Tęsknota za mielonym z marchewką

Szymon Kaczmarek

Autor

Szymon Kaczmarek

Wyobraź sobie kotlet schabowy. Do tego młode ziemniaczki z koperkiem i zasmażana kapustka ze skwareczkami. Kompot z czereśni i dwie pięćdziesiątki zmrożonej wódeczki. To wszystko za 17.50 zł.

Gdzie tak dają? Dziś już nigdzie, ale jak pięknie brzmi!

Dziś to science fiction, ale nie tak dawno...

Późne popołudnie, a jeść się chce. Gdzie na obiad? Do „Artystycznej”, „Balatonu”, „Bajki”, a może do „Palomy” lub „Orbisu”? Możesz tylko pomarzyć o abonentowym obiadku w „Ryskiej” lub „Kaskadzie”. Ta ostatnia spłonęła, ale co z pozostałymi?

Zaszedłem niedawno do „Kaukaskiego”. Z nadzieją na niedrogi i smaczny obiad, jak drzewiej bywało. W karcie wyłuskałem ozorki w sosie chrzanowym (uwielbiam od maleńkości) więc zamówiłem. Nie opiszę, by i Wam nie zrobiło się niedobrze. Zmiana kucharza czy właścicieli? Zadziwiające, że nawet w czasach słusznie minionej biedy z nędzą, gdy sklepy świeciły wyłącznie manicurem ekspedientek, wiele knajp dokonywało cudu kulinarnego.

Może i niewiele było mięsa w mielonym, ale za to jaki miał smak! Pamietacie te wyprawy do Babigoszczy na grochówkę, albo do „Miłej” w Goleniowie na wątróbkę? Komu dziś chciałoby się jechać kawał drogi tylko po to, by zjeść talerz zupy? Jadąc nad morze grzechem było nie kupić chleba w Troszynie, ba! Kupowali go nawet Szwedzi wracający do kraju. Kulinarna mapa naszego województwa obfitowała w miejsca magiczne i przesmaczne. W niewielkich „gieesowskich” knajpkach można było natrafić na prawdziwe perełki kuchni peerelu. Te pomidorówki, ogórkowe i krupniki. Te wspomniane mielone, schabowe, czy prosta sztuka mięsa w sosie koperkowym. Idźcie dziś do którejkolwiek restauracji w Szczecinie i zamówcie ogórkową. Prawdopodobnie kelner postuka się w głowę.

Niezwykle trudno z czystym sumieniem zaprosić Gości do szczecińskiej restauracji na tradycyjny, polski obiad. Oczywiście, zdarza się spotkać w menu nazwę dania z zamierzchłych czasów. Sam zamówiłem schabowego z kapustą w dość znanym miejscu (przez litość nie sprecyzuję). Dostałem kawałek karkówki (!) niechlujnie obtoczonej w zatęchłej bułce, kleiste ziemniaki stojące dwa dni w wodzie i burą paćkę, która grała nieudolnie rolę kapusty zasmażanej. O, losie!

Smutno mi, gdy pomyślę, że turyści odwiedzający Szczecin będą kojarzyć go z pizzą i hamburgerami. A gdzie w okolicach Odry knajpka z rybną polewką i śledziem pod tysiącem postaci? Rustykalna nazwa gastronomicznego przybytku nie zastąpi doświadczeń i przepisów naszych Babci. A jeden „Chief” wiosny nie uczyni.

Czego tu się jednak spodziewać, gdy jest się świadkiem takiego oto wydarzenia: legendarna w świecie całym „Bajka” dostała się w nowe ręce znanego „Restauratora”. Jego pierwszym działaniem była ZMIANA NAZWY!  Z „Bajki”, znaku firmowego rozreklamowanego na pięciu kontynentach przez filipińskich i skandynawskich marynarzy, zrobił...”Viennę”. Wywalił pracujące tam nielekko, lekkie panienki i zmienił menu. No, ręce opadają na takiego samobója! Znana z wyśmienitej dziczyzny i stylowego wnętrza „Bajka-Vienna” dziś staje się kolejnym bankiem, czy jakimś innym biurem.

Nie potępiam naszego rynku gastronomicznego, brak mi jednak indywidualności smakowych dawnych knajp. Jak potwierdzają dobitnie liczne przykłady, nie wystarczy zmienić szyld, bo smaku potrawy nie doprawisz jej wymyślną nazwą.

Tak, tęsknię do tamtych czasów, gdy kelner MUSIAŁ mieć czarną marynarkę i białą koszulę. Gdy poranny klient zamawiający setkę i śledzika był tak samo obsłużony jak turysta z „zachodu”. Zręcznie, dyskretnie, z błędem na rachunku nie przekraczającym granicy przyzwoitości. Za rosołem i kotletem, nie za „bulionem europejskim” ani za „kęsem wieprzowym w garniturze orientalnym”.

Dziś, zamiast przepisu, nostalgiczna Top-lista nieistniejących już miejsc kulinarnych wraz z uzasadnieniem:

1. „Miła” w Goleniowie - za swoją wątróbkę z cebulką i jabłkiem, wielokrotnie wyróżniana „Srebrną Patelnią” prestiżową nagrodą kulinarną w PRL-u.

2. „Miedwianka” w Zieleniewie - za mistrzowskie pieczenie wieprzowe w sosie i dobrze zmrożoną wódeczkę.

3. „Dom Rzemiosła” popularny „Rzemyk” w Szczecinie - za ratki cielęce panierowane i towarzystwo zazwyczaj wykwintne i gadatliwe.

4. Bufet „Warsu” na dworcu szczecińskim - za niezwykłej smakowitości cynadry z kaszą gryczaną, podawane 24h na dobę, bez względu na stan trzeźwości gościa.

5. Bar „Gniewko” w Babigoszczy - za grochową z wkładką i wielkie serce dawnej Gospodyni.

6. „Balaton u Eli” w Szczecinie - za chłodnik, magiczny placek po węgiersku, czy słynny porkolt z kluskami francuskimi, no i oczywiście za urok niezapomnianej Eli.

7. „Artystyczna” w Szczecinie - za najlepsze baranie kołduny i stromiznę schodów do toalety, która stanowiła najlepszy probierz trzeźwości.

8. Bar „Wisła” w Szczecinie - za dania bufetowe, różnorodność społeczną bywalców i głębię oczu Właścicielki.

9. Gospoda G.S. „Samopomoc Chłopska” w Witnicy - za niespotykaną symfonię smaków zup prostych, że o kompocie nie wspomnę.

10. Gieesowska restauracja na rogu w Ińsku (nie mylić ze „Srebrną Rybką”). Jej nazwy nie pomnę, ale pieczeni wołowej w sosiku i buraczków nie zapomnę.

 

ech.......... (westchnął przesmutnie i tęsknie)

Szymon Kaczmarek

Prestiż magazyn szczeciński
( 42)
luty'11