Marta Malikowska - Chciałabym zagrać geja

Na scenie Teatru Współczesnego jej kochankiem był Bóg. Prywatnie ma słabość do muzyków. Jej byłym mężem jest wokalista Pogodna, a obecnym partnerem – frontman Hurtu. Mieszka we Wrocławiu, ale do Szczecina wraca, by zagrać tytułową Judytę w popularnym spektaklu – żydowską bohaterkę narodową, femme fatale, biblijną służebnicę i seksbombę w jednej osobie.

Autor

Maciej Pieczyński

Czy już jako mała dziewczynka marzyłaś o tym, by zostać aktorką?

Jako mała dziewczynka marzyłam o tym, by zostać kandydatką… Prawie jak bohaterka filmu „Mała miss”. Mała dziewczynka, która marzy żeby po prostu zostać miss. A ja nie chciałam być miss, chciałam być kandydatką na miss (śmiech). Lubiłam też recytować wierszyki, ale aktorstwo zaczęło się dopiero w trzeciej klasie liceum. Wydawało mi się to takie nierealne, bo pochodziłam z zabitej deskami wsi na Podkarpaciu, pierwszy raz w życiu w kinie byłam w wieku 13, a w teatrze – w wieku 15 lat.

A kiedy pierwszy raz wyszłaś na scenę?

W trzeciej klasie liceum. Byłam wtedy w klasie matematyczno – informatycznej, trenowałam ping ponga, sztuka absolutnie nie była wtedy czymś, co bym chciała robić w życiu. Ale akurat mój polonista wystawiał szkolny spektakl. Z ciekawości zapytałam go, czy mogłabym wystąpić. Wyśmiał mnie wtedy słowami „ale ty masz tróję z polskiego!”. Dał mi jednak szansę. Jak zobaczył moją grę, przyjął mnie od razu. Od tej pory jeździłam razem ze szkolnym teatrem na różne konkursy, przeglądy. Gdy na jednej z takich imprez odebraliśmy nagrodę grand prix, postanowiłam sobie: „muszę dostać się do szkoły aktorskiej!”.

Jakie masz wymarzone role?

Chciałabym zagrać geja.

Dlaczego? Bo tak ciężko byłoby ci się psychicznie ucharakteryzować?

Nie, chodzi o zmierzenie się z taką…

Kontrowersją?

Nie, o zmierzenie się z taką energią ludzką. To swoją drogą ciekawe zadanie dla kobiety… Chciałabym przełamać stereotyp, że gej musi być zniewieściały, nieporadny, słaby. Chciałabym pokazać, że gejem może być każdy. Denerwuje mnie, że jesteśmy społeczeństwem zakopanym w stereotypach – że aktorki muszą wyglądać jak lalki Barbie, że trzeba robić takie, a takie miny na scenie, że trzeba grać w serialach…

Na ekranach kin zadebiutowałaś w filmie „Przebacz”, w roli Anki, szefowej ulicznego gangu. Ciężko było ci zmierzyć się z tak mało kobiecą postacią?

To było sześć lat temu, więc byłam wtedy w mentalnie zupełnie innym miejscu niż teraz. Byłam trochę taką chłopczycą, zresztą do tej pory nie mam problemu z wcieleniem się w klimat zachowań, ruchów gestykulacji w stylu hiphopowym. Mam taką bardzo „chłopacką” energię.

Czyli bliżej ci jednak do Anki z „Przebacz” niż do Judyty, ratującej miasto przed zagładą dzięki swojej kobiecości?

Nie, nie można mnie tak zaszufladkować…

Nie szufladkuję, ale pytam: do której z tych postaci jest ci bliżej?

Ciężko mi się teraz porównać do osiemnastoletniej Anki z Legnicy, która jest wulgarną alkoholiczką, szefową młodzieżowego gangu.

Ale jej „męski” temperament jest ci bliski?

Judyta też ma w sobie dużo męskiej energii.

Sam fakt, że uwodzi, że jej bronią jest jej ciało, chyba świadczy, że jest bardziej kobieca niż męska?

Ale tę kobiecość ona sama sobie wymyśliła, wmówiła, żeby w ten sposób omamić Holofernesa (wodza wrogiej armii, którego Judyta miała za zadanie uwieść i zabić, by uratować swoje miasto – red.). Zanim zaczęła grać własnym seksapilem, była zwykłą dziewczyną w trampkach.

Tak, ale udała jej się ta „gra w kobiecość”. Dla ciebie Judyta to bardziej femme fatale, chłopczyca, bohaterka?

Dla mnie to niezły miks tych wszystkich kreacji. W jednej scenie bardziej uwodzi, w następnej krzyczy i jest agresywna, w jeszcze innej rozkłada ręce i nie wie co robić. Z drugiej strony jeśli na tylu obrazach Judyta z Biblii była przedstawiana jako symbol bohaterstwa, to dlaczego Judyta na scenie nie może być zwyczajną kobietą? A może i była zwyczajną kobietą?

Biblijna Judyta była służebnicą, oddaną Bogu. Twoja, sceniczna Judyta mało ma w sobie z tego patosu.

Biblijna Judyta była opętana wiarą.

