Równikowa DZICZ

Równikowa DZICZ

galeria

Prestiżowa podróż to nie tylko luksusowe hotele, jachty i słynne miejsca. Nasi czytelnicy zdobywają najwyższe szczyty górskie, jeżdżą konno po stepach Argentyny, a nawet przemierzają rowerami Madagaskar. Kolejny śmiałek Janusz Adamski wybrał się na wyprawę dookoła Afryki. Zespół tworzył z przyjacielem – Przemkiem Kruszyńskim, a na etapie RPA – Zambia dołączyła do niego córka Basia. W ciągu tych dni przeżyli wiele ciekawych, ale i niebezpiecznych przygód. Widzieli niezwykłe miejsca, pustynie, dżungle, góry, dzikie plemiona i hałaśliwe miasta. Tym razem w naszym dziale spojrzymy na Afrykę oczami podróżnika. Poznamy jego myśli, czytając fragment dziennika z samego środka wyprawy. Z samego środka zielonej równikowej dziczy.

 

8 lutego

W podróży jesteśmy już 29 dni.

Dzisiaj dojechaliśmy do Sambe. Spokojnie przejeżdżamy przez całą miejscowość. Na wyjeździe jednak dogania nas pick-up z kilkoma uzbrojonymi mężczyznami na pace. Podobno ominęliśmy posterunki graniczne. Spokojnie tłumaczymy, że jesteśmy już odprawieni i pokazujemy pieczątki wjazdowe do Kongo. Pomimo wyraźnych protestów Przemka zabierają nam paszporty i każą jechać z powrotem do wsi. Tam zaczynają się problemy…

Pijany kongijski policjant krzyczy na cały posterunek, że w d... ma naszą odprawę z poprzedniej miejscowości i za dodatkowe formalności żąda 40 000 franków. Oczywiście nie dajemy się sprowokować i przez pół godziny dzielnie prowadzimy jałową dyskusję. W końcu w drzwiach pojawia się mężczyzna z teczką – szef. Podwładny chwiejnym krokiem rusza w kierunku pryncypała, by w akcie wielkiej sympatii rzucić mu się na szyję. W poczuciu konsternacji szef szybko rozpoznaje sprawę. Oddaje nam paszporty. Droga wolna!

Od Sembe zaczyna się wyjątkowo zła droga. Do tej pory z przymrużeniem oka traktowaliśmy wszystkie ostrzeżenia. Jednak teraz zaczynają się one potwierdzać z całą siłą.

Trakt robi się coraz węższy, a dżungla chciwie zawłaszcza resztki błotnistej drogi. W ostatnich dniach bardzo padało. Na każdym wzniesieniu auto ślizga się i kluczy pomiędzy głębokimi wypłuczynami. W obniżeniach terenu powstają głębokie i zdradliwe bajora. Jest już ciemno, kiedy dżungla zamyka się przed nami zieloną zasłoną. Przez wiele kilometrów auto toruje sobie drogę przez gęstwinę. Wiele razy zdaje nam się, że to już chyba koniec, że kolejna przeszkoda zamknie ostatecznie drogę.

Jest już środek nocy, ale brniemy dalej. W końcu na rozmytym trakcie dostrzegamy ślady opon. Jedziemy dzielnie za nieznajomym. Góry rozrytego błota wyraźnie zdradzają, że temu, kto jechał tu chwilę przed nami, nie jest łatwo. Na kolejnym stromym podjeździe dostrzegamy ciężarówkę. Szybko ustalamy, że auto utknęło na dobre. Przednie koła wpadły w głęboką bruzdę, a tylne ślizgają się bezradnie w czerwonej mazi. Zrezygnowany kierowca grzeje się przy ognisku i czeka na świt, może słońce trochę osuszy błotnisty podjazd.

