W krainie do góry nogami

Autor

Agnieszka Redlińska

galeria

Powietrze odurza wonią eukaliptusa i zaprasza na spacer po buszu, gdzie Kukabury Chichotliwe koncertują obłąkańczym nie zwierzęcym śmiechem! Błękit nieba i słońce to pewnik każdego dnia tutaj. Może to kojący zapach eukaliptusa, może wieczna słoneczna aura sprzyja niezwykłej pogodzie ducha i wyluzowaniu totalnemu nazywających siebie samych „Ozzie” Australijczyków.

Oczami Europejczyka, Australia jest miejscem, gdzie żyje się do góry nogami. Stąd kolokwialne określenie kraju Down Under (z ang.: tam na dole). Miałam 22 lata i lot na Antypody miał być tym pierwszym trwającym ponad 20 godzin. Perspektywa spędzenia roku po drugiej stronie globu, o czym nigdy nie marzyłam, wywołała ogrom emocji i obaw, czy wytrzymam sama i jak się odnajdę tak daleko od Europy! Znacznie trudniej jednak okazało się wrócić z tego raju na ziemi, w którym spędziłam prawie trzy lata.

 

Wyluzuj, Koleś!

 

Na wieść zbliżającego się końca świata Australijczyk powie „nie ma problemu, u nas to dopiero jutro!”. Na okrągło słyszałam (od kierowcy autobusu, wykładowcy czy pani na kasie) ich narodową mantrę „No worries” (z ang.: bez zmartwień!) Ludzie faktycznie żyją bez pędu, kochają plaże, surfing i prowadzą wspaniały, relaksujący tryb życia. Prawie 70 % populacji żyje w odległości godziny drogi do wybrzeża. Wysiłek i duże aspiracje to zdecydowanie nie te cechy, za które w „krainie Oz“ (przyp. red.: z australijskiego slangu ­– Australia) zbierzemy dużo punktów. Praca to uciążliwa konieczność dzieląca czas między weekendami. Socializing, czyli towarzyskie udzielanie się to wartość naczelna. Spotkania przy barbi jak nazywają barbeque, plażowanie i surfing wypełniają czas wolny szanującego się Ozzie.

Bezpośredniość, unikanie niepotrzebnych form i bezpretensjonalność to ważne składowe konwersacji i życia w ogóle mieszkańców Oz. Nie dziwi kelner zwracający się do hotelowego gościa per „koleś”, a ten będzie starał się, by czasem nie być odebranym jako wywyższający się klient. Taksówkarza może urazić zajęcie miejsca z tyłu przez pasażera zamiast z przodu, jak zrobiłby równy kumpel. Ludzie są skromni starając się bardzo utrzymać tzw. low key, czyli nie wyróżniać się. Strój, sposób bycia, a nawet jedzenie musi być comfy, czyli komfortowe. Byłam świadkiem zabawnego zdarzenia podczas australijskiej mszy, kiedy wielebny przerwał modlitwy i z rozbrajającą szczerością spokojnie wyznał, że nie pamięta, jaki jest ciąg dalszy obrządku. Poprosił przybyłych o wsparcie, które też szybko dostał i mógł kontynuować ceremonię. Liczy się dystans do siebie i innych, a czarny humor to znak, że jest się równym towarzyszem. Tolerancyjni, ale niezbyt zainteresowani bliższymi relacjami z obcokrajowcami. Trzymają ze swoimi, gdyż to łatwiejsze i przyjemniejsze. Ich natura stroni od wysilania się, jak tłumaczyła mi pewna Australijka frapujące mnie na początku pobytu to kulturowe zjawisko.

