Michał Pawłowski - Mam swoje pięć minut

Michał Pawłowski

Jest pierwszym tancerzem ze Szczecina, który dostał się do ścisłej czołówki You Can Dance. Odpadł przed samym finałem, ale zdążył zaskarbić sobie sympatię widzów. Kibicował mu cały Szczecin, wszędzie wisiały plakaty z jego zdjęciem, działała też poczta esemesowa nawołująca do głosowania.– Każdy z nas, kto dostał się do programu – wygrał – uważa Michał Pawłowski.

Spotykamy się w szczecińskiej Cafe Brama. Michał z nieodłącznymi słuchawkami na uszach. Muzyka to jego pasja, z niej czerpie też inspirację do tańca. Opadł już z niego wielotygodniowy stres związany z programem. Czy ma dosyć tańca? – Nigdy w życiu – śmieje się Michał.

– Mam nadzieję, że teraz naprawdę zacznę tańczyć! Muszę wykorzystać swoje pięć minut.

Stał się tak popularny w naszym mieście, że gdy ostatnio poszedł z siostrą do jednego z centrów handlowych, nie mógł spokojnie przejść, bo niemal każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie czy wziąć od niego autograf.

– To bardzo miłe, chociaż troszkę przeszkadza w zwyczajnym życiu. Mam jednak świadomość, że to chwilowe i szybko minie – opowiada. – Z drugiej strony cieszę się, że szczecinianie tak gorąco mnie popierali, bo kocham moje miasto.

Jak mówi, miesiące spędzone w Warszawie przy kręceniu programu należały do najwspanialszych, ale też najcięższych w jego życiu. Były to trzy miesiące nieustającego maratonu tanecznego, treningów po 9-10 godzin dziennie. Ogromne zmęczenie, nadwyrężone wszystkie stawy i obolałe mięśnie. Do tego stres i chęć, aby zajść jak najdalej. Czasem chciało się uciekać do domu, tęsknił za rodziną, przyjaciółmi.

– Moja dziewczyna Kasia bardzo mnie wspierała, była to duża próba dla nas. Kasia bała się że się zachłysnę sławą, że woda sodowa uderzy mi do głowy – mówi Michał. Z Warszawy oprócz nowych znajomości przywiózł też wiele ciekawych kontaktów. Uczył się od najlepszych choreografów w Polsce (m.in. Katarzyny Kizior, Filipa Czeszyka), poznał wiele gwiazd polskiej sceny tanecznej, miał też dobry kontakt z jury - Augustinem Egurollą, Michałem Pirógiem i Weroniką Marczuk-Pazurą.

– Egurolla to sympatyczny i skromny człowiek, natomiast Michał Piróg jest… kontrowersyjny i szczery do bólu. Zna się na tym, co robi i nie owija niczego w bawełnę – opowiada. – Prywatnie to bardzo sympatyczny człowiek. Pamiętam, jak przyszedł robić z nami choreografię do jednego z tańców, a byliśmy już wtedy bardzo zmęczeni. Przejął się naszym stanem i każdemu dał tabletki na wzmocnienie.

Ulubiony taniec Michała to hip-hop, którego uczył się sam. Niestety nie było mu dane zatańczyć hip-hopu w You Can Dance, gdyż cały czas trafiał na taniec towarzyski i modern, na których poległo w programie wielu tancerzy. Z drugiej strony udało mu się zajść tak daleko, bo przez wiele lat tańczył właśnie taniec towarzyski. Gdy miał cztery lata, przeprowadził się z rodzicami do Charkowa na Ukrainę. Tam też wieku sześciu lat został zapisany przez rodziców do szkoły tańca. Na początku taniec był tylko zabawą, ale z czasem stał się jego wielką pasją, lecz nie jedyną. Dla lata później Michał zapisał się też do sekcji jiu-jitsu goshin-ryu. Pozornie bardzo odmienne sztuki zaczęły się świetnie uzupełniać, pozwalając na osiąganie sukcesów w obu dziedzinach. Zgodnie ze swoim życiowym mottem „Robiąc coś – rób dobrze albo wcale” został dwukrotnym mistrzem Ukrainy w jiujitsu goshin-ryu oraz wicemistrzem Ukrainy w tańcach latynoamerykańskich. Niestety poważna choroba taty Michała zmusiła ich do powrotu do Polski. Nagła zmiana otoczenia, strach o tatę, problemy finansowe – to wszystko pomógł mu pokonać taniec. Mieszka w Polsce już od pięciu lat i patrząc z perspektywy czasu, cieszy się, że wrócił. W Szczecinie szkolił się w szczecińskim studiu tańca PAA, w którym szybko zaczął odnosić sukcesy. Zdobył m.in. wicemistrzostwo świata w Street Dance Show, został też mistrzem Polski w duetach. Oprócz tańca Michał studiuje na Politechnice Szczecińskiej, na którą dostał się z maksymalną liczbą punktów. Był też laureatem ogólnopolskiej olimpiady w języku rosyjskim. Zna świetnie ukraiński i angielski. Przydało mu się to, gdy pracował w Irlandii jako budowlaniec. Długo jednak nie wytrzymał, po pół roku wrócił do Polski i do tańca. Do YCD startował dwa razy, za pierwszym odpadł, za drugim – udało się. Wiedział, że jest to dla niego ogromna szansa.

– Na razie nie dostałem może żadnej lukratywnej propozycji, ale zarabiam tańcem, jeżdżę też na warsztaty – opowiada Michał. – Moim marzeniem jest uzbierać pieniądze na kurs tańca w Los Angeles. Może znajdzie się jakiś sponsor. Później chciałbym wrócić do Szczecina i otworzyć profesjonalną szkołę tańca, bo mamy tu wielu bardzo zdolnych tancerzy.

Prestiż magazyn szczeciński
( 18)
Styczeń'08