Sprawdzamy gęstwinę po jednej i drugiej stronie unieruchomionego kolosa. Wycinamy siekierą kilka drzew i przy użyciu wyciągarki przebijamy się do przodu. Po następnej godzinie stajemy przed kilkusetmetrowym odcinkiem głębokiego błota. Jesteśmy potwornie zmęczeni, więc zmierzymy się z nim rano. Wracamy do najbliższych chat i rozbijamy namiot. Chyba jesteśmy tu sami. Chyba...

9 lutego

Budzimy się zlani potem i niewyspani. Lepkie, wilgotne powietrze szczelnie wypełniło namiot. Wyjątkowo ciężka noc.

Stojąc w błocie, przygotowuję poranną kawę, po czym próbuję oderwać namiot od laterytowego grzęzawiska. Zawziętość, z jaką nasz „dom” protestuje przed dalszą drogą, jest niepokojąca…

Po śniadaniu wymykam się w zieloną gęstwinę. Ścieżka najpierw wyraźna, po kilkudziesięciu metrach prawie niknie w roślinności. Idę z twardym postanowieniem, by dojść jak najdalej. Dookoła równikowa dżungla, bananowce, koprowce oraz potężne kilkudziesięciometrowe drzewa. Słychać głos dżungli. Podkład grają owady, wydając dźwięki podobne do odgłosu świerszczy, potem dołączają się ptaki ze swoim świergotem i skrzeczeniem, a całość ozdabiają głośne pohukiwania, niesione z oddali przez wilgotne powietrze.

Od czasu do czasu z koron drzew zrywają się wielkie ptaki, odgłosy wydawane przez potężne skrzydła brzmią niesamowicie.

Drogi już prawie nie widać, ale ciekawość i fascynacja nie pozwalają zawrócić. Dochodzę do strumienia. Tu ścieżka przystaje na moment, ale nie na długo, ześlizguje się po brzegu i idzie dalej. W końcu zatrzymuje się na dobre przy kolejnym strumieniu.

Siadam na spróchniałym pniu i patrzę w górę. Przez soczystozielone liście prawie nie widać nieba. Powietrze, pomimo wilgoci, jest zaskakująco rześkie i przyjemne. Z wysokich drzew spadają wielkie krople wody i z hukiem rozbijają się na rozłożystych liściach bananowców. Zapominam o wężach i skolopendrach. Chłonę niepowtarzalny klimat równikowej dżungli…

12 lutego

Jedziemy dalej wśród morza błota, kałuż, śliskich podjazdów i niebezpiecznych trawersów.

Coraz częściej spotykamy na trasie grupki mężczyzn, którzy przy użyciu maczet próbują poszerzać najbardziej zarośnięte odcinki drogi. Na mocnych łodygach straszą miliony pozakrzywianych kolców, które boleśnie wbijają się w skórę i plączą wokół nóg. Próba przejścia przez przydrożną gęstwinę kończy się po... metrze. Bez maczety można zapomnieć o podpięciu liny od wyciągarki choćby do najbliższego drzewa.

Szczelnie porośnięte pobocza tworzą zielony tunel, którym poruszamy się z mozołem kolejne dni.

W czasach kolonialnych każda wioska miała „służbowy” rower i łopaty. Po każdym dużym deszczu wieśniacy objeżdżali rowerami swoje rejony, a ewentualne ubytki szybko uzupełniali. Jakość dróg w tym okresie była bardzo dobra. Wymownie świadczą o tym resztki infrastruktury: betonowe mosty, przepusty, promy, nasypy. Wszystko to od lat sześćdziesiątych jest niszczone, rozkradane lub powoli niszczeje. Jestem pewien, że niedługo pewne odcinki będą już zupełnie nieprzejezdne.

