Od wydawcy

Autor

Michał Stankiewicz

Opera to nie tylko symbol, gmach, ale i kostiumy, scenografie, do tego barwni artyści, ciekawe historie, wzloty i tragiczne upadki. Jednym słowem – nieustanne źródło inspiracji dziennikarskiej. Dlatego choć na łamach „Prestiżu” gościła już wielokrotnie trudno się dziwić, że pojawia się po raz kolejny. I to w roli tytułowej. Tym razem powód jest bardziej uroczysty – w tym roku mija 55 lat od pierwszej premiery. Niezwykle ciekawe 55 lat, bo chyba nasza opera miała pod górkę jak mało, która w Polsce. Najpierw siedziba w budynku milicji. Ze wspomnień rodzinnych pamiętam, że Jacek Nieżychowski, pierwszy dyrektor, a mój dziadek, na pierwszy spektakl wynosił z domu meble, by czymś zapełnić scenę. A, że były to eleganckie i mocno przedwojenne meble (stolik, fotele i lampa) to idealnie pasowały do pierwszej premiery – Krainy uśmiechu Franciszka Lehara. Tylko babcia, którą oprócz własnej pracy zawodowej, zajmowały wtedy bardziej przyziemne sprawy prowadzenia domu z trójką dzieci nie była do końca tym faktem ucieszona. Premiera się udała, a meble wróciły do domu przy ul.Ogińskiego. Jednak zaangażowanie dziadka na tym się nie kończyło. Jaki to szef, który nie pomoże artystom w trudnych czasach lokalowych? Tak więc mieszkały u nas i tancerki i solistki… No cóż, czego nie robi się dla sztuki. A opera? Po blisko 20 latach na Potulickiej trafiła do zamku, a dzisiaj przejściowo działa w hali. Szczególnie na tym ostatnim przykładzie widać determinację i wysiłek mieszkańców Szczecina w jej utrzymaniu. I pewnie dobrze, bo właśnie obecność opery w jakiś sposób wyznacza poziom miasta. Nie kategoryzując sztuki na lepszą i gorszą jeżeli chodzi o jej wartość emocjonalną – znacznie łatwiej jest uruchomić kino, rewię, galerię czy teatr. Bo teatr może być duży, ale też i mały. Tradycyjny, ale i współczesny, czy offowy. Do tego ostatniego nie potrzeba w zasadzie nic oprócz kawałka podłogi i aktorów. Z operą jest inaczej. To najbardziej konserwatywna forma teatru. Nie bez powodu Aneta Dolega w swoim tekście pisze – o technicznych przygotowaniach do premiery. Opery nie da się zrobić ot tak, na podłodze, nowocześnie. Tutaj musi być potężne zaplecze, scenografie, kostiumy. W końcu ludzie – począwszy od technicznych, administracyjnych po artystów – chórzystów, solistów, muzyków, balet… To wszystko trzeba utrzymać, a do tego potrzebna jest publiczność – wymagająca, na poziomie i z odpowiednim portfelem. W tym sensie opera jest jednym z wyznaczników jakości miasta. Nie tylko podnoszącym poziom kulturalny, ale pełniącym rolę miastotwórczą. Niech więc nam trwa jak najłdłużej!

Ale nie tylko opera zapełnia to wydanie „Prestiżu”. Polecam interesujący artykuł Macieja Pieczyńskiego „Historia pianinem pisana” o przedwojennych szczecińskich pianinach i fortepianach. Część tutaj została, ale większość została wyszabrowana do ZSRR. I dzisiaj można je kupić na… rosyjskich aukcjach internetowych. No i możemy pochwalić się pierwszą korespondencją zagraniczną. O kulisach Australia Open, prosto z Melbourne napisała dla nas Ana – Isabel Suehling, peruwiańska dziennikarka.

Prestiż magazyn szczeciński
2( 53)
luty'12
gajda