Władza sprawowana batutą

Mistrz ceremonii, przedstawiciel kompozytora, bóg. Kim jest dyrygent, jak nie najważniejszą osobą w orkiestrze?

Autor

Aneta Dolega

Bez dyrygenta orkiestra nie istnieje...

Dyrygent wszystko rozumie i wszystko kontroluje. Niejako sprawuje władzę nad całą salą, nad muzykami i publicznością. Ta profesja to zagadka, trudno jest powiedzieć jakie cechy powinien posiadać dobry dyrygent i skąd u niego ta umiejętność panowania nad wszystkim. Jak to się dzieje, że jeden człowiek nie dotykając żadnego z instrumentów potrafi wydobyć dźwięk z całego zespołu i jeszcze robi to tak, że ludzie słuchający tego są zachwyceni? To jest niewytłumaczalne. Ta umiejętność znajduje się w głowie i w sercu. Wszystko stamtąd pochodzi. Dyrygent musi być też fizycznie odporny. Ta siła jest potrzebna, gdy np. dyryguje się VIII Symfonię Mahlera gdzie jest aż tysiąc wykonawców. Wychodząc po koncercie nie jest się zmęczonym. Adrenalina potrafi trzymać nawet przez następne dwa dni.

A trema?

Jak nie ma tremy to znaczy, że nie jest dobrze. Jej brak nie jest normalnym stanem. Trema wywołuje adrenalinę, ma wpływ na lepszą koncentrację, dodaje energii.

Idealna sala koncertowa?

To taka, kiedy orkiestra odczuwa komfort gry, a publiczność wszystko rozumie (śmiech).

Czy w budowanej właśnie nowej filharmonii w Szczecinie będzie pan czuł taki komfort?

Nie wiem, czy jak powstanie nowa filharmonia będę jeszcze jej dyrektorem artystycznym. Możliwe, że znowu poniesie mnie w świat. Ale bardzo podoba mi się projekt. Muzycy muszą mieć wgląd w proces powstawania filharmonii. Choćby z tego względu, żeby była dobra akustyka sali.

Póki co, pracuje pan w Szczecinie.

I naprawdę dobrze mi się tu pracuje. Myślę, że po tych latach wypracowałem sobie wspólny język z orkiestrą. Co do samego miasta, to Szczecin jest prowincją, ale w tym rozumieniu, że wszystkie miasta poza stolicą są tak traktowane. I to, że powstanie tu nowa filharmonia jest świetną nowiną, bo na Ukrainie byłoby to nie do pomyślenia. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Nigdy nie zrozumiem ukraińskiego rządu. Nie wiem dlaczego nawet w samym Kijowie nie może powstać sala koncertowa na europejskim poziomie. W ukraińskim rządzie nie ma osoby która zajmowałaby się kulturą. Sztuka jest traktowana bardzo marginalnie. To smutne.

Pracuje pan w Szczecinie, mieszka na Ukrainie. Chyba niezbyt często bywa pan w domu?

To prawda. Tęsknię za rodzinnym Kijowem, ale wybrałem zawód tułaczy. Moje życie toczy się według grafiku i z wypełnionym po brzegi kalendarzem (śmiech). Mam 50 lat i nie mogę już nic zmienić, ale lubię ten styl życia. Nic na to nie poradzę.

Pamięta pan moment kiedy zdecydował się pan, że zostanie artystą, muzykiem aż w końcu dyrygentem?

To nie była do końca moja decyzja. O tym zadecydowała siła wyższa. Grałem na trąbce w orkiestrze, w czasach gdy istniał jeszcze Związek Radziecki. To była bardzo dobra fucha. Byłem młody, niczego mi nie brakowało, aż tu nagle pojawiła się myśl by zająć się dyrygenturą. Nie dawała mi wtedy żadnych profitów, nie była absolutnie w tamtych czasach opłacalna. Ale pojawiła się w mojej głowie idee fixe i nie było już odwrotu. To nie była moja decyzja (śmiech). Olśniło mnie i koniec. Musiałem to zrobić. Sam nie wiem dlaczego.

Ale coś musiało mieć na pana wpływ. Nawet minimalny...