Jak wcielałaś się w tę postać? Chyba nie było łatwo, widząc, jakie masz nastawienie do wiary…

To było ciekawe zadanie. Musiałam połączyć „służebnicę” z kobietą. Po pewnym czasie stwierdziłam, że nie wychodzi mi ta modlitwa, że nie potrafię uwierzyć w Boga, pozostając kobietą. I wtedy zaczęłam go sobie po prostu wyobrażać jako faceta. Myślałam sobie: „Bóg to mój kochanek. Niewidzialny, nienamacalny, ale mój jedyny facet, jedyna energia męska jaką znam to on”. A trzeba pamiętać, że Judyta, mimo że zamężna, była dziewicą. I nagle dziewica dostaje zadanie: uwieść i zabić wodza wrogiej armii, chociaż kompletnie tego nie umie. Idzie więc do Holofernesa, a on zaczyna ją dotykać. I wtedy Judyta zaczyna coś czuć. Nie wie, waha się, myśli: „muszę go zabić, ale przecież ciągnie mnie do jego energii”. I nie wie, co ma zrobić, aż w końcu Holofernes ją gwałci.

I tak Judyta w brutalny sposób staje się kobietą?

Dokładnie. To straszne, że poprzez gwałt, ale jednak przechodzi inicjację, zyskuje coś. Nie wiadomo, może nawet przeżyła orgazm? To straszne przeżyć pierwszy w życiu orgazm w wieku trzydziestu lat, i to jeszcze podczas gwałtu. Judyta w tej interpretacji jest naprawdę nieszczęśliwa. Nie dość, że poprzez gwałt zaczyna czuć coś na kształt miłości, to zaraz potem zabija obiekt tego uczucia. Nie chce urodzić dziecka Holofernesa, bo go i kocha, i nienawidzi.

W Szczecinie grywasz gościnnie, na co dzień występujesz we Wrocławiu. Czym różnią się te dwie sceny?    

We Wrocławiu czuć większe obycie z kulturą, tam więcej ludzi przychodzi z własnej woli do teatru. W Szczecinie więcej szkół, zaciągniętych siłą. Ale generalnie każda publiczność, na każdym spektaklu, jest inna. Raz podczas grania „Judyty”, już po pięciu minutach usłyszałam z widowni złośliwą uwagę: „dykcja!”. A przecież ja też jestem człowiekiem, każdy może się pomylić! Teatr to nie kino, tu wszystko może się zdarzyć. Przydałaby się czasem odrobina empatii ze strony widzów. Najbardziej nie cierpię jak ktoś rozmawia podczas spektaklu, przeszkadza, wierci się na miejscu. Nikt nikogo na widowni siłą nie trzyma, zawsze można wyjść. Po co się męczyć do końca i przeszkadzać aktorom? Ja sama ze dwa razy w życiu wyszłam ze spektaklu przed czasem.

Judyta kocha i nienawidzi. A Marta Malikowska kocha już drugi raz, i już drugi raz obiektem tej miłości jest wokalista zespołu rockowego… Czego teraz słuchasz częściej – Pogodna czy Hurtu?

Teraz zdecydowanie częściej Hurtu (śmiech).

Jak to się stało? Romantyczna historia – ta sama aktorka najpierw wychodzi za mąż za wokalistę Pogodna, a po rozwodzie wchodzi w związek z wokalistą Hurtu…

Gdy przyjechałam do Szczecina do pracy w Teatrze Współczesnym, Pogodno robiło casting dla aktorów do spektaklu „Opherafolia”. Dostałam się, i już na pierwszej próbie ja i Jacek (Jacek „Budyń” Szymkiewicz, wokalista Pogodna – red.) zakochaliśmy się w sobie. Byliśmy razem cztery lata, rozstaliśmy się, ale próbowaliśmy coś jeszcze ratować, no i Jacek poznał mnie z Maćkiem (Maciej Kurowicki, wokalista Hurtu – red.). Zaczęliśmy się przyjaźnić, aż w końcu przyjaźń przerodziła się w miłość. Ale z Jackiem jesteśmy w dobrych relacjach, mamy dziecko.

Masz słabość do wokalistów?

Tak, w ogóle do muzyków. Po prostu lubię wrażliwych facetów.

Drugi związek z wokalistą jest faktem, ale drugiego ślubu z wokalistą chyba nie będzie?

Nie, instytucja małżeństwa to dla mnie paranoja. Jak można komuś obiecać miłość do końca życia?! To są kajdanki. Jak można sobie kajdanki z własnej woli nakładać? Powinniśmy mieć zawsze możliwość powiedzieć: „dziękuję ci, już nie mogę z tobą być”.

Ale chyba nie miałaś kajdanek na rękach w związku z artystą?

Moje myślenie było takie, że choćby rozpętało się piekło, ja muszę być przy swoim mężu. A tymczasem mój mąż był alkoholikiem, i odkrył to właśnie dopiero w naszym małżeństwie. To było kompletne wariactwo. Ja miałam wtedy 23 lata, pobraliśmy się po pół roku znajomości. Byłam nauczona, że taka właśnie powinna być kolejność: studia, po studiach ślub, dom, dziecko, bo tak już być musi.  Ile jest związków, w których mąż i żona nienawidzą się nawzajem? Po co się okłamywać, że coś do kogoś czujemy? Po co męczyć się z drugą osobą i ją męczyć? Ze strachu przed podjęciem decyzji?!

Może boimy się samotności?

Ale jakiej samotności?! Ja w małżeństwie czułam się najbardziej samotna, czując, że jestem z kimś, kto mnie nie kocha. Poza tym trzeba pracować nad sobą, usuwać swoje wady.

Niektóre cechy ciężko określić jednoznacznie wadami. Np. zazdrość – dla jednych jest dowodem uczucia, dla drugich – śmiertelnym grzechem…

Och, znowu ten grzech! Nie cierpię tego słowa…

Widać, że krzyżem w kościele nigdy nie leżałaś…

Nie, ale za to kochałam się w księżach (śmiech).
 

Prestiż  
Styczeń 2012