że pieluchy będą na każdym rogu. Gdzie tam! Więc jak trafił się jakiś wolny moment między koncertami i próbami, to my całe Tokio zjechaliśmy, żeby pieluchy znaleźć. I tego ziemniaka dla małego.

To było nieprawdopodobne! W końcu nam się udało. Ale ile to nerwów i energii nas kosztowało?! Z kolei w Indiach mieliśmy inną niespodziankę. Tam ziemniaki są w każdym sklepie. A ja je wiozłam w walizce razem z marchewką z Polski (śmiech). W Kambodży natomiast na naszym koncercie pojawił się król tego państwa. Z tego powodu całe miasto zostało wyłączone z ruchu. Tylko my mogliśmy dojechać do miejsca, gdzie odbywał się koncert. Po jego zakończeniu poszliśmy do jakiejś restauracji. A tam na ścianie wisiało zdjęcie króla. No to zaczęliśmy się chwalić przed pracownikami lokalu, że dzisiaj się widzieliśmy z ich królem. A oni patrzyli na nas jak na wariatów: „z naszym królem się widzieliście?” – nie dowierzali. A on przecież był na naszym koncercie – śmieje się dyrektor BNO.

Anegdota sportowa

– Oboje jesteśmy kojarzeni z turniejem Pekao Szczecin Open, z którego organizacją jesteśmy związani od jego początków i który – jako „trzecie dziecko” – był obecny w naszym życiu prywatnym… – opowiada Agnieszka Nykiel-Bobala. – Najbardziej intensywny czas przygotowań przypada na miesiące letnie, czyli tzw. wakacje. W naszym wspólnym życiu nie mieliśmy ich latem, a zwykle jesienią, już po turnieju. Pamiętam jak bardzo mnie rozczuliło, kiedy nasza córka mając kilka lat wróciła kiedyś z przedszkola i zapytała: „Co to są wakacje, bo koleżanki ciągle o tym mówią?”.

Nasze dzieci, kiedy były małe, nie przepadały za Pekao Szczecin Open. Później, zarówno Kacper, jak i Martyna, nauczyli się „korzystać” z turnieju na swój sposób i trwało to do czasu, kiedy nie zaczęli z nami pracować przy tej imprezie. No i doczekaliśmy się sytuacji, która wciąż mnie śmieszy… byliśmy jedyną rodziną, która w komplecie uczestniczyła w „after party” (tradycyjnej imprezie odbywającej się po turnieju) i wszyscy mieli powód do drwin, że Martyna i Kacper przyszli na imprezę z rodzicami (śmiech). Całkiem zabawne było usłyszeć w pewnej chwili na parkiecie: „Hej mamo, jak się bawisz?” – śmieje się współorganizatorka Pekao Szczecin Open.

Anegdota teatralna

– Kiedyś w teatrze w Toruniu była taka przepychanka słowna – opowiada Michał Janicki. – Siedzieliśmy w czterech czy pięciu parach aktorskich, bardzo wesoła atmosfera, bankietowa, sympatyczni ludzie. W pewnym momencie dochodzi do „licytacji” na żony. Jeden z aktorów mówi: „moja żona świetnie gotuje”, inny – „moja żona świetnie pierze”, kolejny – „moja super szyje i sprząta”. A ja sobie myślę: „Jezus, Maria! Nic nie mogę z tą moją Zośką wyskoczyć! Żadnych atrybutów!”. Cicho więc siedzę.  Ale w końcu pytają: „Misiek, a co z Twoją Zośką?”. No to zacząłem sobie z nich lekko pokpiwać, celowo trochę nas upośledzać, że np. Zośka świetnie gotuje wodę: na kisiel. W końcu pada pytanie: „Misiek, to po co Ty masz żonę?”. A ja mówię: „do towarzystwa, kochany, DO TOWARZYSTWA!”.  

 

Foto Henryka i Sawki: Radek Kurzaj / MUA: Agnieszka Ogrodniczak

Pozostałe: Ewa Bernaś / MUA: Agnieszka Ogrodniczak

 

 

Prestiż  
Kwiecień 2021