Autostopem po Albanii

Autor

Maciej Pieczyński

galeria

Kąpiele błotne, noclegi w ruinach zamków, walka o przeżycie na krętych, górskich drogach. To jedne z wielu przygód, jakie w samym sercu bałkańskiego kotła przeżyli dwaj szczecińscy podróżnicy. Ojciec i syn – Romek i Jonasz Zańko, którzy wybrali się w podróż autostopem po Albanii.

Albańska riwiera nad Morzem Czarnym. Krętą, wyboistą drogą, wykutą w przybrzeżnej skale, pędzi stary, rozklekotany mercedes, a w nim dwóch Albańczyków. Kierowca w czasie jazdy próbuje napisać smsa. Niezbyt sobie jednak radzi z obsługą telefonu, prosi w końcu o pomoc swojego kolegę. Ten jednak także ma problem z napisaniem wiadomości. Zniecierpliwiony kierowca, sam nie będąc specjalistą od telefonii komórkowej, zaczyna głośno pouczać swojego kolegę. Wybucha zażarta dyskusja, potem kłótnia. Samochód pędem wije się po krętej, górskiej drodze, gdzie każdy nieostrożny ruch kierownicą może zakończyć się tragedią, a kierowca z pasażerem w najlepsze kłócą się o metodologię pisania smsa i wyrywają sobie nawzajem z rąk telefon, za nic mając niebezpieczeństwo. A z tyłu o swoje życie drżą w tym czasie dwaj autostopowicze ze Szczecina. Są nimi Romek Zańko i jego nastoletni syn, Jonasz.

Podróż za jeden sms

Znani szczecińscy podróżnicy tym razem wybrali się do Albanii i niewiele brakowało, by bałkańska eskapada była ostatnią w ich globtroterskich karierach. – Jonasz, pomóż im napisać tego smsa, bo zaraz spadniemy! – polecił synowi zniecierpliwiony Romek. Jonaszowi udało się przekonać na chwilę kłótliwych Albańczyków, że w jego wieku obsługa telefonu komórkowego jest częściej spotykaną umiejętnością. Niestety, nie udało mu się pomóc. Telefon miał albańską klawiaturę i język, a to już dla Jonasza było trudnością nie do przeskoczenia, a właściwie nie do wytłumaczenia. W końcu jednak kierowca na całe szczęście zatrzymał samochód i kłótnia, równie zażarta jak przedtem, nie była już zagrożeniem dla życia pasażerów. I nie miał tu żadnego znaczenia fakt, że zatrzymany na krętej, górskiej drodze z tak poważnego powodu jak pisanie smsa samochód zatamował ruch drogowy i spowodował spory korek. W końcu jednak wściekły, urażony pasażer wysiadł z mercedesa, trzasnął drzwiami i dalszą drogę kontynuował piechotą. Ta przygoda jest barwnym przykładem bałkańskiego temperamentu. Albania to w końcu ojczyzna „gorących głów”.

Do albańskiego króla

Romek wraz z synem wybrali się na Bałkany latem 2010 roku. To jedna z bliższych podróży rodzinnego duetu podróżników. – Mieliśmy niewiele czasu, potrzebowaliśmy ciekawego miejsca, które nam zabierze mniej czasu niż trzy miesiące. Ja lubię najbardziej podróżować do dalekowschodniej Azji, ale żeby tam się dostać lądem, potrzeba trzech miesięcy. Tyle czasu nie mieliśmy. Poza podróżowaniem z synem Romek Zańko prowadzi szczecińską fundację Pod Sukniami, promującą twórczość osób z niepełnosprawnością umysłową. Początkowo pod taką nazwą powstała pierwsza w Polsce galeria sztuki art brut. Jako fundacja, pomagająca niepełnosprawnym artystom, działa już od sześciu lat.

Każda z podróży Romka i Jonasza miała jakiś swój cel. Było tak i tym razem. – Wymyśliliśmy, że jedziemy do króla albańskiego prosić go, aby wsparł starania Szczecina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 – mówi Romek. – Marek Sztark podchwycił temat, zaopatrzył nas w paszteciki, jako flagowy szczeciński produkt i wyruszyliśmy – dodaje.

Jednak jedynym iście królewskim elementem albańskiej eskapady Romka i Jonasza był fakt, że szczecińskim podróżnikom udawało się niejednokrotnie zatrzymywać na nocleg w ruinach zamków. Króla niestety na swojej drodze nie spotkali. Choć o wsparcie dla Szczecina jako Europejskiej Stolicy Kultury „walczyli” na każdym kroku. Między innymi na trasie prowadzącej przez jeden z albańskich parków narodowych. Ulubionym środkiem lokomocji w podróży jest dla Romka i Jonasza autostop. Nie było problemu z tego typu transportem także w Albanii, jednak przez park narodowy, położony wysoko w górach, przejeżdżały ledwie trzy auta na dobę, i to w przeciwnym kierunku niż cel podróży szczecińskich globtroterów. Za to po drodze dość często mijali Albańczyków, podróżujących na koniach i osiołkach. I jako, że odnalezienie króla Albanii wydawało się być niezbyt realną perspektywą w republice, zaczepiali takich właśnie, przygodnie napotkanych miejscowych i ich prosili o wsparcie Szczecina jako potencjalnej Europejskiej Stolicy Kultury. W zamian proponowali wspomaganie ewentualnych starań albańskich wiosek w kolejnych edycjach konkursu o tytuł ESK. Te negocjacje miały tym bardziej humorystyczny wymiar, że panowie Zańko nie znają języka albańskiego, a Albańczycy z reguły nie mówią po polsku. Komunikacja była więc dość utrudniona i zapewne nie każdy z indoktrynowanych przez szczecinian Albańczyków zrozumiał ich ambitny przekaz.

