PowitanieAfryki

Autor

Izabela Marecka

W Kenii można się zakochać. Zwierzęta, nie przejmują się podglądającymi ich turystami, a nad głową świeci gwiazdozbiór Krzyż Południa. Życzliwi tubylcy witają wszystkich radosnym okrzykiem „Hakuna Matata”, a tuż obok faluje Ocean Indyjski!

Na podbój Czarnego Lądu wyruszył szczecinianin Grzegorz Skorny, kanclerz Wyższej Szkoły Techniczno Ekonomicznej wraz z rodziną i przyjaciółmi.

– Kenia ma różne oblicza – opowiada. – Z jednej strony potworny upał, wszechogarniający kurz, czerwony pył wdzierający się do każdej szczeliny, do oczu, uszu, barwiący skórę twarzy jak najdoskonalszy puder. Z drugiej rozległe sawanny na których woda jest na wagę życia, gdzie można spotkać rdzennych Masajów. Kenia to także krajobraz Oceanu Indyjskiego z luksusowymi kurortami i zachwycającymi rafami koralowymi – wymienia.

W murzyńskiej wiosce

Po wylądowaniu w stolicy Kenii, czyli Nairobi wymienili walutę, wynajęli auto terenowe, przewodnika i ruszyli w pierwszą podróż. Celem wyprawy było spotkanie z plemieniem Masajów, które nadal żyje bardzo tradycyjnie, czyli w chatkach z gałęzi, gliny i krowiego łajna, bez prądu, wody. Na pozwolenie na wejście do wioski czekali dwa dni. Za zgodę musieli zapłacić mąką, cukrem, olejem i… tenisówkami, które są dla Masajów prawdziwym rarytasem.

– Masajowie są na swój sposób piękni. Szczupli, wysocy z białymi zębami, które bardzo dbają czyszcząc je specjalnymi patyczkami – wspomina Grzegorz. – Nie lubią zdjęć. Trzeba mieć ich zgodę, za którą zazwyczaj trzeba zapłacić dolara. Atrybut urody kobiecej to gliniane kółka, które są umieszczone w wargach lub uszach. Wygląda to okropnie, ale kobiety są bardzo dumne z tych ozdób – śmieje się.

Wioska składała się z 40 lepianek ułożonych w krąg średnicy około 60 metrów. Można było tam wejść przez otwór szerokości dwóch metrów. Na noc jest on pilnie zasłaniany ciernistymi krzewami w obawie przed atakiem lwów. W środku tego kręgu nocują krowy, które są jedynym dobytkiem tej społeczności.

– Oczywiście jeśli jest ich kilkadziesiąt, to możecie sobie wyobrazić ile nawozu zostawiają –mówi Grzegorz. Dla Masajów ich odchody to istny dar, używany jest m.in. do budowy domków. Tam gdzie ludzie i zwierzęta, są też i muchy. – Okropne ilości insektów wciskały się w oczy i uszy, obsiadały dzieci bawiące się beztrosko w nawozie! – wspomina szczecinianin.

Prawdziwy Masaj spożywa na zmianę krowie mięso, pije mleko i krowią krew, którą upuszcza w stosownych ilościach. Może to być dla białego turysty mocno niestrawne. Po zaproszeniu do chatki Masajowie częstują zazwyczaj przesłodką herbatą z mlekiem. Takiego napoju często nie wypada odmówić, ale ponieważ jest gotowany na ogniu zazwyczaj nie przysparza problemów żołądkowych.

– Zostaliśmy poczęstowani herbatą w szklance, oblepioną dookoła muchami. Przyznam, że zrobiło się nam słabo – śmieje się Grzegorz.

Pomimo oficjalnego zakazu wśród Masajów nadal obecny jest barbarzyński rytuał obrzezywania dziewczynek. – Mówił nam o tym sam wódz plemienia – wspomina Skorny. – Według niego kobieta nieobrzezana nie ma wśród Masajów dużych szans na zamążpójście i uznana jest za „nieczystą”. Siła tradycji jest ogromna, mimo oficjalnego zakazu, zabieg wykonuje się w tajemnicy – dodaje.

Fasynujące safari

Mówiąc o Kenii, nie sposób pominąć jednej z największych atrakcji turystycznych, czyli safari. Jeden z największych parków to Masai Mara. Jest w nim tysiące zwierząt: od słoni i nosorożców przez żyrafy, antylopy aż po lamparty, lwy i gepardy. W parku nie funkcjonuje żadna komunikacja publiczna. Trzeba mieć własny samochód lub wjechać ze zorganizowaną wycieczką. W parku nie wolno wysiadać z samochodu ze względu na dużą ilość żyjących tam drapieżników. Szczecinianie jeździli jeepami z odkrytym dachem. Widzieli geparda, który siedział nad martwą antylopą. Dużo emocji zafundowała im także przejażdżka łódką obok stada hipopotamów. W tym czasie zepsuł im się motor i dryfowali tuż obok nich. Przewodnicy byli zaniepokojeni, bo to niebezpieczne zwierzęta i bardzo szybkie w wodzie. Na szczęście szybko sprowadzili drugą łódź. W Masai Mara spali w specjalnie przygotowanych obozowiskach, które chronione były dzień i w nocy przez strażników.

– Pokoje były skromne, ale nikomu to nie przeszkadzało i tak tylko w nich spaliśmy –opowiada. – Atmosfera była rodzinna, a widok włożonych pod kołdry termoforów rozbrajający, ale  było to konieczne, bo w nocy temperatura spadała poniżej 5 stopni! – dodaje.

Rajskie wybrzeże

Trzy tygodnie minęły błyskawicznie. Ostatnie dni postanowili spędzić nad Oceanem Indyjskim w luksusowym apartamencie przy plaży. Mieli do dyspozycji własnego kucharza, który przygotowywał im wyszukane potrawy. Po wysuszonej ziemi Masajów, wybrzeże wydało im się rajem na ziemi. Do dziś wspominają szerokie, piaszczyste plaże z kokosowymi palmami, piękne zachody słońca, kolorowe rafy, błękitne laguny i piękne muszelki. Wspaniałą atmosferę dopełniała niesamowita życzliwość tubylców, którzy śmiali się, że ich goście przypominają im krewetki – na początku białe, później czerwone, a na końcu brązowe.

– Ludzie tam są bardzo przyjacielscy, otwarci i gościnni. Łączy ich to, że wszyscy chcą wyemigrować w poszukiwaniu lepszego życia. Nasz przewodnik i opiekun Timothy uczy się polskiego, bo chce przyjechać do naszego kraju. Jednak pomimo ogromnej biedy potrafią cieszyć się każdym dniem. Tu hasło „Hakuna Matata” (wyluzuj się)sprawdza się w całej rozciągłości – zapewnia Grzegorz.

IZABELA MAGIERA-JARZEMBEK

Prestiż magazyn szczeciński
( 42)
luty'11
gajda