Trzy pary skrzypiec

Autor

Weronika Bulicz

Zbigniew Wodecki – wszechstronny muzyk i wyjątkowy wokalista – po sześciu latach i kilkunastu edycjach popularnego show „Taniec z Gwiazdami” zrezygnował z sędziowania i oceniania gwiazd próbujących swoich sił w tańcu. Obecnie koncertuje – robi to, co muzyk robić powinien.

W Szczecinie pojawił się ze swoim recitalem. Na scenie usłyszeliśmy go w świetnej formie, zaśpiewał swoje największe przeboje, a także światowe standardy, jak „My way” Sinatry.
Jak pan spędza obecnie niedzielne wieczory?

Proszę mi wierzyć – mam co robić! Dużo koncertuję, spotykam się z ludźmi... Mimo iż „Taniec z Gwiazdami” był dobrą zabawą i bardzo fajnym programem, w którym nie było „ściemy”, doszedłem do wniosku, że muzyk nie jest od podnoszenia kartonowych tabliczek i oceniania czegoś, na czym się nie zna...

Czyli nie śledził pan ostatniej edycji?

Nie, ale nadal bardzo kibicuję temu programowi, uważam, że ma swoją wartość, pokazuje i wyzwala w uczestnikach prawdziwe emocje.

Nie tak dawno, bo w 2010 roku wydał pan płytę „platyNOVA”, ukazała się też książka „Pszczoła, Bach i skrzypce” – czy to próba pokazania dystansu do artystycznej przeszłości?

Raczej pewnego podsumowania artystycznej drogi. Książka jest wywiadem - rzeką, opowieścią o moim życiu artystycznym, o spotkaniu z Markiem Grechutą i początkach Anawy, późniejszych dokonaniach, Piwnicy pod Baranami i wszystkich niesamowitych ludziach, z którymi miałem w życiu okazję spotkać się i pracować. To zarys ciekawej drogi artystycznej, jaką przez te lata przebyłem. Tak myślę.

Ile par skrzypiec wymienił pan podczas swojej artystycznej drogi?

Te, na których gram w tej chwili są trzecie. To zabytek – mają ponad dwieście lat... , ja gram na nich zaledwie 190 (śmiech)! Tak naprawdę, pierwsze moje skrzypce zostały skradzione po jednym z koncertów, dawno temu. Później były kolejne, ale już od kilkudziesięciu lat gram na obecnych. Nie zmieniałem instrumentów zbyt często, jestem im wierny.

Czy lubi pan wracać do Szczecina? Z czym się panu kojarzy nasze miasto?

Jest piękne i zawsze się w nim gubię – jeżdżąc w kółko po waszych pięknych gwieździstych rondach. Bardzo lubię też Teatr Letni – to jeden z najlepiej brzmiących amfiteatrów w Polsce, nieważne, czy na widowni jest 10 osób czy 1010 – oklaski zawsze brzmią tu wspaniale. Dobrze wspominam też nieco odleglejsze czasy i Małą Scenę, gdzie bawiłem się ze szczecińską bohemą.

A jak spędzał pan niedawny Dzień Dziadka?

Pracując! Miałem koncerty, więc w tym dniu akurat nie byłem z wnukami. Oczywiście otrzymałem życzenia, laurki, prezenty. Gdy wróciłem do Krakowa zrobiłem „rajd” po przedszkolach i szkołach muzycznych, zbierając pięcioro moich wnucząt, byśmy razem spędzili czas. Było bardzo miło, ale proszę mi wierzyć, po godzinie potrzebowałem już pomocy!    
 

Prestiż magazyn szczeciński
2( 53)
luty'12