Wojciech Fibak:

Gdyby nie tenis zostałbym reżyserem filmowym

Legenda kortów, uznany kolekcjoner, człowiek renesansu. Sława Wojciecha Fibaka niesie się przez cały świat na przemian onieśmielając i imponując. Lubi ludzi i sam o sobie mówi, że mistrzostwo pierwszego kontaktu zawdzięcza rodzicom, którzy szacunek do drugiego człowieka stawiali zawsze na pierwszym miejscu. Chociaż tak w biznesie, jak i w życiu gra w otwarte karty, niewielu wie, że fascynują go prognozy pogody i unikalny układ szczecińskich rond.

Autor

Dagmara Rybicka

Po 45 latach od zwycięstwa w Monte Carlo, kto dziś byłby Pana wymarzonym przeciwnikiem po drugiej stronie kortu?

Znowu legendarny Bjorn Borg, mój przyjaciel, który aktualnie jest w Warszawie, więc miałbym ku temu okazję. Jak zakończyłby się pojedynek panów w pewnym wieku trudno przewidzieć, ale jestem pewien, że obaj mielibyśmy z gry sporo frajdy. Bjorn jest blisko polskiego tenisa od chwili, gdy założyłem w 1992 roku pierwszy zawodowy turniej w Poznaniu. Aktualnie wraz z żoną kibicują 18-letniemu synowi grającemu w ATP BNP Paribas Polish Cup. 

Kto z młodego pokolenia?

Roger Federer i Hubert Hurkacz, którego cenię. Ten młody tenisista ma wyjątkową osobowość, a do tego jest dżentelmenem i wzorem sportowca na korcie, jak i poza nim. Uprzejmy, dobrze wychowany, zawsze odpisuje na maile i smsy, co stanowi rzadkość u osób z młodego pokolenia. Jest utalentowanym zawodnikiem wyróżniającym się stylem gry. Oprócz wzrostu ma mocny cel, miękką rękę i olbrzymie czucie do trudnych zagrań. Tenis w jego wykonaniu to dla mnie przyjemność.

Status ikony Pana nie męczy? Ile lat można dźwigać popularność?

Nie odczuwam tego. Jestem na luzie w stosunku do kibiców, chętnie podpisuję autografy, robię wspólne zdjęcia, miło porozmawiam. Lubię, gdy ludzie mnie rozpoznają w Polsce i na świecie. Kontakt z miłośnikami tenisa zawsze sprawiał mi przyjemność, więc rozmowa toczy się sama.

Zwycięstwo w meczu z Borgiem zapoczątkowało serię zmian. Był Pan na nie gotowy?

Zmiana stanowiła ostatni element tenisowej układanki. Moim celem było doskonalenie gry, a nie kalkulacja co się wydarzy, jeśli. Ja każdym treningiem, odbitą piłką goniłem czołówkę, ponieważ przez braki w infrastrukturze uciekło mi sporo czasu. Profesjonalnie grać zacząłem mają 22 lata, podczas gdy koledzy ze Stanów i Australii rozpoczynali kariery zawodowców w wieku 17. Opóźnienie o 5 lat oznaczało miliony przebitych piłek, które starałem się nadrobić. Z pomocą przyszła smykałka do gry – w miarę szybka ręka po mamie, która uprawiała tenis stołowy i była znana z elektrycznego backhandu. Po trosze też po ojcu chirurgu, który w młodości biegał przez płotki.

Czyli „skazany” na sport?

Coś w tym jest, bo rodzice poznali się grając w siatkówkę. Faktycznie, sport w naszym domu odgrywał ważną rolę, jednak nie przysłaniał pasji do innych dyscyplin naukowych, którymi interesowali się moi najbliżsi. Na początku kariery szybkie nogi po ojcu i pewna ręka po mamie pomagały doganiać czołówkę i zacząć z nią w miarę równo grać w singlu i deblu przez następne 10 lat. 

Z medycyną nie było po drodze? Rozważał Pan, aby pójść w ślady ojca? 

Studiowałem prawo, ale ojciec pewnie marzył, że przejmę po nim pałeczkę, tym bardziej, że w jego środowisku konsekwencja takich wyborów była zupełnie naturalna. Na szczęście dla mnie szybko zorientował się, że mam talent do tenisa i pozwolił iść za głosem pasji i predyspozycji. Rodzicie uwielbiali i rozumieli sport, dlatego nie nalegali abym na siłę interesował się biologią i chemią, skoro bliższe były mi przedmioty humanistyczne. Kochałem teatr, film i książki, podróżując po świecie pożerałem lokalne gazety, próbując czytać je w obcym języku. Gdybym nie był tenisistą zostałbym reżyserem filmowym.

