Gadżeciarze

Krzysztof Bobala

 

Byłem niedawno na nartach w austriackim Tyrolu. Miejsce to nie tylko wspaniałe do uprawiania ukochanego narciarstwa, ale pozwalające także na wiele socjologicznych obserwacji.

Obserwacji dotyczących gadżeciarzy i szpanerów, czyli badania zależności umiejętności jazdy na nartach od posiadanego stroju sportowego. Tak naprawdę tego rodzaju doświadczenia można prowadzić także badając inne sporty, jak choćby golf czy tenis, ale w końcu mamy teraz zimę, więc skupmy się na sportach zimowych. Jadąc kilkanaście minut w gondoli, można albo podziwiać urodę jadących z nami narciarek, tak często niestety ukrytą pod czapkami, w kaskach i za goglami, albo przyglądać się strojom jadących z nami amatorów białego szaleństwa praktycznie z całej Europy. To „coś” rzuca się w oczy od razu. Ten pan po prawej i jego kolega (sądząc po niemożliwości zrozumienia jakiegokolwiek słowa w języku, w którym rozmawiają, to chyba Holendrzy) przyjechali tutaj pojeździć. Ubrani wygodnie i luzacko, w dobrane kolorystycznie markowe ciuchy, ale chyba nie z tegorocznych kolekcji, proponowanych przez niezliczone firmy nastawione właśnie na zimową, czy jak to w tej chwili ładnie brzmi – outdoorową odzież. Jeden na nartach, drugi ze snowboardem, w butach na których widać ślady walki ze narciarskimi stokami i to nie tylko w tym roku. Obok mnie siedzi para. No, tutaj ze zrozumieniem o czym mówią jest już dużo łatwiej, bo w końcu jestem z tego pokolenia, które przez kilka lat zarówno podstawówki jak i liceum poznawało tajniki języka naszych wschodnich sąsiadów. Ona ładna blondynka w srebrnej kurtce Spydera (w Intersporcie w Brixen wisiała na wieszaku za 960 euro) z puszką Red Bulla, on potężne chłopisko w kurtce i spodniach w pepitkę (stylizowane na ubranie garnitu- rowe) z logo Prady na dumnie wypiętej piersi. Buty lśnią nowością (oczywiście tegoroczny model). No i te narty. Spitfire z linii Nordica Doberman, model zawodniczy, o którym marzy kilku moich doskonale jeżdżących kolegów. Niezwykle twarde, niesamowicie wymagające, niewybaczające błędów, no i oczywiście bardzo drogie. Efekt osiągnięty. Myślę sobie – niezły „kozak” z tego Rosjanina. W kącie siedzi jeszcze starsza pani. Wchodząc do gondoli, przywitała nas słowami „Grüss Gott”, a więc pewnie jest stąd, z Tyrolu. Na oko ma około siedem- dziesiąt lat i ciągle piękną twarz, chociaż pooraną już babcinymi zmarszczkami. Ubrana w krótką ortalionową kurtkę, która pamięta poprzedni wiek. No i te wiązania przy nartach. Chyba nie odważyłbym się zjechać w nich z jakiejkolwiek góry. Ta miła uśmiechnięta kobieta przez całą naszą podróż gondolą malutkim nożykiem kroiła plasterki jakiegoś lokalnego sera, którymi częstowała wszystkich jadących do góry. No i wreszcie stacja końcowa. Wagonik zwalnia, drzwi otwierają się automatycznie. Każdy łapie za swoje narty. Próbuję pomóc starszej pani, ale ona wręcz się obrusza, mówiąc, że da radę. Po czym zapina się w te przedpotopowe wiązania i rozpoczyna swój spokojny zjazd. Może to nie szybkość z zawodów FIS-owskich, ale wierzcie mi, że techniki jazdy niejeden by jej pozazdrościł. Zakładam narty, mijają mnie Holendrzy z którymi przed chwilą wjeżdżałem. Nieźle jeżdżą. Rozglądam się za mapką tras i spostrzegam moją parę z gondoli. Majestatycznie, lśniąc w słońcu, z nartami na ramionach idą w górę w kierunku schroniska z restauracją. Ciągle nie wiem, czy przypadkiem nie byli supernarciarzami. Niestety, na stoku już ich nie spotkałem. A szkoda, bo chętnie bym zobaczył, jak się jeździ na takich „odlotowych” nartach.

Krzysztof Bobala

Krzysztof Bobala
Współwłaściciel agencji reklamowej „BONO”, organizator turnieju Pekao Open, wielki miłośnik tenisa i innych sportów rakietowych

 

Prestiż magazyn szczeciński
( 31)
luty'10