Sztuka murów

Manson, Enzo, Meisal, Dean

Autor

Aneta Dolega

Chyba nie ma takiej osoby, która by nie wiedziała kim jest Banksy. Ten uliczny artysta z Wielkiej Brytanii, guru „street artu” niedługo zostanie ogłoszony dobrem narodowym Brytyjczyków i kto wie czy następca Królowej Elżbiety nie wręczy mu szlacheckiego tytułu. Tych, którzy jednak nigdy o nim nie słyszeli, informujemy, że jest to człowiek który pokrywa swoimi prowokacyjnymi pracami budynki wielkich miast. Ostatnio pozostawił swój ślad w Los Angeles, tuż przed rozdaniem Oscarów, do których notabene sam był nominowany jako twórca dokumentu... o sobie samym.

Banksy na swojej sztuce zarabia krocie, ale większość jego prac jest zupełnie darmowa, wszak Brytyjczyk tworzy sztukę uliczną - na murach, ścianach, chodnikach, rurach i innych miejscach - nie pobierając za to żadnego wynagrodzenia.

Kolorowe „wrzuty” znajdziemy we wszystkich aglomeracjach miejskich; spacerując po Szczecinie również natkniemy się na zamalowane ściany. Wandalizm? Raczej podkreślenie miejskości. Graffiti nie ma sensu poza miastem. I tu też się narodziło.

 

„Otaguj” całe miasto

„Wchodziliśmy do zajezdni metra w piątek, w piętnaście, dwadzieścia osób. Malowaliśmy, jedliśmy pizzę, uprawialiśmy seks. Wychodziliśmy w niedzielę wieczorem. To były szalone czasy” – SEEN, malarz graffiti z Nowego Jorku, jeden z prekursorów zjawiska w uroczy sposób wyjaśnia czym dla niego i jego kolegów jest ten styl życia.

Kolebką graffiti jest właśnie Nowy Jork, a wszystko zaczęło się na przełomie lat 60 i 70-tych ubiegłego wieku. Wraz z pojawieniem się na rynku flamastrów wodoodpornych młodzi ludzie zaczęli pisać swoje imiona, inicjały lub ksywki na ścianach domów, skrzynkach pocztowych, budkach telefonicznych, przejściach podziemnych, czy wreszcie w metrze. Nazywało się to „tagging”. Z czasem podpisów było coraz więcej i wytworzyła się swoista konkurencja pomiędzy ludźmi („writerami” - przyp. red.) piszącymi  tagi.  Każdy chciał być najlepszy. Podobno najwięcej takich podpisów miał TAKI 183, uważany za wynalazcę taga. Naprawdę miał na imię Demetrius i z pochodzenia był Grekiem. Ponieważ pracował jako „chłopiec na posyłki”, często jeździł metrem po Nowym Jorku, przy okazji pisząc swoje imię gdzie popadło. W ten sposób zwrócił oczy całego miasta na metro, które składając się z setek pociągów i kilku tysięcy kilometrów torów było największym płótnem malarskim, jakie kiedykolwiek ujrzało światło dzienne. Popularność rodzącego się graffiti, zwróciła także uwagę mediów, „The New York Times” przeprowadził wywiad z TAKIM 183. Po opublikowaniu tego wywiadu setki młodych ludzi w całym mieście zaczęły pisać, dosłownie wszędzie. Imiona których było najwięcej i w najtrudniej osiągalnych miejscach stały się sławne, a ich właściciele, bohaterami lokalnych społeczności. Wraz z pojawieniem się farby w sprayu graffiti stawało się coraz popularniejsze i przede wszystkim coraz widoczniejsze.

 

Bardzo publiczna galeria

Autorem pierwszych „wrzutów” z wykorzystaniem postaci i różnokolorowych liter był Phaze II. To on rozwinął styl zdeformowanych liter i wymyślił jeden z kultowych elementów w graffiti - strzałkę. W późniejszym etapie zaczął wprowadzać zarysy postaci, które przypominały szkic ołówkiem, co dawało niesamowity efekt. Przez cały ten czas twórczość tysięcy „writerów”, kosztowała MTA (Metropolitan Transit Authorities), czyli firmę zarządzającą nowojorskim metrem dziesiątki milionów dolarów na usuwanie graffiti, budowę zabezpieczeń, psy i strażników.

