Gotowa na sukces - Monika Piotrowska

MoNika Piotrowska

Autor

Daria Prochenka

galeria

Stali bywalcy klubów muzycznych Szczecina doskonale wiedzą jak wygląda Monika Piotrowska. Ciemnowłosa dziewczyna, pełna energii, kilka razy w miesiącu szaleje na scenie. Dla pozostałych jeszcze nie rozpoznawalna, ale… do czasu, bo plan na życie ma mocno ukierunkowany. Gdy schodzi ze sceny, z wulkanu energii staje się spokojną dziewczyną, co więcej – zamiera, widząc czerwone światełko dyktafonu. Nie na długo, po chwili wywiadu już się rozkręca, żartuje. Nie ma to jak temperament. Wtedy sukces gwarantowany.

– Dyktafon nie gryzie… Pomyśl, że to taki inny mikrofon.

Monika Piotrowska: (śmiech) Masz rację, ale jak patrzę na to czerwone światełko, nie mogę się skupić.

– To jak radzisz sobie na scenie przed tłumem słuchaczy?

– Żaden problem. Wychodzę i śpiewam. To jest mój żywioł. Już jak byłam dzieckiem, skakałam i śpiewałam do udawanego mikrofonu, naśladując Michaela Jacksona. Mam to we krwi.

– Mopi istnieje dopiero od roku, a gdzie można było Cię wcześniej usłyszeć?

– Śpiewałam na początku w chórkach szczecińskiego zespołu AD HOC i występowałam z nimi w klubach.

– Jak to się stało, że teraz jesteś na pierwszej linii?

– Kilka razy mieliśmy problemy z wokalistą, a koncerty były umówione. Ktoś musiał wystąpić, więc postanowiliśmy zrobić band ze mną na froncie już pod nazwą MOPI.

– Wyglada na to, że poradziłaś sobie znakomicie.

– (śmiech) Teraz, gdy śpiewam, nie mam zadyszki, ale pierwsza próba i pierwszy koncert to był dramat. Po kilku utwórach byłam tak zasapana, że myślałam, że mi płuca wyskoczą. Ale pociągnęłam cały koncert.

– Nie miałaś żadnego przygotowania muzycznego? Wokaliści uczą się oddychania przeponą i innych technik?

– Śpiewanie zawsze było moim hobby. Uczyłam się instynktownie, słuchając moich ulubionych wykonawców. Zawsze byłam samoukiem. Wszyscy się śmiali, że głośniej oddycham niż śpiewam. Nie miałam emisji głosu, nie potrafiłam ryknąć. Oczy otworzyła mi Jola Szczepaniak, świetna wokalistka jazzowa, świetny trener wokalny, i pokazała mi, którą dróżką mam dreptać. No i drepcę. (śmiech ) Skończyłam socjologię, a wcześniej zajmowałam się sportem. Myślę teraz o dodatkowych lekcjach śpiewu, bo choć występuję na scenie, chciałabym być lepiej robić w życiu.

– Sportowcy chyba mają silne płuca?

– Tak, ale gdy przytrafiła mi się kontuzja, zaprzestałam sportu. Wtedy właśnie pojawiło się śpiewanie. Ale „lalalalalala” w chórkach to żaden wysiłek. Co innego, gdy musisz się wyginać na scenie i dawać z siebie wszystko przez całą godzinę, a czasami i więcej.

– Jak ze stadionu trafiłaś na scenę?

– Tak się rozbiegłam, że nawet nie zauważyłam, jak wyleciałam ze stadionu i znalazłam się w sali prób przed mikrofonem. (śmiech) A tak na serio, dwóch kolegów z kapeli przyłapało mnie na przeglądzie kapel rockowych, gdzie występowałam… jako garowy. (śmiech)

– Można w Szczecinie przeżyć z grania?

