Kasa, Kasa, Kasa…

Jeżeli myślicie iż kompanie motoryzacyjne dbają i myślą o stworzeniu jak najlepszego produktu dla swych odbiorców, to się grubo mylicie.

Autor

Przemysław Czerwiński

Świat motoryzacji rozwija się i płynie własnym rytmem. Od początku lat 50 – tych firmy zaczęły pracować na swój wizerunek i kreować własne charaktery. Później zaczęto skupiać się na określonej grupie odbiorców. I dobrze. Indywidualizm zawsze był i będzie poszukiwany. Obecnie na rynku mamy do wyboru praktycznie wszystko. Można wybrać i skonfigurować samochód wedle własnych upodobań i gustów. Jednak wykładając na stół u dilera ciężko zarobione zaskórniaki podświadomość konsumenta zaczyna być molestowana obawą, czy zakupiony przez nich towar nie okaże się po krótkim czasie bezużyteczną kupą żelastwa. Aby temu zapobiec inżynierowie dokładają wszelkich starań, by udoskonalać swoje produkty tak, by służyły swym odbiorcą jak najdłużej. Czy oby jednak na pewno?

Od początku lat 60 Mercedes – Benz był synonimem luksusu i statusu społecznego. Nie każdy mógł sobie na niego pozwolić, jak również nie każdy samochód był tak dobrze zbudowany. Inżynierowie Mercedesa praktycznie ocierali się o perfekcję w tamtych czasach stając się niedoścignionym wzorcem. Dowodem na to były niezliczone produkty na czele z modelem W123, który według statystyk ADAC z 1982r. pierwszej awarii unieruchamiającej samochód doznawał przy średnim przebiegu 852.777 km. Żadne inne auto nie mogło zbliżyć się do takiego wyniku, a poczciwy W123 200D ku uciesze taksówkarzy służył im przez długie lata. Mercedes osiągnął tym modelem wielki marketingowy sukces, jednak finansowo nie było już tak ciekawie. Pomimo sprzedania 2 696 915 egzemplarzy był to pierwszy gwóźdź do ekonomicznej trumny Mercedesa. Samochody się nie psuły więc nikt nie kupował nowych, a narzędzia w serwisowych warsztatach porastały kolejną warstwą kurzu. W zaistniałej sytuacji po zdjęciu różowych okularów Her szef zadzwonił do Her dyrektora, by ten przekazał Von inżynierowi, aby kolejny projekt trochę spieprzyli. Pomysł się przyjął i bardzo przypadł marce do gustu. Kilka lat później w 1997r. Mercedes wypuścił na rynek „inżynieryjnego babola” w postaci A - Klasy, która podczas zwykłego „testu łosia” po prostu dachowała. Wszystkie wyprodukowane egzemplarze wycofano, a samą produkcję wstrzymano i wrócono do desek kreślarskich. Dodatkowo A - Klasa była stałym bywalcem serwisowych warsztatów, a słowo niezawodność było jej tak obce jak obce jest nazewnictwo wolności słowa wedle słownika ACTA. W ten sposób Mercedes – Benz odwiedził każde z dwóch marginesów pola motoryzacyjnej niezawodności. Inne marki w bardziej lub mniej dyskretny sposób po zbilansowaniu własnej rentowności podążyły w jej ślady, a czasy niezniszczalnych samochodów odeszły w niepamięć.

Obecnie prawie wszystkie samochody poza bryłą nadwozia i jakością wykończenia wnętrza nie różnią się od siebie zasadniczo. Auta projektowane są na około 150.000 – 200.000 km, bo mniej więcej właśnie tyle przejedziemy do czasu wygaśnięcia gwarancji. Możesz być pewien, że wtryskiwacze, turbosprężarka czy koło zamachowe w twoim nowoczesnym aucie więcej nie wytrzyma i, że prędzej czy później to lub coś innego się zepsuje. Sprzedajesz auto po trzech latach i kupujesz nowe napędzając zyskowną machinę samochodowego koncernu. Drugi właściciel zostawiając część pieniędzy w serwisie również do całego mechanizmu się dołoży. Jeżeli „oparzysz” się na jednej marce przechodzisz do innej, jednak z góry i tak wygląda to jak kluczenie wokół błędnego koło. Tak czy inaczej samochodowa skarbonka zdaje się mieć coraz większe dno.

We współczesnym świecie wykładnikiem niezawodności stały się zyski. Wszyscy jesteśmy tylko pionkami w tej wielkiej grze prowadzonej przez motoryzacyjne giganty. I niestety dla nas jest to zło konieczne. Za bardzo uzależniliśmy się od samochodów, a jedynym pocieszeniem jest to, że niektórzy z nas uzależnili się z przymusu, a niektórzy z miłości…

Prestiż magazyn szczeciński
2( 53)
luty'12
gajda