Birma - tam zatrzymał się czas

Birma

Wykonują wolne zawody i dzięki temu mogą swobodnie przez kilka miesięcy w roku poświęcić się swojej pasji – podróżom. Zwiedzili ponad 40 krajów. Podczas ostatniej dwumiesięcznej podróży odwiedzili Hongkong, Makao, Tajlandię, Birmę, Laos, Wietnam i Filipiny, ale Birma pozostanie w ich pamięci najdłużej. To o niej chcą opowiedzieć najwięcej.

Dziennikarka Joanna Tyszkiewicz i jej mąż Andrzej razem prowadzą agencję organizującą imprezy. W wolnych chwilach są zapalonymi podróżnikami. Choć przed wyjazdem dużo czytają o danym państwie i planują trasę, to zawsze zostawiają margines na niespodzianki i przygody. A te ich nie omijają. W przypadku Birmy trudno byłoby się dziwić. To państwo położone w południowej Azji, nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim. Nie ma tu masowej turystyki. Od 1962 roku, kiedy generał Ne Win dokonał zamachu stanu, rządzi tutaj wojsko. W 1988 roku generał został odsunięty od władzy przez inną juntę wojskową. Reżim trwa do dzisiaj. Nowe władze zmieniły nazwę państwa na Myanmar. Do kraju można dostać się tylko samolotem, lądując w Rangun. Ze względu na niepewną sytuację polityczną i atak cyklonu Nargis wiosną 2008 roku, niewysoka i tak liczba turystów odwiedzających ten kraj spadła dramatycznie.

Pierwsze wrażenie

– Wylądowaliśmy w Rangun, starej stolicy Birmy. Lotnisko z zewnątrz wyglądało jak nasze podczas komuny. W środku okazało się, że to pierwsza klasa, marmury, elektronika, szkło, tylko dziwnie pusto – mówi Andrzej Tyszkiewicz.

Po 30-minutowej jeździe taksówką znaleźli nocleg. – Bardzo nam się tam spodobało. Tam czas zatrzymał się jakieś 30 lat temu. Stare, piękne, ale obdrapane budynki kolonialne, zdezelowane auta, kompletny brak chodników, upał, wilgoć i sporo ludzi – opowiada Andrzej. – Jedni handlowali, inni cynkowali???, obnosząc się ze zwitkami pieniędzy gotowych do wymiany. I wszyscy się na nas patrzyli, bo turystów bywa niewielu – dodaje.

O godzinie 22 życie stolicy zamiera. Ostatnie stoiska są pakowane, po ulicy jeździ tylko kilka samochodów, miasto idzie spać.

Wyprawa w głąb lądu

Drugiego dnia wynajętym samochodem z kierowcą wyruszyli w podróż po kraju. Mr Win, z którym mieli spędzić najbliższe dni, okazał się niezwykle ciekawym człowiekiem. Dzięki niemu mimo zaledwie dwóch tygodni mogli poznać Birmę. – Zaspokajał naszą ciekawość, opowiadając o realiach znanych z mediów, ale też o tematach zupełnie nieomawianych, jak konflikt chrześcijan z buddystami, handel diamentami. No i temat rzeka – Buffalos, jak szyderczo określani są wojskowi – wspomina Joanna Tyszkiewicz.

Bus, którym podróżowali, zapewnił im komfort i niezależność dotychczas nieznaną. W czwórkę mieli sześć miejsc, mogli więc leżeć, siedzieć i zmieniać pozycje.

– Do tej pory korzystaliśmy z mocno przeładowanych środków transportu publicznego – dodaje Joanna.

Wyjeżdżając z miasta, minęli areszt domowy liderki opozycji, oddalone od centrum szkoły i uczelnie. – Po ostatnich walkach uczelnie jako źródło „zła” zostały przeniesione na peryferia, zaraz obok koszar. W razie zamieszek nie ma problemu z ich stłumieniem – opowiada Andrzej.

Droga którą jechali była cały czas asfaltowa, z lekkimi dziurami, ruch nieduży, za oknem sielski wiejski klimat.

– Byłam w szoku, gdy na jednym z postojów zauważyłam na horyzoncie, jak ktoś goni złodzieja po dachu pociągu – mówi zaskoczona Asia. – Po dachu jadącego pociągu – dodaje.