 

Rządowe miasto-uzdrowisko

 

Canberra (przyp. red.: w języku aborygenów „miejsce spotkań”), w której mieszkałam to położone na ogromnej przestrzeni miasto-ogród, skonstruowane niemal od linijki. Byłam pod wrażeniem i początkowo przerażeniem rozsiania tego miasta. Na odludnych przystankach nie ma się wątpliwości, że to musi być Australia. Dotarcie z jednego miejsca w drugie zabiera nawet kilka godzin, więc każdy przemieszcza się autobusem lub autem. Wysokość budynków jest tu ustawowo regulowana wyróżniając tym Canberrę na tle innych australijskich miast. Dla mnie, Europejki, była to bez wątpienia nowa koncepcja stolicy. Sterylne, choć zatopione w zieleni miasto-uzdrowisko, z kolekcją eukaliptusów liczącą ok. 600 odmian, nieziemsko pachnącym powietrzem i egzotycznie budzącymi co rano mieszkańców kolorowo ubarwionymi ptakami. Tu życie toczy się znacznie wolniej i nie rozprasza rozrywkami i życiem z wartką akcją jak Sydney, czy Melbourne. Arkadia dla seniorów, ale nie tylko. Przestępczość jest najniższa na całym kontynencie, a wskaźnik bezrobocia najmniejszy. Jest gdzie wybrać się z rodziną w niedzielę czy na weekendowy wypad za miasto. Ponadto wzorcowe szpitale, dwa liczące się na świecie uniwersytety czynią to miejsce dobrym do życia i familijnym. Godło na Parlamencie przedstawia strusia i kangura i każdy Australijczyk objaśni, że to nie tylko przedstawiciele tutejszej fauny, lecz zwierzęta, które nigdy nie chodzą do tyłu na znak narodowego postępu. Znajduje się tu 80 ciekawie zaprojektowanych ambasad różnych krajów oraz ambasada Aborygenów – namiot ustawiony na trawniku przed starym Parlamentem, przy którym do tej pory koczują w małych namiotach rdzenni mieszkańcy kraju (1% populacji), którzy aktywnie walczą tu o swoje prawa.

Należy zobaczyć tą nietypową stolicę, jednak na dłuższą metę energii i wrażeń trochę tu brak. Wtedy czas przenieść się do żywiołowego Sydney (ok. 2 h samochodem) i skorzystać ze 170 plaż w rejonie miasta, choćby z najsłynniejszej, kultowej Bondi Beach. W Melbourne (stolicy Wiktorii), zwanym też kulturową stolicą Australii, oprócz licznych tu festiwali, koncertów, sztuk teatralnych i operowych można nacieszyć oczy architekturą i zabytkami, których mogą pozazdrościć inne tamtejsze miasta. Moim wyjątkowym wspomnieniem z Wiktorii była podróż trasą Great Ocean Road wzdłuż wybrzeża, z dramatyczną urwiskową scenerią i monumentalnymi skałami zwanymi Dwunastoma Apostołami, dumnie wyłaniającymi się z oceanu na wysokość 45m, które podziwiałam mocno wciśnięta w fotel samochodu na wysokości 70m.

 

Obca na obczyźnie

 

Studia na uniwersytecie w Canberze były ciekawym i obfitym kulturowo przeżyciem, sama stanowiłam tam obiekt nietypowy jako jedyna Europejka na uczelni. Oprócz Austrialijczyków studiują tam licznie studenci z całej Azji. Nawiązałam dobre kontakty z dziewczyną ze Srilanki, Tajką, Pakistańczykiem, Hindusem, Wietnamczykiem i Putkiem z Kambodży. Codzienne obcowanie z nimi dawało mi bardzo dużo frajdy i praktycznej wiedzy o wielu kulturach, nie brakowało zabawnych sytuacji. Studiuje się bez stresu, choć poziom jest wysoki, wykładowcy chętnie spędzają czas ze studentami przy kawie, rozmowy oczywiście na „ty”. System nastawiony jest na krytyczne myślenie, naukę argumentacji i samodzielną pracę. Przestrzega się studentów przed każdą formą plagiatu, a za złamanie tej zasady można być usuniętym z uczelni. Studia były wymagające i porównując uczelnie tamtejszą, niemiecką i polską, uważam, że najwięcej nauczyłam się na australijskiej.