– Niezupełnie. Właśnie dostałam pracę w urzędzie pracy w Policach. Gdy nie jest się znanym, pieniądze za granie nie są duże. Mogłabym śpiewać na weselach, ale nie o to mi w życiu chodzi. Gdybym miała podpisany kontrakt na kilka lat z jakimś klubem, to byłoby to bardziej możliwe. Rocker jest naszym stałym miejscem grania. Gramy tam przynajmniej dwa razy w miesiącu, coraz częściej pojawiamy się też w Kafe Jerzy. Ale to wszystko nadal za mało, żeby utrzymywać się tylko z tego.

– Gracie przeważnie covery, ale wiem, że przyszłość wiążecie z własną twórczością.

– Tak, teraz stawiamy na własną twórczość. Dlatego gdy się spotykamy na próbach, pracujemy przede wszystkim nad własnym materiałem. Igor (gitarzysta MOPI – przyp. red.) jest odpowiedzialny za promocję zespołu i zawsze wynajduje jakieś ciekawe możliwości. Zarejestrował nas na stronie internetowej wytwórni Sellaband. Znajdują się na niej nasze piosenki, a fani dzięki tej stronie mogą wykupić nasze „akcje” i wspomóc nas. Gdy zgromadzimy 50 tysięcy dolarów, nagramy płytę w tej wytwórni.

– Jakie macie do tej pory szanse na wydanie płyty?

– Musisz się śpieszyć, bo fani lada chwila mogą cię uprzedzić i wykupić wszystkie jednostki (śmiech). A każdy, kto kupi nasze akcje, potem, gdy płyta będzie w sprzedaży, nie dość, że otrzyma darmowe egzemplarze, to na dodatek ma udział w sprzedaży. Sama widzisz, naprawdę musisz sie spieszyć (śmiech). A tak na poważnie, to zainteresowało się nami do tej pory 49 osób i zainwestowało w nas ponad sześć tysięcy dolarów.

– To mało czy dużo?

– W cotygodniowym rankingu spośród około ośmiu tysięcy kapel na Sellaband jesteśmy w pierwszej 25 – „Charts” zespołów najbardziej opłacanych przez inwestorów. Believerzy, czyli inwestorzy, traktują to jak dobrą inwestycję, niektórzy na Sellaband mają zainwestowane po 20 tysięcy dolarów i więcej. Sądzę, że z nami nie jest źle.

– Ciekawy sposób na zaistnienie i nagranie płyty. Macie więcej takich pomysłów w zanadrzu?

– Oczywiście. Naszym najbliższym celem jest Arenafest. To trasa koncertowa po Stanach Zjednoczonych i jedyna okazja, abyśmy mogli wystąpić na żywo przed dziesiątkami tysięcy ludzi latem 2009 roku w USA. Aby się dostać do Arenafest, musimy przejść pomyślnie przez trzy rundy. Najpierw zebrać jak najwięcej głosów swoich fanów. Co tydzień zespół z największą liczbą głosów kwalifikuje się do drugiej rundy. Musimy zebrać 10 tysięcy dolarów lub 200 inwestorów przed 4 marca, wtedy kwalifikujemy się do drugiej rundy automatycznie. Jury złożone z samych ekspertów wyselekcjonuje też najbardziej interesujące i obiecujące bandy i na podstawie występów na żywo osądza je. W rundzie trzeciej najlepiej występujące bandy zostaną zaproszone na ostatnią konsultację z członkami SellaBand – ArenaFest jury.

– Czyli niedługo będziemy mieli w Polsce nowe gwiazdy?

– Taki jest nasz cel.

– Dlaczego nie próbujecie wydać płyty przez wytwórnię w Polsce?

– Były wstępne rozmowy z Sony Music Polska. Na początku byli zainteresowani, ale to wszystko. W innych wytwórniach pozostali głusi na naszą muzykę, zabrakło jakiejkolwiek reakcji. A z drugiej strony np. Paul Lani, producent, który współpracował z takimi artystami jak: Robbie Williams, Rod Stewart, Shania Twain, Prince, U2 czy Red Hot Chilli Peppers, uważa, że nasze numery są bardzo radiowe. Każdy ma swoją politykę i polskie wytwórnie pewnie też ją mają.