Kogo uważał Pan za mistrza?

Jerzego Skolimowskiego i Romana Polańskiego. Tenis przeważył, a ja miłość do kina nadrabiałem zainteresowaniami kolekcjonerskimi, co wynagrodziło życiowe decyzje. Nie jestem typowym sportowcem, moje zainteresowania daleko poza niego wykraczają. Jednak sport doceniam i nim żyję – uwielbiam czytać o Messim, z zapartym tchem obserwuję kolarskie zmagania w wyścigu Tour de France, nie pomijam lekkiej atletyki i tenisa. Tradycją jest, że będąc w Polsce oprócz Wyborczej i Rzeczpospolitej kupuję Przegląd Sportowy. A nim zasnę zawsze sprawdzam co w sporcie i jaka będzie prognoza pogody, bo jej przewidywanie mnie fascynuje. 

Pana córki grają w tenisa?

Grywały. Agnieszka uczestniczyła nawet w moim turnieju w Poznaniu. Wzruszające, bo ten najstarszy turniej tenisa w Polsce wymyślili i założyli moi rodzice. W tym roku odbywa się 44 edycja Grand Prix Wojtka Fibaka, w którym starują zawodnicy do 18 lat. W przypadku moich córek przeważyły zainteresowania artystyczne i pewnie dlatego nie szukałem na siłę tej iskry do gry. Jednak nie zostałem w tym z niczym, ponieważ syn Agnieszki gra codziennie zafascynowany Nadalem. Do tego znakomicie się uczy, jest prymusem w szkole brytyjskiej w Atenach i mam poczucie, że z czasem, gdy ekscytacja kortem osłabnie wnuk skieruje się w stronę poważnego zawodu.

Zawodowy sportowiec brzmi mało poważnie?

Trzymając się utartego sposobu myślenia tak, skoro na myśl o poważnych zawodach wymieniamy lekarza i prawnika. Kariera w tych profesjach chociaż wymaga czasu jest łatwiejsza do poukładania. W sporcie przewidywalności nie ma. 

W swojej biografii Andre Agassi przyznał, że nienawidzi tenisa. Pan kiedykolwiek czuł, że ma dość?

Wydaje mi się, że słowa są pomysłem redakcyjnym. Z Andre wielokrotnie spotykaliśmy się w moim domu, spędzaliśmy długie godziny na rozmowach – jest optymistą entuzjastycznie nastawionym do życia, więc trudno uwierzyć w takie podsumowanie. Z drugiej strony miał wymagającego i apodyktycznego ojca, który zmuszał go do treningów ponad siły, więc nienawiść miałaby sens. 

Dlatego poddawał mecze?

Nie wierzę w to, a widziałem setki jego spotkań. Ja nigdy nie poddawałem, zawsze walczyłem, nie miałem pesymistycznych i dołujących myśli związanych z tenisem, który uważałem za piękną dyscyplinę, nawet wtedy, gdy jako 12-latek odbijałem piłki o szarą ścianę kolejową na poznańskim AZS-ie. Po dwóch uderzeniach piłka stawała się szara, często uciekała mi na tory, musiałem się spinać, aby ją odnaleźć. Grałem wyimaginowane mecze i czekałem na chwilę, aby wejść na kort i zagrać na mączce.

Warto szukać punktu styku pomiędzy tenisem, a sztuką, dla której przepadł Pan bez reszty?

Nie, jeśli jacyś inni tenisiści kolekcjonują, to przeważnie ja ich do tego namówiłem. Jak mojego deblowego partnera Toma Okker’a, czy Steffi Graaf, którą wprowadzałem w sztukę i kilkakrotnie byłem w różnych domach aukcyjnych w Nowym Jorku. Nie rozmawiamy wyłącznie o sportowcach, w tym gronie są Eric Clapton, Hugh Grant czy modelka Carla Bruni.

Szósty zmysł czy głębokie znawstwo sztuki?

Wyczucie. Pierwszy obraz kupiłem mając 19 lat. Od tego czasu poznałem większość największych kolekcjonerów, marszandów, właścicieli galerii na świecie. Podkreślają moje dobre oko, ale ja mimo to dalej pytam bliskich i przyjaciół przed zakupem i kolejną inwestycją. Sztuka, tenis i literatura stanowią moje największe pasje, a słowo pisane ma dla mnie ogromną wartość. Gdy przymykam oczy widzę ojca, który siedzi przy biurku i pisze. Podobnie, jak słowo mówione,
które w naszym rodzinnym domu miało niebagatelne znaczenie.

Kto rozpalił w Panu płomień do kolekcjonowania?