Scena jak z filmu z popisami kaskaderów. – Na nikim z miejscowych nie zrobiło to wrażenia. Dzieci dalej łapały błotne węgorze, największą atrakcją byliśmy my – mówi.

Po całym dniu jazdy dotarli do Tangou. Przewodnik zaprowadził ich do hotelu. – Jak na 12 USD był wyjątkowo ekskluzywny. Trzy łóżka, TV, lodówka, balkon – wielka armia. – Jest ośmiopasmowa droga, którą nikt nie jeździ, stawiają nową stupę, no i jest prąd przez 24 godziny na dobę – mówi lekko zirytowana Asia.

– Trudno uwierzyć, jak wojsko może doprowadzić kraj z potencjałem gospodarczym i z zasobami naturalnymi do takiej biedy – dodaje Andrzej.

Budowanie nowej stolicy zamiast dróg, przymusowa praca na rzecz junty, degradacja rolnictwa czy reglamentacja benzyny – tak żyją miejscowi. Żeby kupić telefon wraz z numerem, trzeba wydać dwa tysiące dolarów, więc nikt nie ma telefonu. – Dzisiaj ludziom trudno wyobrazić sobie życie bez komórki, a oni sobie radzą. W miastach poustawiane są stoliki z telefonami zamiast budek – mówi Andrzej.

Poza główną drogą stan nawierzchni mocno się zmienia. Droga węższa, w gorszym stanie, kompletnie dziurawa i zap c h a n a p r z e ł a d o w a n y m i tirami. Wszędzie jest kurz i spaliny. – Nasz kierowca Win próbował wyprzedzać w takich warunkach, co nam wydawało się kompletnie nierealne. Ruch lewostronny, jego kierownica po prawej stronie, wąska, dziurawa droga i stosy kamieni rzuconych na poboczu służących do budowy drogi – wspomina Asia. – Ale miał wprawę i jakoś mu się to udało – dodaje ze śmiechem.

Poradzili sobie ze sznurem tirów, ale przed samym Kalaw zatrzymał ich pełznący drogą niemal trzymetrowy pyton. – Takie niespodzianki podczas trasy to codzienność. Jednak ten okaz był na prawdę imponujący – wspomina Andrzej.

Trekking po kraju

Po dotarciu do Kalaw nie marnowali czasu, tylko od samego rana wyruszyli na pieszą wycieczkę. – Szedł z nami stary przewodnik, jego hobby to polityka i piłka nożna. Na drugiej się nie znał, o pierwszej mógł rozmawiać godzinami – śmieje się Andrzej.

Przed nimi były piękne widoki. Góry poprzecinane polami herbaty, pszenicy i dzikiego ryżu. Każdy kawałek ziemi zadbany, sady mandarynkowe, stupy na szczytach i opuszczony klasztor. 17 km sprawiło, że wieczorem do miasta doszli na bolących nogach. Stary przewodnik, mimo że trochę kulał, deptał równo i trzymał tempo.

Kolejny punkt podróży to jezioro Inle Lake. – Wszystko mocno skomercjalizowane i robione pod niemieckich turystów, aczkolwiek ma swój klimat. Sprzedawcy sami produkują wszystko: od kolczyków po papierosy czy jedwab – opowiada Asia.

Największe wrażenie zrobiło na nich Bagan. Święta rzeka Irawadi otacza nizinę, na której porozrzucane są setki stup – od małych dwumetrowych po kilkudziesięciometrowe kolosy. Najstarsze pochodzą z IX wieku. Kurz, żar z nieba, ale mimo upału jest pięknie. Wszędzie można wejść, usiąść i poczuć nieprawdopodobną atmosferę tego miejsca. Do tego zupełny brak turystów. – Spędziliśmy tam wieczór. Cisza, bezchmurne niebo i czarne kształty otaczających nas stup. Brak słów – wspomina Asia.

Być jak Indiana Jones

Kolejnego dnia Andrzej z Sebastianem, kolegą w podróży, wsiedli na rower, by wrócić w to magiczne miejsce na świt. – Była czwarta rano, ciemno i jechaliśmy w kompletnej ciszy. Nie byliśmy pewni, gdzie jesteśmy, a Sebastianowi zerwał się łańcuch – śmieje się Andrzej. – Otoczenie i atmosfera wokół przypominały klimat z filmów z Indianą Jonesem – dodaje.