– Wiem też, że masz już za sobą pierwszy występ przed naprawdę dużą publicznością.

– Tak, w 2006 wystąpiłam podczas Superjedynek w Opolu razem ze Skibą.

– Plany rodzinne?

– Na razie plany rodzinne ciągle przekładam. Nie można mieć wszystkiego naraz. Skupiam się na płycie i promocji zespołu.

– Jesteś gotowa na sukces?

– Jestem.

– Zgodziłabyś się, gdyby teraz zadzwonił ktoś z wytwórni i powiedział „Pani Moniko nagrywamy razem płytę”?

– Tak, oczywiście, ale z całym zepołem. MOPI to zespół, pracujemy razem.

– Nie myślałaś nigdy o solowej karierze? Chyba łatwiej w Polsce tak dotrzeć na szczyt?

– Na razie nie. Bo jestem zauważona dzięki MOPI. Nie zostawię chłopaków. To oni są motorem. Co innego, jeśli wezmę udział w jakimś programie telewizyjnym i okaże się, że ludzie poznają mnie tylko jako Monikę Piotrowską. – Uważnie śledzę nowe nabory.

– Dałabyś sztabowi wizażystów i stylistów zmienić siebie i swój wizerunek?

– Jeśli to będą mądre i normalne osoby, to tak. Ale muszą mnie przekonać, dlaczego np. miałabym zrobić sobie blond irokeza. (śmiech)

– Chłopcy z zespołu nie są zazdrośni o to, że Ty, jako osoba na pierwszej linii, będziesz z czasem bardziej rozpoznawalna?

– Mam nadzieję, że nie, nie widzę tego. Poza tym są tak samo ważni. Kapela jest jak ręka. Utnij jeden palec, a dłoń nie będzie już tak sprawna.

– A kto ma najwięcej do powiedzenia na próbach?

– Zawsze jest burza męskich głosów. Ja najpierw słucham i dopiero wkraczam do akcji jak mi naprawdę coś mocno się nie podoba. Mam jednak do nich duże zaufanie.

– Przygotowujesz się jakoś specjalnie do koncertów? Osobna garderoba, wizażystka?

– (śmiech) Oczywiście. Bez szampana nie wychodzę na scenę i mam na etacie własną stylistkę. Tak naprawdę ubieram sie w ciągu 15 minut … tylko spóźniam się trzy godziny. (śmiech) Nigdy nie przywiązywałam do tego dużej wagi. Mam dwie pary spodni i jestem szczęśliwa. Gdy trafiłam do zespołu, mój styl można było określić jako skate. Szerokie luźne spodnie i jakiś T-shirt. Dziwne, że ktoś chciał ze mną rozmawiać.

– Przykuwasz uwagę na scenie. Zwłaszcza męską uwagę…

– Ludzie reagują zawsze bardzo żywiołowo na naszych koncertach. Skaczą, bawią się, śpiewają razem z nami i to jest najfajniejsze. Natarczywa męska płeć nie ma najmniejszych szans... W połowie drogi jest zawracana przez chłopaków z kapeli i zawsze blisko jest ochrona. (śmiech)

– Jesteś przecież piękną seksowną kobietą…

– Lubię być seksowna, ale na scenie lubię być ubrana wygodnie i na luzie.

– Nie chcesz być drugą Dodą?

– Tak rozpoznawalna chętnie, ale w innym stylu.

– Czy przeprowadziłabyś się do Warszawy, żeby pozyskać sławę? Tam są bankiety, imprezy, paparazzi.

– Jeśli miałabym tam pracę i realną szansę na nagranie płyty, to tak... Reszta zespołu pewnie też. Póki co zostajemy w Szczecinie. Na razie stawiamy na Sellaband.

ROZMAWIAŁA DARIA PROCHENKA

Skład zespołu:

Monika Piotrowska – wokal

Igor Kołtunowski – gitara

Dariusz Słoma – gitara

Mirosław Staniewicz (Małpa) – perkusja

Dariusz Siudak (Wally) – bas

Prestiż magazyn szczeciński
( 18)
Styczeń'08
gajda