Dorota i Marek Piskorscy - Udało nam się!

Dorota i Marek Piskorscy

Ile osób marzy o zmianach w swoim życiu? Niestety najczęściej kończy się na rozmyślaniach. Dorota i Marek Piskorscy postanowili żyć pełnią życia i nie bali się swoich marzeń. Choć nie wiedzieli, jak potoczą się ich losy, podjęli odważnie wyzwanie i zrealizowali szalony scenariusz przeprowadzki na Wyspy Kanaryjskie. Tam zamieszkali i otworzyli swoje kolejne centrum nurkowe. Nie wiedzieli, jak potoczą się ich losy w obcym kraju i nie mieli do końca pewności słuszności swojej decyzji, ale potraktowali wyjazd jako wspólną przygodę. I udało się.

 

Nurkowanie w ich życiu pojawiło się zupełnie przypadkowo, gdy byli na wakacjach. – Pierwszy nur pod wodę tak nas zachwycił, że bardzo szybko zmobilizowaliśmy się do szkolenia – mówi Dorota Piskorska. – Dalej wszystko rozwijało się tak trochę poza naszą kontrolą. Piękne jeziora, fajni ludzie i ogromny relaks podczas tych wypadów i podczas samego nurkowania – dodaje. To wszystko było i jest jak magnes wciągający ich coraz bardziej.

Z nurkowaniem wiążą się podróże, które uwielbiają i na które zawsze starali się znajdować trochę czasu. Dzięki pierwszym kursom nurkowym mogli zwiedzanie urozmaicać poznawaniem przepięknego podwodnego świata.

– Szybko się okazało, że tak trochę bezwiednie zaczynamy wybierać kierunki na świecie, gdzie jedną z większych atrakcji są miejsca nurkowe – śmieje się Marek Piskorski.

Z pasji i sportu, którym w tamtym czasie nie interesowało się jeszcze tak wiele osób jak dziś, zrobili swój zawód.

W miarę upływu czasu, doskonaląc swoje umiejętności, wspinali się po drabince szkoleń, dzięki czemu docierali też do coraz to bardziej odległych miejsc nurkowych.

– Nurkowanie stało się dla nas wszystkim i nie wyobrażaliśmy już sobie wakacji, a nawet tygodnia bez wejścia pod wodę. Czas i pora roku przestała mieć dla nas znaczenie – wspomina Dorota.

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że nie tylko ciepłe wody egzotyczne są wspaniałym miejscem do nurkowania. Polskie jeziora są bardzo ciekawe, o ile wiemy, którym warto poświęcić uwagę. Zatopione lasy, zalane kopalnie, wypełnione wyrobiska, takich miejsc jest mnóstwo. A w nich można przyglądać się sandaczom, okoniom czy szczupakom.

Praca z pasji

Pomysł na biznes związany z nurkowaniem narodził się równie niespodziewanie jak sama pasja. Zawsze pracowali na własną rękę, prowadząc prywatne firmy, więc decyzja o zmianie działalności nie była dla nich trudnym zadaniem. – Właściwie nawet nie wiem, kiedy znalazłam się na szkoleniu instruktorskim z zamysłem stworzenia szkoły nurkowania dla dzieci i młodzieży – wspomina Dorota.

Dzisiaj z dystansem przypomina sobie uśmieszki kolegów instruktorów, gdy razem z nimi jako jedyna kobieta zdawała egzamin na instruktora. – Uważali wtedy, że ten sport jest zarezerwowany tylko dla „prawdziwych mężczyzn” – mówi. Nie zraziła się tą opinią i dzięki temu kilkanaście lat temu powstała szkoła nurkowania „Delphinus”.

Szkoła bardzo szybko zyskała renomę i stała się miejscem nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. Dzięki temu w krótkim czasie „Delphinus” stał się jedną z większych tego rodzaju placówek w Polsce. Piskorscy zauważyli, że jest duże zapotrzebowanie na tego rodzaju szkoły i zaczęli otwierać coraz to nowe oddziały we Wrocławiu, Gdańsku, a nawet w Warszawie. W ten sposób pasja przerodziła się w pracę. Wspólną pracę.

Nie każdy związek jest na tyle silny, by para spędzała razem niemal 24 godziny na dobę. Im się udaje. – Jesteśmy małżeństwem od 21 lat, nadal lubimy swoje towarzystwo i nie nudzimy się ze sobą – mówią jednym głosem. – Najważniejsze, że robimy to co uwielbiamy, a cała reszta sama się układa – dodają.