Sposób na podróż

Różnice językowe nie były zresztą pierwszyzną dla Romka i Jonasza. – W komunikacji podczas naszych podróży najważniejszy jest zwrot: „nie mamy pieniędzy”, i zwrot ten znam w trzydziestu językach – zapewnia Romek.

Typowym wśród narodów albańskich zjawiskiem jest przekonanie o swojej wyższości kulturowej. I dotyczy to generalnie wszelkich nacji, które spędziły wiele lat w niewoli, pozbawione niepodległości. Któregoś dnia, podróżując autostopem, szczecińscy podróżnicy wdali się w dyskusję z kierowcą o historii. Romek wspomniał, że Grecy i Macedończycy spierają się między sobą, kim z pochodzenia był Aleksander Macedoński: Grekiem czy Macedończykiem. – Jak kierowca to usłyszał, zawołał oburzony: „jak to?! Przecież Aleksander Macedoński był Albańczykiem!” – wspomina Romek. – Na co ja, żeby załagodzić sytuację, poprawiłem: „o nie! Aleksander Macedoński był szczecinianinem!”.

Jedną z ulubionych zabaw Romka i Jonasza podczas przemierzania albańskich dróg i bezdroży było liczenie bunkrów. System tych żelbetonowych punktów obronnych, zbudowany przez dyktatora Envera Hodżę pokrywa całą Albanię. – Spod ziemi wystają niewielkie stanowiska ogniowe, małe betonowe „grzybki”, pod ziemią połączone tunelami – opowiada Romek. – Trudno je wyrwać z ziemi, dlatego do dziś pokrywają Albanię, niezagospodarowane, wiele z nich miejscowi traktują jak śmietniki – dodaje.

Oprócz szalonych kierowców, zdolnych kłócić się o metodologię pisania smsów w czasie jazdy, albańskie drogi miewają także dużo spokojniejszych użytkowników ruchu. Takich, którzy nijak nie pasują do stereotypu południowca, „gorącej głowy”, wyjętej prosto z wrzącego kotła bałkańskiego. Żółwie, bo o nich mowa, to częsty widok na drogach Albanii. – Jonasz lubił pomagać im pokonywać przeszkody i przenosił na drugą stronę ulicy – wspomina Romek. – Ale często okazywało się, że żółwie nie chcą przejść przez ulicę, ale podróżować wzdłuż niej, poczuwały się więc do bycia pełnoprawnymi użytkownikami ruchu.

Właściwa potrawom, gotującym się w bałkańskim kotle, kulturowa i etniczna różnorodność udzielała się nawet żółwiom. – Ciekawe, że w Albanii występują żółwie greckie – mówi Romek.

Kąpiel w błocie

Nie wszystkie jednak albańskie drogi nadają się do przejechania lub przejścia na pieszo, choćby tym pieszym miałby być grecki żółw. Romek i Jonasz na swojej trasie natrafili na ścieżkę, której nawierzchnią było … błoto. Dodatkowym urozmaiceniem był trójwymiarowy charakter ścieżki; błoto sięgało bowiem do wysokości kolan. – W okolicy nie było żadnej innej drogi, ale postanowiliśmy sprawdzić jak radzą sobie miejscowi – wspomina Romek. – Panowie w eleganckich dresach ściągnęli spodnie i przeprawili się w samej bieliźnie, starsza pani w chuście podkasała spódnicę i także przeszła przez błoto. Nie wiem do dziś, czy ta kąpiel błotna miała jakiś uzdrowiskowy charakter, czy po prostu nie było innego przejścia, ale w końcu odważyliśmy się z Jonaszem na przeprawę. Ciekawe doświadczenie, ale nie utrzymaliśmy powagi, zaczęliśmy się obrzucać tym błotem – dodaje.

Kulturową ciekawostką był fakt, że na bałkańskiej prowincji mężczyźni całe dnie przesiadują z piwem na zewnątrz. – Być może prawdziwa jest legenda, że to kobiety ich wyganiają, żeby nie przeszkadzali podczas robót domowych – śmieje się Romek. Mimo patriarchalnej kultury, albańskie kobiety potrafią zatem brać sprawy w swoje ręce. – Nie są to plastikowe „piękności” z wybiegów dla modelek i seriali, ale mają coś w sobie, naturalną urodę i dumne rysy – mówi Zańko.

Były jednak momenty, w których Romek i Jonasz sami mogli poczuć się w Albanii jak modele na wybiegu. – W małych miasteczkach albańskich codziennie o 17ej zamykają główną ulicę i zaczyna się impreza – mówi Romek. – Wszyscy wychodzą na ulicę i bawią się przy muzyce, takim odpowiedniku naszego disco – polo. My z Jonaszem też tak spacerowaliśmy sobie z plecakami jak na wybiegu, lansowaliśmy się po całym miasteczku – dodaje.

Generalnie Romek bardzo pozytywnie wspomina swoje zetknięcie z prowincją albańską. – Nie potwierdziły się stereotypy o przestępczości, o tym, że na prowincji rządzi mafia – mówi. – Zresztą, dziwne byłoby, żeby gangsterzy napadali na albańskich wsiach na turystów, którzy przybywają tu raz na kilka lat.

Prestiż magazyn szczeciński
( 44)
Kwiecień'11
gajda