 

Multi-kulti

 

Multikuluralizm to niczym słowo synonim do Australii. Czterech na dziesięciu Australijczyków to imigranci w pierwszym pokoleniu lub dzieci imigrantów, a połowa z nich wywodzi się z krajów nieanglojęzycznych. Wpaja się tu od małego ideologię równości i tolerancji, co jest widoczne i wyczuwalne praktycznie wszędzie. Panuje duch, iż każdy bez względu na pochodzenie, religię, wykształcenie zasługuje na równe traktowanie i ma te same szanse. „Kraj 20 milionów Owsiaków”, jak stwierdził pisarz i kompozytor Jan Kaczmarski. Polonia w Australii, ta starsza przynajmniej, skupia się w Canberze wokół „Klubu Białego Orła”, który tętni wystrojem i duchem z lat 50 (może tłumaczy to fala powojennej emigracji). Wspominają tamtą swoją Polskę, żyjąc w jakimś zawieszeniu, przynajmniej moimi oczami patrząc. Młodzi natomiast, których rodzice tu wyemigrowali należą już do Australii, przyjaźnią się z Australijczykami i rzadko kiedy pielęgnują polskie tradycje czy używają języka polskiego, a jeśli znają język to bynajmniej nie brzmi on po naszemu. Pełna asymilacja.

Jak zdecydowana większość studentów w Australii także pracowałam na ile zezwalał niezwykle surowy regulamin wizy studenckiej określający czas pracy na 20 godzin tygodniowo. Najłatwiej o „part-time job” w restauracjach, barach, itp. Dorabiałam w piekarni jako sprzedawca i kelnerka, a później w samym Parlamencie i Muzeum Narodowym, na tym samym stanowisku zatrudniona przez Hyatt, który obsługiwał sektor żywieniowy w tych miejscach. Przeżyciem była praca podczas uroczystego balu w Parlamencie w czasie wizytacji pary królewskiej z Danii księżnej Mery (Australijki) i Fryderyka.

Aborygeni, Kurri-Kurri i Wagga Wagga

 

Pierwszy mój kontakt z kulturą rdzennych mieszkańców Australii to aborygeńskie nazwy ulic i dzielnic, które ujęły mnie bardzo, choć gorzej było z ich prawidłową wymową: Yarralumla, Jerrabomberra, Tuggeranong, czy Gughalin (każde ma też aborygeńskie znaczenie). Mieszkałam przez dłuższy czas w Narrabundah, dzielnicy zamieszkiwanej przez Aborygenów. Każdy przystanek autobusowy tej dzielnicy to niemal dzieła sztuki pokryte aborygeńskimi malowidłami. Dzielą się na nich swoją wizją świata, w której centrum jest zawsze Matka Ziemia i Czas Snu, podczas którego wg. aborygeńskiej mitologii powstała Ziemia.

Żyją ubogo i prosto, nie przykładając wagi do pieniądza i materialnych wygód, do tej pory zachowują swój koczowniczy tryb życia i nie podporządkowują się. Jak w filmie ”Australia” mężczyźni zapuszczają się w wędrówki po buszu „walkabouts”, które nigdy nie wiadomo jak długo potrwają. Ich niezwykłe wierzenia i mądrość pozwalają im przeżyć w miejscach, gdzie większość z cywilizowanych nie poradziłaby sobie. Aborygeńskie dzieła można odczytać jedynie znając symbolikę kształtów kropek, w innym wypadku pozostaje tylko ciekawa mozaiką.

 

Australijska marka

 

Każdy kraj ma swoje powody do dumy, tak jest i w dalekiej Australii. Ich bohater narodowy, to nie żyjący już łowca krokodyli - Steve Irvin. Tuż po nim w czołówce znajduje się Kylie Minouge, Nicole Kidman, Cate Blanchett, Rachel Griffiths czy Toni Collette. Do znanych męskich celebrytów należą choćby Hugh Jackman, Heath Ledger czy Mel Gibson. Filmy uchodzące tam za kultowe to, „Priscilla – królowa pustyni”, „Wesele Muriel” z Toni Collette, oraz „Amy”, do których też chętnie powracam wspominając ten kraj. Łatwiej mi przypomnieć sobie smak Australii, bo do tej pory przechowuję go w lodówce „Vegemite“.  Trzeba jednak dużo czasu, żeby rozsmakować się w tej paście (zrobiona z wyciągu z drożdży bardzo mylnie wyglądająca jak nutella), z którą tosty je większość Ozzie na śniadanie.

Prestiż magazyn szczeciński
( 41)
Styczeń'11