Uniwersalność ponad wszystko

Jeśli coś jest do wszystkiego, to… musi być to Suzuki GSF600 Bandit

Pod koniec lat 80-tych koncern z Hamamatsu wydał na świat dwa modele GSF o pojemności 250 oraz 400 cc. Sprzedaż tych maszyn była jednak raczej symboliczna, gdyż większość ówczesnych nabywców wolała dwucylindrowego GS 500. Kilka lat później inżynierowie Suzuki poszperali trochę w częściach z firmowego magazynu i w 1995r. wypuścili na rynek Suzuki GSF 600 Bandit. Motocykl ten dał początek erze tanich i mocnych czterocylindrowych 600-tek, będących po dziś dzień jedną z najpopularniejszych pojemności.

Cała konstrukcja motocykla spoczywa na stalowej podwójnej kołyskowej ramie z klasycznym widelcem teleskopowym z przodu i tylnej stalowej belce wyposażonej w centralny amortyzator. Całość to ponad dwa metry gustownego połączenia metali ciężkich z końca tablicy okresowej.

„Bandzior” w początkowej fazie produkcji był tak zaawansowany technologicznie jak żeliwny kaloryfer. Nie posiadał wskaźnika paliwa, czy nawet kontrolki rezerwy, jednak miliony osób zakochały się w jego prostocie.

Serce Bandita to zmodyfikowana jednostka zapożyczona w prostej linii z GSXF 600. Zmieniono jedynie fazy rozrządu, mapy zapłonu i średnicę gardzieli w gaźnikach. Silnik wyposażony był w system SACS, który polegał na chłodzeniu głowicy olejem, przez co nazywany były „olejakiem”. Pracował w nerwowy i wulgarny sposób, tak jakby zaraz coś miało się zepsuć. Zupełnie jakby Zeus płukał gardło gwoździami. Moc 78 KM nie powala na kolana, jednak jednostka ta jest niesłychanie trwała i omyłkowe wlanie płynu do mycia naczyń zamiast oleju przez mechanika nie robi na niej wrażenia.

Do większych minusów Suzuki należała jego masa własna. Bandit ze swoimi 209kg na sucho był po prostu ciężki. Jeżeli dodamy do tego niewysiloną jednostkę napędową nie wróży to nic dobrego, jednak przyspieszenie w 4,1s. do setki to już działka Ferrari. Na szczęście „Bandzior” jest krótki i po chwili przyzwyczajenia z łatwością można manewrować nim w miejskiej dżungli. W trasie motocykl sprawował się jeszcze lepiej. Ciężar sprawiał, iż był bardzo stabilny i przewidywalny a wygodna pozycja za kierownicą i umiarkowane zapotrzebowanie na paliwo były tego uzupełnieniem. Osoby zaczynające przygodę z wyścigami sporadycznie udawały się Banditem na tory, a początkujący tunerzy uwielbiali jego prostotę. Motocykl zapewniał za małe pieniądze praktycznie wszystko wszystkim. A jeśli brakowało mocy wystarczyło przerzucić się na jego większego brata GSF1200.

Suzuki czekało na modernizację do 2000r. Zmieniono ramę, dodano nowoczesne wskaźniki, dodano czujnik położenia przepustnicy i polepszono trakcję. „Bandziora” trochę ucywilizowano, zachowując mimo wszystko jego charakter. Wszystko to jednak zmieniło się po wprowadzeniu w 2005 roku trzeciej generacji. Silnik otrzymał chłodzenie cieczą zamiast olejem, gaźniki zastąpiono wtryskiem paliwa a resztę GSF-a potraktowano płynem do zmiękczania tkanin.

No cóż, czasy i rynek konsumentów się zmieniają jednak nie zmienia to faktu że łza się w oku kręci, gdyż obecnie po starym Bandicie pozostała już tylko nazwa…

Prestiż magazyn szczeciński
10( 49)
Październik'11