W końcu wspinając się, dotarli na szczyt jednej ze świątyń. – To był najpiękniejszy wschód, jaki widziałem. Na świecie nie ma już takich miejsc. Zdjęcia nawet w połowie nie oddają tamtych widoków – wspomina.

Roweru nie dało się naprawić, więc musieli się ciągnąć na sznurku. – Sznurek pękł po drodze chyba z pięć razy. Gdy dojechaliśmy, całe miasto z nas się śmiało – mówi rozbawiony Andrzej.

VIP-y samozwańcy

Ruszyli w dalszą trasę, zatrzymując się przy klasztorze na skale wznoszącym się przy nieczynnym wulkanie Mount Popa. Kolejny cel to powrót przez autostradę. – Szykowaliśmy się na kolejną przygodę. Było to ryzykowne, bo autostrada była w budowie, a jedyny pas oddano do dyspozycji ludziom z rządu. Pierwszymi nielegalnymi turystami na niej mieliśmy być my – mówi Andrzej.

Na drodze minęli kilka aut, większość na rządowych tablicach rejestracyjnych. Było też kilka posterunków, na szczęście bez kontroli. Jechali 110 km/h, z zawrotną jak na ten kraj prędkością. Drogę zakończył zamknięty szlaban. – Nasz kierowca Win rzucił od niechcenia żołnierzowi, że jedzie Ministerstwo Turystyki – śmieje się Asia. – Zadziałało, ale było to naprawdę ryzykowne. Mogli nas zatrzymać i oskarżyć o coś bezsensownego – dodaje.

Wieczorem już w Rangun kupili tort i kartkę z życzeniami dla Wina. – Zaprosił nas do siebie na kolację, a my chcieliśmy podziękować za wycieczkę po Birmie – mówi Asia.

Win mieszka w jednym pomieszczeniu podzielonym szafą na sypialnię, pokoik i kuchnię z łazienką. – Widać było, że żyje naprawdę biednie – dodaje Asia.

Na utrzymanie mieszkania przeznacza prawie całą miesięczną pensję żony.

– Kupiliśmy mu jeszcze whisky za 1650 kiatów, co było rekordem trasy. 1,3 USD za 0,7 litra 43% znośnego alkoholu. Rząd robi wszystko, żeby rozpić naród – śmieje się Andrzej.

Na kolację córka Wina podała rybę w ostrej zaprawie, kalafior, zapiekane talarki ziemniaczane. – Wieczór spędziliśmy wesoło. Bardzo ich polubiliśmy – wspomina Asia. – Tym bardziej żal nam tych ludzi, ofiar absurdalnego reżimu – mówi. – Spotkal i ś m y p r z e s y m p a t y c z n e , oczytane, mądre osoby, które znają język angielski i są ciekawe świata. Żyją w kraju, który jest zacofany pod względem gospodarczym i ekonomicznym, zrujnowany przez kilku opętanych wizjonerów – dodaje Andrzej. – Z drugiej strony społeczeństwo nie zostało dotknięte globalizacją i komercjalizacją, przez co ludzie pozostają otwarci, pomocni i mili.

Z biura do biura

Czas w Birmie powoli się kończył, ale pojawił się problem. Od ponad tygodnia trwały strajki, nie działało lotnisko w Bangkoku i wszystkie loty zostały odwołane.

– W konsekwencji po wielu godzinach załatwiania formalności i szukania biletu lotniczego, zdobyliśmy miejsca na lot za dwa dni na północ kraju, gdzie awaryjnie pozwolono nam przekroczyć granicę – wspomina Asia. – Mieliśmy jeszcze chwilę, by nacieszyć się tym krajem – dodaje.

Zmęczeni birmańską biurokracją wjechali do Złotego Trójkąta, by powitać kolejny kraj – Tajlandię, a potem po dwóch kolejnych godzinach jazdy wzdłuż Mekongu przeprawić się do Laosu.

DARIA PROCHENKA

FOTO: ANDRZEJ TYSZKIEWICZ

Prestiż magazyn szczeciński
( 20)
Marzec'09