Mama, odkąd pamiętam kolekcjonowała meble w stylu Biedermeiera, a także porcelanę i malarstwo. W tamtych czasach nie była w stanie robić tego na poważnie – pensja ojca chirurga znacznie odstawała od dzisiejszych realiów. Dlatego opinia, że ojciec sponsorował moją karierę nie jest prawdziwa. Z jego profesorskiej pensji mogliśmy sobie pozwolić na podróże do Bułgarii, eks Jugosławii, czy na Węgry, a nie do Paryża, który był poza całkowitym zasięgiem. Ojciec pomagał mi, jak tylko mógł, ale nie finansował. 

Odkrył Pan dzieło doskonałe? Znajdziemy je w Pana kolekcji?

Jest wiele arcydzieł, są artyści, którymi się zachwycam i prace, które cenię mając do nich osobisty stosunek. 

Co najbardziej Pan w życiu docenia?

Zdrowie moje i osób na których mi zależy. Ważna jest dla mnie Polska, która przechodzi trudne chwile i świat pchany przez rosnące oczekiwania w niebezpiecznym kierunku katastrofy klimatycznej.

Czego nie dotknie, zamienia w złoto. Co, gdy talent i szczęście zderzają się z porażką?

W życiu przydarzyło mi się wiele porażek. Mogłem wygrać turniej Masters, a jednak z różnych powodów wtedy w Huston zwyciężył Hiszpan Orantes. Podobnie półfinał US Open, który już praktycznie osiągnąłem, a nagle okazało się, że zostałem tylko przy ćwierćfinale. Analogicznie zdarzało się w biznesie – byłem faworytem ze wspaniałymi partnerami w wyścigu o licencję telewizyjną, którą wygrał Polsat. Czy, gdy importowałem Volvo na cały kraj współpracując z wieloma podlegającymi mi dilerami. Kontrakt ze Szwedami podpisałem na dwa lata i w tym czasie w Polsce funkcjonowały jakieś akcyzy. Kontrahenci zaproponowali, że mnie wykupią, ja się na to zgodziłem i popełniłem olbrzymi błąd. Takich historii jest wiele, mógłbym za nie kupić arcydzieła (śmiech)!

Pozostał żal w sercu?

Wszystko dzieje się po coś, ubolewam nad porażkami, które dotyczą życia rodzinnego. Życie bez przegranych nie istnieje, różnica polega na tym, że są ludzie, którzy nie boją się do nich przyznać. Ja do takich należę, pogoda ducha i optymizm pozwalają mi szukać kolejnych drzwi, które warto otworzyć. Dobrym przykładem są decyzje związane z zakupem sztuki. W latach 90-tych byłem jednym z największych kolekcjonerów Jean-Michel Basquiat’a, którego obrazy dziś osiągają kilku milionowe kwoty. Miałem kilkanaście prac, w tym kilka arcydzieł i gdybym w poczekał dłużej pomimo zakrętów i życiowych labiryntów zrobiłbym wspaniały biznes. Udało mi się wylansować w Polsce pierwsze Ecole de Paris i prace Wojciecha Fangora, które kupowałem, nim stały się znane. Dziś kosztują miliony, ja mam w kolekcji 50 prac Fangora.

O gościach w Pana domu krążą legendy. Polacy są gotowi na takiego Wojciecha Fibaka, czy przeraża nas świat, który stał się Pana udziałem?

Jakiego Fibaka? Kiedy spędzałem większość czasu w Paryżu i Nowym Jorku trudno było się rodakom przekonać, jaki jestem. Nagle okazywało się, że i miły, i otwarty, do tego zainteresowany drugim człowiekiem. Książka Daniela Passenta, która ukazała się w latach 90-tych przyprawiała o szok, bo niewyobrażalne, że w powstającej z pokomunistycznych kolan Polsce rodak mógł mieć domy w Paryżu i Nowym Jorku, prowadzić życie obok tych, których znamy z pierwszych stron gazet. W tamtych realiach byłem prekursorem, obecnie Polska jest zupełnie inna – wielu biznesmenów z wyśmienitym efektem prowadzi firmy, mamy sukcesy gospodarcze i finansowe. Dziś jedynie odstaję znajomościami, tenis otworzył przede mną drzwi do świata wybitnych polityków, prezydentów, artystów, aktorów i ludzi biznesu. Pamiętam, gdy poznałem Seana Penn’a. Chciał ode mnie autograf i Rober De Niro wspomniał, że młody aktor męczy go o mój podpis. Sean zaskoczył mnie informacją, że na studiach miał nad łóżkiem mój plakat. Wiele było takich spotkań...