W związku z tym, w 1978 roku inny artysta graffiti - Lee, zaczął zmieniać  okolice mostu brooklińskiego w publiczną galerię graffiti. Malując nocami ściany przy boiskach do beaseball’u, rozpoczął największy przełom w graffiti, mianowicie przeniesienie go z metra na ściany.

W 1983 roku Yaki Kornblit, handlarz dziełami sztuki z Amsterdamu, wystawił dzieła niektórych „writerów” w Muzeum Boyams van Beuningen. Spotkało się to z bardzo pozytywnym przyjęciem zarówno krytyków, jak i kolekcjonerów dzieł sztuki. Podczas jednego z takich pokazów doszło do spotkania legendarnych „writerów” z Nowego Jorku z młodzieżą z Amsterdamu, dało to początek rozwoju sceny graffiti w Holandii i w Europie.

 

W Europie czyli w Szczecinie

Graffiti na Starym Kontynencie miało zupełnie inny charakter, niż to tworzone w Nowym Jorku. Przynajmniej na początku. Graficiarze europejscy z końca lat 60-tych traktowali swoje napisy jako komunikaty o treści politycznej. Mur w miejscu publicznym, był dla nich alternatywnym nośnikiem informacji, niezależnym od panującego systemu politycznego czego najlepszym przykładem był Mur Berliński. Również mniej więcej w tym czasie graffiti zostało wciągnięte przez hip hop i zaczęło stanowić obok muzyki i tańca breakdance jeden z jego elementów.

W Polsce, nie licząc szablonów o politycznym charakterze i działań happeningowych nawiązujących do „street artu”, graffiti w swej kolorowej formie narodziło się na początku lat 90. ubiegłego wieku.  Szczecin jest jednym z miast które dało temu początek.Choć pierwszy udokumentowany, pomalowany pociąg jeździł już w 1989 roku na śląsku!

– Nasze miasto było bardzo ważne w historii graffiti w Polsce, na równi z Gdańskiem i Warszawą  – mówi Przemysław „Manson” Sikora jeden z pionierów szczecińskiego i polskiego graffiti. –  Pierwszy obrazek zrobiłem w 92' i była to klasyka czyli „Hip Hop Don't Stop”, a do malowania zainspirowała mnie... złamana ręka. Tańczyłem break dance i wydawało mi się, że jestem  niezniszczalny. Moja kariera super tancerza skończyła się zanim się jeszcze w ogóle zaczęła (śmiech). A kolory były cały czas wokół mnie, tak więc sięgnąłem po to co było mi najbliższe – dodaje.

Artur Majcher, także jeden z pierwszych szczecińskich „writerów”, który aktualnie zajmuje się dystrybuującą wszystkiego co jest związane z tym zjawiskiem, mówi – W Szczecinie powstała pierwsza, jedna z najsilniejszych grup zajmujących się graffiti w Polsce, czyli „United Clan”, która swoją działalnością pokazała czym jest prawdziwe graffiti. Jednocześnie ze szczecinianami wystartowali warszawiacy.

Jeśli chodzi o imprezy, to przy nieistniejącym już szczecińskim klubie „Oszołom” odbywały pierwsze spotkania nazywane „graffiti jam”. Potem doszły mury starego Teatru „Pleciuga”. Przed rokiem 2000 odbywały się w tym miejscu największe „jam'y” w naszym kraju. Przyjeżdżali „writerzy” z całego kraju, b-boy'e, raperzy, wszystko odbywało się na świeżym powietrzu. – Po 2000 roku duża część „starej szkoły" zakończyła swoją przygodę z graffiti – dodaje Majcher.

Początki graffiti w Szczecinie sięgają roku 1992-93, Artur „zadebiutował” rok później. – W moim przypadku wszystko zaczęło się od wyjazdu do Szwecji, gdzie na żywo zobaczyłem wielokolorowe napisy. Po powrocie wraz z kolegą postanowiłem zrobić coś takiego na naszym osiedlu – wspomina. – Wtedy nie było farb, ani specjalistycznych sklepów. Mieliśmy dostęp do 3-4 kolorów, potem jeździliśmy PKS-em do Berlina. Mój pierwszy napis to było słowo „yo". Wykonaliśmy je na szkole podstawowej nr 36 i byliśmy bardzo z tego dumni – mówi ze śmiechem.