Wakacyjny, szalony pomysł

Od czterech lat mieszkają na wyspie Gran Canaria i jak to u nich bywa, wszystko stało się spontanicznie. Będąc jeszcze w Szczecinie, szukali miejsca, gdzie mogliby przedłużyć sobie sezon nurkowy. Nie były to jednak konkretne działania. Podróżując po świecie, tylko rozglądali się trochę. Decyzja o pozostaniu na Gran Canarii zapadła podczas jednego z rodzinnych urlopów. – Podczas wakacji wynajęliśmy pomieszczenia pod bazę i dom. Niezwykle ciężko jest wynająć tam cokolwiek w atrakcyjnym miejscu, nam się po prostu udało – mówi Marek. – Wracając do domu, zostawiliśmy niektóre sprawy administracyjne w toku, niektóre papierki musiały nabrać mocy urzędowej – śmieje się. – A co ważne, nie pominęliśmy też opinii naszych dzieci – dodaje Dorota. Wielu ich znajomych do końca nie wierzyło w realizację tych planów. – Uważali to za totalne przewrócenie życia do góry nogami i głupotę. I jak to w Polsce bywa, pewnie w duszy trochę nam zazdrościli tego, że będziemy mieszkać zimą na ciepłej wyspie, na której średnia temperatura nie spada poniżej 26 stopni – mówi Marek.

Wstępne plany przewidywały, że letnie miesiące będą spędzać w Polsce, a zimowe na Gran Canarii. Szybko okazało się, że lekkość życia na Kanarach po prostu przyciąga ich do tego miejsca. Teraz chętnie wracają na swoją już Gran Canarię, bo czują się tam jak u siebie.

– Poukładaliśmy sobie wszystko całkiem wygodnie – mówi Dorota ze śmiechem.

Najtrudniejszy pierwszy krok

Zanim się wyprowadzili, nie wszystko z załatwianiem formalności szło gładko i nieraz ich zapał studzili miejscowi urzędnicy. – Żadne z nas nie znało hiszpańskiego, więc gdy trafialiśmy do miejsc, w których widzieliśmy przed sobą tabliczkę „Jeżeli nie znasz hiszpańskiego, przyjdź z tłumaczem”, opadały nam skrzydełka – wspomina Dorota. – Nie przydała się wtedy znajomość angielskiego, niemieckiego czy jakiegokolwiek innego obcego języka – dodaje.

Determinacja Marka, połączona z bezgraniczną cierpliwością w stosunku do urzędników, oraz szybka nauka języka sprawiły, że co postanowił, to zrobił.

Na Wyspach Kanaryjskich żyje się w bardzo wolnym tempie. Czasami obcokrajowcy mają wrażenie, że wręcz jakiegokolwiek tempa brak. Ale żeby tam żyć, trzeba się do tego przyzwyczaić. – To, co uważa się za wolne w Hiszpanii, na Kanarach jest zdecydowanie wolniejsze – śmieje się Marek.

Nie należy więc polskim zwyczajem planować załatwienia paru spraw jednego dnia. – Cieszmy się, gdy jedną doprowadzimy do końca – dodaje.

Po zaakceptowaniu tutejszego podejścia do życia mieszkanie na Kanarach stało się dla nich radością. Pobyt tu to życie bez stresu. – Zmagamy się oczywiście ze sprawami dnia codziennego, ale czujemy się po tylu latach już prawie tak jak oni. Cieszą nas małe radości i nie stresujemy się tym, „co będzie za 40 lat” – mówią zgodnie.

– Tak sobie teraz myślę – dodaje Dorota – że gdybyśmy o wszystkich procedurach wiedzieli wcześniej, to góra spraw do załatwienia mogłaby nas skutecznie zniechęcić. A tak powoli załatwialiśmy punkt po punkcie i dotarliśmy do celu.

W tej chwili zakładanie biznesu na Kanarach jest już trochę łatwiejsze. Procedury w urzędach są bardziej przyjazne petentom, a urzędnicy z uśmiechem starają się zrozumieć łamany hiszpański interesantów.

– Jeśli ktoś chce wyjechać z Polski i zacząć tutaj robić coś swojego, musi przede wszystkim zaakceptować zastany porządek, mentalność ludzi i zwyczaje mieszkańców – radzi Marek.

Koszty, które tam ponoszą, są zbliżone do wydatków w Polsce. – Oczywiście baza na plaży ma swoją cenę, ale niemożliwe, żebyśmy mogli ją ulokować w innym miejscu – mówi Dorota. – Dzięki temu cały rok jesteśmy na wakacjach – śmieje się.