Pamiętam, że zawsze fascynowała mnie opera i teatr. Kiedy mieszkałem w Kijowie, każdy wolny wieczór spędzałem na koncercie albo przedstawieniu. Nie pamiętam niestety tego momentu kiedy zakochałem się w tej sztuce, ale jak wszystko w moim życiu gdzieś tam podskórnie, instynktownie czułem, że to jest dla mnie, że muszę w tym uczestniczyć. Co ciekawe, moi rodzice nie byli muzykami. Mój ojciec był inżynierem, a moja matka jest fizykiem, czyli zawodowo gdzieś zupełnie na drugim biegunie niż ja.

Co powiedzieli na pana wybór?

Była taka sytuacja, że moi rodzice chcieli, bym wybrał inny kierunek studiów ale muzyka mnie pochłonęła i nie mogli nic z tym zrobić (śmiech).

Muzycy, artyści to specyficzny gatunek człowieka...

To mit (śmiech). Muzycy to normalni ludzi i wszędzie są tacy sami. Te same problemy, te same sytuacje czy to Polska, Ukraina, Japonia czy Ameryka. Mam w Polsce wielu polskich i ukraińskich przyjaciół, z którymi studiowałem w Kijowie. Chociaż kiedy przyjeżdżam do Szczecina to większość czasu spędzam w pracy.

Zawód mierzony sukcesem?

Tak, ale sukcesem dla artysty jest to, że publiczność go rozumie, że jego muzyka wywołuje w słuchaczu emocje, że po wyjściu z sali koncertowej odbiorca nie może się otrząsnąć z tego, co usłyszał. To największa nagroda zarówno dla muzyka, jak i dyrygenta.

Pański pierwszy sukces. Najlepszy koncert jaki pan poprowadził...

Żyję nadzieją, że jeszcze takiego nie zagrałem. Pierwszym sukcesem był mój pierwszy publiczny występ w konserwatorium, kiedy dyrygowałem „Francesca da Rimini” Czajkowskiego. Sam koncert nie był tak ważny jak to, co się wydarzyło na drugi dzień. Po tym występie wszedłem do klasy jak bohater, zachwycony samym sobą czekając na komplementy. I wtedy mój profesor Roman Kofman powiedział: „Mykola, tego co chciałbyś ode mnie usłyszeć, nigdy nie usłyszysz”. To mnie sprowadziło na ziemię. Najgorsze co może być dla muzyka, artysty to kiedy mu przysłowiowa woda sodowa uderzy do głowy.

Panu nie uderzyła…

Nie. Fenomen muzyki klasycznej polega na tym, że wchodząc do sali koncertowej wychodzi się z niej odmienionym i nieważne czy stan ten będzie się utrzymywał 15 czy 5 minut. Ważne że to działa.

 

Mykola Diadiura

Urodził się w Kijowie, tam także ukończył studia w Państwowym Konserwatorium pod okiem profesora Romana Kofmana. Międzynarodową karierę dyrygencką rozpoczął w 1987 r. od zdobycia nagród na Międzynarodowym Konkursie Kompozytorów w Tokio. Po tym wydarzeniu otrzymał od Seiji Ozawy zaproszenie na stypendium do USA, gdzie studiował m.in. pod okiem takich mistrzów jak Leonard Bernstein i Andre Previn.

W latach 1986-1988 był Dyrektorem Artystycznym i Głównym Dyrygentem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii w Omsku (Rosja), a w latach 1989-1996 Głównym Dyrygentem Seulskiej Orkiestry Symfonicznej oraz Orkiestry Symfonicznej Kwang Dju (Korea Południowa). Od 1988 r. jest dyrygentem Narodowej Opery Ukrainy. Diadiura koncertował niemal na całym świecie. W 1998 r. otrzymał zaszczytny tytuł „Zasłużonego dla Sztuki Ukrainy", w 2003 r. nagrodę państwową – Order Za Zasługi III klasy. W 2005 r. rząd francuski uhonorował go Orderem Kawalerskim Sztuki i Literatury. We wrześniu 2009 Mykola Diadiura objął stanowisko dyrektora artystycznego Filharmonii Szczecińskiej.

Prestiż magazyn szczeciński
8( 47)
Sierpień'11