Trudno uwierzyć, że pomimo doświadczeń wciąż jest Pan idealistą. Jakim cudem?

Lubię ludzi to cały sekret. Nie przesadzałbym z idealizmem, wychował mnie racjonalny i praktyczny ojciec. Wielki humanista, gdy włączaliśmy radio od razu wskazywał Rachmaninova, Czajkowskiego, Bethovena, czy Mozarta. Znał świetnie historię, znakomicie orientował się w literaturze, z podziwem dla Dostojewskiego i Wiktora Hugo. Posługiwał się językami obcymi, co na lekarza w tamtych czasach zaskakiwało. Przez wojnę poznał niemiecki, angielskiego i francuskiego nauczył się sam korespondując z kolegami medykami na całym świecie. Jego napisany 20 lat temu podręcznik chirurgii obowiązuje do dziś, ponieważ okazało się, że wyprzedził epokę. Idealistką z pewnością była mama.

W życiu córek odgrywa Pan równie ważną rolę?

Mam nadzieję, starałem się przekazać pozytywny stosunek do świata i dobroć dla innych, podobnie jak mnie wychowała mama w szacunku dla wszystkich niezależnie od statusu majątkowego i profesji. Udało, córki mają wiele szacunku dla drugiego człowieka i nie bagatelizują świata. Wszystkie przywiązują uwagę do ekologii, są bio czasami aż do bólu. Podziwiam je za to.

Pamięta Pan autora pierwszego obrazu?

To był nieznany malarz, przypominał mi Teresę Pągowską. Kupiłem jego pracę w Galerii Sztuki Nowoczesnej w Poznaniu z pierwszych oszczędności tenisowych. W ślad za nim był 10-letni Volkswagen. Dwa najcenniejsze nabytki z pierwszych tenisowych oszczędności nastolatka. 

Ma Pan nadal ten obraz?

Podczas aukcji charytatywnej na odnowę Fary barokowej w Poznaniu obraz przebił wszystkie inne wystawione prace jako pierwszy z kolekcji Fibaka. Był pokaźnych rozmiarów, mieścił się jedynie w garażu moich rodziców. W sensie praktycznym zakup chybiony, więc chyba jednak jestem idealistą (śmiech).

Wtedy już inwestycja czy pasja?

Zawsze próbuję je łączyć. Moją żelazną zasadą jest zakup prac, które mi się podobają. Doceniam pochodzenie, rys historyczny, pozycję artysty. Staram się pokazać, że polskie malarstwo jest światowym, dzięki artystom, z których powinniśmy być dumni. Niezwykłych, wybitnych, jak Jan Lebenstein, Stefan Gierowski, wspomniana Teresa Pągowska, Tadeusz Kantor czy Andrzej Wróblewski. Po okresie strat spowodowanym przez wojnę, potem pseudo komunizm, czy quasi socjalizm dopiero po otwarciu się Polski nasza sztuka zaczęła być znana. Ja, odkąd pamiętam starałem się pełnić rolę ambasadora Polski na świecie, reprezentując ją jako tenisista i kolekcjoner.

Jest obraz, którego Pan nie sprzeda?

Kilku prac Piotra Michałowskiego wybitnego romantyka z połowy XIX wieku, Tadeusza Makowskiego – być może najważniejszego artysty XX wieku, „Koła” Fangora, „Rozstrzelania” Wróblewskiego i Figury Lebensteina z lat 50 i 60. W sumie około 30. Dla mnie to tak, jakby musieć wybierać jedno dziecko mając ich kilkoro. 

Kogo typuje Pan jako zwycięzcę turnieju Pekao Szczecin Open?

Tenis jest nieprzewidywalny, stając na korcie każdy jest faworytem. Turniej w Szczecinie ogromnie cenię za jakość i lubię ludzi, którzy go tworzą. Poza tym samo miasto jest bliskie mojemu sercu – podoba mi się zieleń, bliskość morza i wspominam relacje z Muzeum Narodowym podczas wielu wystaw w tym „Kolekcji Wojciecha Fibaka”. Wydarzenie odbyło się z wielką pompą przy udziale setek osób, trudno się było przecisnąć w Muzeum na terenie Zamku Książąt Piastowskich. Co ważne, że za każdym razem Szczecin zostawia we mnie niezapomniane wrażenia, ponieważ turniej jest rozgrywany w pięknym miejscu w dzielnicy Pogodno. Do tego układ szczecińskich rond, który bardzo lubię – oprócz Pragi i Paryża tylko tu znajdują się ulice, które odchodzą nieregularnie w bok. 

Foto: Łukasz Gawroński

 

Prestiż  
Wrzesień 2021