Nie jestem awanturnicą

Krystyna Janda

– Krystyna Janda to dziś instytucja; założycielka i dyrektor artystyczny Teatru Polonia, pisarka, felietonistka, aktorka, reżyser, producentka, piosenkarka, do tego matka i babcia... Czy nie czuje się Pani tym wszystkim momentami zmęczona?

– Oj, jestem bardzo zmęczona. I nie tylko momentami, ale w ogóle. Powoli ograniczam więc swoją działalność. Staram się mniej grać, wybierać i eliminować propozycje zawodowe. Teatr w tej chwili nie wymaga już ode mnie aż takiego wysiłku i stałej obecności, skupiam się więc na moich obowiązkach rodzinnych. A poza tym nie mam już ani takiej siły, ani nawet takiej determinacji jak dawniej.

– Zawsze wybiegała Pani przed szereg. W wielu działaniach wyprzedzała epokę: nowatorski sposób gry, pamiętnik w internecie, własny teatr, spektakl grany w Warszawie, na placu Konstytucji w godzinach szczytu... Lubi Pani wyzwania?

– Przy każdej z tych aktywności, kiedy ją podejmowałam, nie zdawałam sobie sprawy, że jest nowatorska czy niezwykła. Zawsze robię to, co wydaje mi się aktualne, na co jest czas, a jednocześnie mnie interesuje. Wydaje mi się, że generalnie robię wszystko bez specjalnego wysiłku i napięcia, mimo że z zewnątrz moje wybory, działania wyglądają na wielkie wyzwania. Ja tego tak nie odbieram.

– Agnieszka Osiecka powiedziała mi przed laty: „Janda jest perełką, której w tym kraju się nie docenia, której nie pozwala się, przez różnego rodzaju układy, zawiść – rozwinąć”. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?

– Chyba nie... Czuję się doceniona. Wszelkie ograniczenia pokonałam w momencie, kiedy stworzyłam własną scenę i to ja dokonuję suwerennie wyborów. Oczywiście wcześniej zdarzały się nieprzyjemności, szczególnie od kiedy zaczęłam reżyserować, ale przeżywa je chyba każdy twórca, składający propozycje produkcyjne, czy to w teatrze, czy w telewizji. Odmowy są wliczone w zawód reżysera.

– Mimo przeciwności losu w „środowisku” mówi się, że jest Pani osobą pogodną. Pani Krystyno, to prawda czy tylko maska; twarz na pokaz?

– Maska na pewno nie. Chyba nie udałoby mi się tak długo udawać. Pracuję intensywnie już ponad 30 lat. To naprawdę za długo na maskę i grę w życiu prywatnym.

– Kilkakrotnie „sprzedała” Pani swój wizerunek reklamie. Czy dziś dla polskiego aktora reklama to szybkie pieniądze czy środki na przetrwanie?

– Ja pieniądze, jak to pan określił – na przetrwanie – mam. Honorarium za udział w reklamie to – w moim przypadku – szybkie i spore pieniądze na inwestycje. Choćby na nowe przedsięwzięcia teatralne.

– Suknia balowa godna Marii Antoniny, na głowie peruka o nieokreślonej wysokości... Oto Pani strój na porodówce, do dzisiaj ochoczo omawiany przez pielęgniarki jednego z warszawskich szpitali...

– No tak... Telefon z informacją, że moja córka rodzi, złapał mnie na planie Teatru Telewizji. Natychmiast, tak jak stałam, udałam się do szpitala. Nikt się nie dziwił nawet moim wyglądem, wszyscy uznali to za... naturalne. To było miłe. To była szczęśliwa noc.

– Często podejmuje Pani decyzje pod wpływem impulsu?

– Bardzo często! Jestem kobietą, a do tego bardzo emocjonalną, i nigdy tego nie żałowałam. Nie jestem za to ani narwana, ani nierozsądna. Nie jestem też awanturnicą. Wydaje mi się poza tym, że szybko myślę i umiem przepraszać kiedy nabroję. W każdym razie NIGDY nie mam złych intencji.

– Jest Pani jedyną aktorką na świecie, która uzyskała przed laty zgodę Marleny Dietrich na śpiewanie jej piosenek. Pani Krystyno, kiedy doczekamy się całej płyty z piosenkami „Błękitnego Anioła”?

– Nigdy. To temat, który już minął... Marlena śpiewała prawie zawsze o miłości. Do 70. roku życia udawała atrakcyjną kobietę do wzięcia – wampa. Dziś nie bardzo mi to już pasuje.

– Czy ten ocean nagród, jakie ma Pani w dorobku, nie wywołuje u Pani skurczu serca, świadomości, że do przysłowiowej kropki nad „i” brakuje tylko Oscara?

– Nie. Regulamin Amerykańskiej Akademii Filmowej przyznającej Oscary mówi, że statuetkę można dostać tylko za rolę wykonaną w języku angielskim. Ja nie mówię po angielsku – nie mam więc żadnych szans. Ale życzę, żeby komuś z Polski to się wreszcie udało. Najbliższa Oscara była przed laty Ida Kamińska.

– Od początku kreowała Pani role kobiet niezależnych; Agnieszka w „Człowieku z marmuru”, Krystyna Traczyk w „Kochankowie mojej mamy”, Antonina Dziwisz w „Przesłuchaniu”, Marlena Dietrich w monodramie „Marlena”, Maria Callas w „Lekcji śpiewu”. Nie miałaby Pani ochoty, tak dla kontrastu, zagrać roli słodkiej blondynki?

– Gram, jak muszę. Ale to nie moje emploi i zawsze bardzo się w takich rolach męczę. W teatrze zagrałam dużo takich ról. Przykładowo mój debiut teatralny to Aniela w „Ślubach panieńskich”, będąca wręcz symbolem tego rodzaju postaci. W pewnym sensie moja przedostatnia rola filmowa – pani Jadwiga Stańczakowa – naiwnością i słodyczą przewyższała to emploi.

– Pani epizody w „Niani” czy w „Superprodukcji” udowadniają, że ma Pani do siebie dystans. Czy to role godne aktorki, która już za życia jest legendą?

– Dziwne pytanie... Ja nadal żyję, nadal pracuję, nadal gram – ryzykuję... Mam do siebie spory dystans i spore – tak mi się przynajmniej wydaje – poczucie humoru. Niegodne byłoby, gdybym się wygłupiała i nie dorastała do swego wizerunku w życiu prywatnym. Aktorstwo to zawód. Umiem więc zagrać wszystko, no, prawie wszystko. Traktuję go poważnie wtedy, kiedy propozycja na to zasługuje, ale jak wspomniałam, umiem się też bawić i śmiać, najczęściej sama z siebie.

– Marzenie Krystyny Jandy – dzisiaj już nie do spełnienia?

– Hmm... Chciałabym zbudować magazyny na dekoracje dla Teatru Polonia, ale to marzenie jest jak najbardziej do spełnienia... Marzeń nie do spełnienia nie miewam, chyba jestem na to za dorosła.

– Dziękuję za rozmowę.

RAFAŁ PODRAZA

Prestiż magazyn szczeciński
( 22)
Maj'09
gajda