Przed Ketta w końcu dżungla się rozrzedza i powoli ustępuje miejsca wysokim trawom. Teren obniża się trochę i wypłaszcza. Miejsce podjazdów i trawersów zajmują potwornie długie i głębokie kałuże. Woda ma kolor piaskowokawowomleczny i skutecznie pokrywa nasze auto. Defender z pokorą przyjmuje nowe barwy. Niestety przy kolejnej błotnej trudności nieodpowiednio dobieramy parametr prędkości do oczekiwanej głębokości rozlewiska. Auto wpada w kałużę z takim impetem, że woda sięga nieoczekiwanie połowy szyby i wlewa się wartkim strumieniem przez kratki wentylacyjne prosto w moje kalosze. Straty są znaczne. Zalany telefon, radio i skrzynka bezpieczników. Po kilku minutach jako pierwsze współpracy odmówiło radio, puszczając dwa czytelne dymne sygnały z przednich głośników. Od tego zdarzenia także klimatyzacja żyje własnym życiem.

Brnąc w błocie, samochód „pije” bez opamiętania i nieoczekiwanie szybko pojawia się problem z paliwem. Z 250 litrów ropy został tylko jeden pełny kanister, ale odsuwamy problem na jutro. Teraz podziwiamy kolejną wioskę i jej przemiłych mieszkańców.

Zatrzymujemy się, witamy, robimy wspólne zdjęcia. Wśród śmiechu i drobnego zawstydzenia pokazujemy efekt pracy aparatu… lustro w dżungli to ciągle rzadkość.

Przed każdym domem nienagannie wysprzątane podwórko. Jakby ktoś rozłożył gładki czerwony dywan w całej osadzie. Widok niesamowity. Na tych terenach porządek niesie dodatkową korzyść. Na czystym podwórku łatwiej wypatrzyć węża próbującego dostać się do zabudowań.

Ściany chat zrobione są z drewnianego stelażu, tworzącego kratownicę, która następnie zostaje wypełniona gliną. Całość przykrywa dach z liści palmowych, zaplecionych w duże prostokątne maty. Jest to niezwykle trwała i mocna konstrukcja.

Na podwórku pod ścianą stoi drewniany rower! Drewniane koła obite paskami gumy, drewniana kierownica, rama, siedzenie. Ma hamulec i amortyzację przedniego koła zrobioną z dwóch starych sprężyn. Całość konstrukcji jest niesamowita i świadczy o niezwykłych uzdolnieniach konstruktora.

Wszystkie nasze działania są bacznie obserwowane i żywiołowo komentowane. Każdy nowy sprzęt wyciągany z auta budzi duże zainteresowanie. Trochę zachęceni sytuacją rozkładamy stół i krzesła (pierwszy raz od wielu dni) i siadamy do kolacji. Dziś spaghetti śmietanowe. Błyskawicznie do stołu zostają dostawione krzesełka i trzech uśmiechniętych mieszkańców towarzyszy nam przy kolacji. Z grzeczności częstujemy posiłkiem i próbujemy zebrać informacje o możliwości przeprawy przez najbliższą rzekę. Szczęśliwie jeden z gości jest dobrze zorientowany. Ustalamy, że koszt to 30 000 FCFA (50 euro). Po kolejnej wymianie uprzejmości i przekazaniu darowizny w postaci cukru i herbaty nasz gość pisze na piasku 20 000... Kolejny sukces „Mistrzów Negocjacji”.

Kiedy goście w końcu idą spać, siedzimy w świetle księżyca, pijemy piwo i patrzymy na piękne afrykańskie niebo. Dziś jest pełnia. Zasypiamy pełni wiary w jutrzejszy sukces...

Janusz Adamski
Himalaista i podróżnik. Jest trzecim Polakiem, który zdobył „Koronę Ziemi”, czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów. Uczestnik wyprawy „Falvit Everest 2006”. Jako jeden z nielicznych dwa razy ukończył „Selekcję żołnierza polskiego”, grę wzorowaną na testach rekrutacyjnych do SAS (Special Air Service) i Gromu, a także szereg długodystansowych marszów na orientację. W 2008 roku stanął na mecie najtrudniejszego na świecie rajdu 4x4 – Ładoga Trophy, a rok wcześniej jako pierwszy objechał off-road jezioro Bajkał. W wolnych chwilach lata na paralotni, nurkuje…

Prestiż magazyn szczeciński
( 25)
Sierpień'09
gajda