Największe problemy mieli ze zorganizowaniem życia swoim dzieciom. Trzeba było wybrać odpowiednią szkołę i przyzwyczaić się do południowego temperamentu młodzieży. Podczas pierwszej wizyty w szkole trudno im było odróżnić kadrę od uczniów. – Panowała tam miła atmosfera, wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, ale wszyscy mówili wyłącznie po hiszpańsku – wspomina Dorota. – Niestety nasze dzieci nigdy tego języka się nie uczyły – dodaje.

Początki dla dzieci nie były łatwe, bały się zmian, ale po latach nie żałują. Szczęśliwe, planują już swoją edukację w innych zakątkach świata.

Dzisiaj dzieci Piskorskich doskonale posługują się językiem hiszpańskim i nie sposób odróżnić ich mowy od rdzennych mieszkańców. Bardzo dobrze znają też dialekt kanaryjski. – Teraz już wiemy, że wybierając szkołę dla swoich pociech, nie warto szukać ośrodków, gdzie znajdą bratnią duszę w postaci rodaka. Dużo szybciej nauczą się języka wśród mieszkańców – mówi Dorota.

Dzieci są otwarte na świat i ludzi. – Nawet się nie spodziewaliśmy, że tak szybko staną się obywatelami Europy – dziwi się Dorota. – Nie podchodzą z lękiem do życia i już planują swoją przyszłość, nie zakładając porażki – dodaje.

Dzień jak co dzień

Mieszkają w południowo-zachodniej części wyspy. Właśnie to miejsce zimą w Europie uważa się za najcieplejszy rejon. Cały rok gości u nich słońce, a temperatury nie schodzą poniżej 26 stopni Celsjusza. Deszczu praktycznie nie ma, poza paroma dniami w okresie zimowym.

Ich dom znajduje się w miejscowości Playa Taurito tuż przy Wenecji kanaryjskiej Puerto de Mogan. Mieszkają wśród gór, przy polach golfowych. Do oceanu mają około 5 minut jazdy samochodem, a 15 minut jadą do swojej bazy nurkowej.

– Przy naszej plaży mamy wspaniałe warunki do nurkowania, nie bez przyczyny tutaj właśnie stacjonują trzy szkoły nurkowania – mówi Marek.

Nie sposób jednak żyć na Kanarach tylko pracą. Hiszpanie żyją poza domem, zbierają się często w barach i restauracyjkach tylko po to, żeby spotkać się ze znajomymi. Piskorscy za ich przykładem sporo czasu spędzają, rozkoszując się prze- pięknymi widokami i kuchnią hiszpańską. Chętnie też przyjmują gości u siebie i biesiadują wspólnie na tarsie.

– Wyobraź sobie, budzisz się codziennie rano i świeci słońce. Dzień zaczynam od kawki na tarasie. Pierwszy posiłek jem mniej więcej w samo południe, najczęściej są to warzywa, owoce, sałatki i wyśmienite owoce morza – mówi Dorota.

Codziennie jeżdżą też na plażę. Ich życie toczy się wolno, w wakacyjnym tempie, jak to na Kanarach.

Na początku bali się trochę jak sąsiedzi przyjmą ich rodzinę. Ale i w tym względzie mieli trochę szczęścia. Poznali okolicę i jej mieszkańców, a co najważniejsze – zdobyli przyjaciół nie tylko wśród Hiszpanów. – Wszystkie święta obchodzimy hucznie, prowadząc dom otwarty dla naszych znajomych. Wielkanoc i Wigilia są dla nas okazją pokazania im polskich tradycji i to nie tylko w potrawach, które pojawiają się na stole – mówi Dorota. Śpiewają kolędy polskie, hiszpańskie, poznają zwyczaje francuskie czy niemieckie. Mówią o sobie, że są multi-kulti. – W tym roku podczas Wielkanocy uczyliśmy, i to nie tylko Hiszpanów, malować pisanki. Starali siębardzo, więc było zabawnie – śmieją się.

Z drugiej strony oni też zapraszani są na typowo hiszpańskie święta. Spędzają ze swoimi nowymi przyjaciółmi wolny czas, którego Hiszpanie mają sporo i w pełni go wykorzystują.

Choć ich baza nurkowa jest otwarta cały rok, a warunki do nurkowania są wspaniałe, nadal też dużo podróżują.

Czasami zaglądają do Szczecina skontrolować swoje centrum nurkowe, ale też chętnie obierają inne kierunki. Jesienią wrócili z Meksyku, a kolejna wyprawa to Tajlandia. Pasją Doroty jest filmowanie, więc poszukuje nowych wód, żeby utrwalać to, co znajdzie w toni. Na Gran Canarii znajduje się największy rezerwat podwodny w Europie, ale mieszkając tam na stałe, jeszcze zdąży go całkowicie spenetrować.

Daria Prochenka

Prestiż magazyn szczeciński
( 25)
Sierpień'09
gajda