Pierwsze reakcje mieszkańców Szczecina na graffiti były bardzo skrajne. Miasto zaczęło się zmieniać, niektórzy nie bardzo wiedzieli co z tym zrobić. – Kiedy zaczynaliśmy malować w tamtych latach ludzie zachowywali się czasem idiotycznie – wspomina z uśmiechem Przemek. – Nie mieli wypracowanego zdania na temat graffiti, bo nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkali. Nawet nie bardzo wiedzieli co o tym myśleć – dodaje.

Większości ludzi podobało się to co robili. – Oczywiście zawsze zdarzają się wyjątki. Dziś jest tak samo jak kiedyś. Kiedy robimy pełnowartościowe obrazy, np. filary trasy zamkowej przy Wałach Chrobrego, podczas zlotu żaglowców w 2007 roku to wszyscy są zadowoleni – podchwytuje wątek Artur. – Problemem są media, które mylnie identyfikują pojęcie graffiti, kreując w ten sposób pogląd mieszkańców. Chciałbym przez to powiedzieć, że zwykłe napisy, bazgroły na budynkach, nowych elewacjach nie mają nic wspólnego z graffiti – dodaje.

 

Sztuka czy wandalizm?

I tu pojawia się odwieczne pytanie oto czy graffiti to sztuka czy wandalizm? – Popatrz na moje prace i sama oceń. Sądzę, że dla każdego jest czymś innym – mówi Artur. – Dla mnie natomiast, moje prace nie są żadną sztuką. Mam 31 lat, zajmuje się tym od lat 17. To moja pasja, a co za tym idzie całe życie. Poza ty co znaczy sztuka i kto ją klasyfikuje? Czym jest wandalizm? Dla jednych to pomazany blok, dla innych obrazek namalowany na osiedlowym garażu, a dla jeszcze innych to właśnie jest sztuka! – mówi. – Od kiedy pamiętam to zawsze pytali nas czy graffiti to sztuka. I znaleźli na to i definicję i szufladkę – dodaje Przemek. – Osobiście nie potrzebuję żadnych galerii, żeby ktokolwiek klepał mnie po plecach i mówił, że jestem dobry. Ulica sama to zweryfikuje. Na pewno miło by było powiesić swoje prace w takim miejscu ale tylko pod warunkiem że doceni to ktoś kto na tym się zna – mówi.

 

Forma graficznego krzyku

Graffiti przestaje w końcu być postrzegane jako młodzieńczy wybryk, a na pewno już nie jako wandalizm. Tylko wartość i coś szalenie interesującego. Przykład wspomnianego Banksy'ego nie jest jak widać jedynym.

Aktualnie graffiti wymieniane jest jako jedna z form „street artu”. Powstają na jego temat prace naukowe, filmy dokumentalne, a nawet fabularne. Artyści graffiti są traktowani na równi z innymi twórcami, promują się w mediach, w internecie są setki stron poświęcone tej formie ekspresji, posiadają swoje własne czasopisma. W Szczecinie organizowany jest od kilku lat „Eco Jam”, który wykorzystuje „street art”, a co za tym idzie graffiti, w celach edukacyjnych. Tegoroczna edycja odbędzie się już w czerwcu. Coraz częściej też „writerzy” trafiają do szczecińskich galerii. Świadomość społeczna także się zmienia na plus. Mieszkańcy przyznają, że miasto wygląda ładniej gdy jest pokryte kolorami.

O graffiti niezwykle trafnie wypowiedział się swego czasu  wybitny, nieżyjący już reportażysta i publicysta Ryszard Kapuściński: „Graffiti są formą graficznego krzyku. Ktoś chce, aby jego racje zostały dostrzeżone. Ponieważ kryzys komunikacji będzie trwał wiecznie, graffiti będą wieczne tak jak ogień, grad, żywioł powodzi. Będą też istnieć z tego względu, że komunikacja ludzka staje się komunikacją wizualną, a graffiti to kolor, to uderzenie, to próba zagrania na emocjach. I w pewnym sensie jako sygnał, jako znak komunikacyjny, graffiti mogą być bardzo pożyteczne”.

Aneta Dolega

Prestiż magazyn szczeciński
( 43)
Marzec'11
gajda