Zemsta tradycyjna

Bardzo dobry balet, wartka akcja, szybkie tempo, dobra reżyseria i scenografia. Co ważne spektakl utrzymany w tradycyjnej scenografii, takiej jak pierwotnie.

Autor

Prestiż

Nowa szefowa przypomniała, że jest dopiero drugą dyrektorką w historii opery, a jej poprzedniczka również rozpoczęła urzędowanie od premiery Zemsty Nietoperza. To dzieło Johann Strauss napisał zaledwie w ciągu siedmiu tygodni. Wspaniała muzyka, pełne humoru i szybkiej akcji libretto powoduje, że jest nieustannie przebojem sal koncertowych całego świata. Jak nowe wykonanie wypadło na tle poprzednich?

Dla mnie była to szczególna premiera, bo doskonale pamiętam tą z 1958 roku, kiedy po raz pierwszy wystawiono ją w Szczecinie, jeszcze przy Potulickiej. Brałam udział nie tylko w samej premierze, ale wtedy – jeszcze jako dziecko – spędzałam czas nieustannie w operetce, także podczas prób i wszelkich ćwiczeń. Dzięki temu nauczyłam się całej „Zemsty” na pamięć. Tamta premiera odbyła się w języku polskim za tłumaczeniem Juliana Tuwima. Obecna śpiewana jest w języku niemieckim, a widzowie poznają treść dzięki napisom na telebimie. Tylko partie mówione są w języku polskim. Czy to lepiej? Dzieło jest wystawiane w oryginale, co więcej dzięki temu można je wystawiać za granicą. Z drugiej strony czytanie napisów powoduje pewien dyskomfort.

W 1958 w rolę Franka, dyrektora więzienia wcielił się Jacek Nieżychowski, stąd teraz patrzyłam na tę postać ze szczególnym sentymentem. Piotr Kędziora, który teraz gra Franka doskonale sobie poradził. Tak samo jak Wiesław Łągiewka, który w roli Froscha, strażnika więziennego był szalenie zabawny. To jedyna rola nie śpiewana, czyli czysto aktorska. Trudne zadanie – a wykonane świetnie – było przed Lucyną Boguszewską, bo grana przez nią postać Rosalindy ma dość trudne partie. W rolę Adeli, którą w 1958 roku wykonywała Irena Brodzińska wcieliła się Justyna Reczeniedi. To chyba najtrudniejsze porównanie, bo Brodzińska była niekwestionowaną gwiazdą naszej operetki, jeżeli chodzi o urodę, temperament sceniczny i urok. Posiadała pewien magnetyzm sceniczny, który powodował, że widownia nie mogła oderwać od niej oczu. I w tych kwestiach pozostała faworytką, choć trzeba przyznać, że Reczeniedi bardzo dobrze poradziła sobie wokalnie z rolą. To z kolei jej zdecydowany atut.
Niestety, czasem orkiestra zapominała, że jest akompaniamentem dla solistów, co jest szczególnie ważne w tak trudnych warunkach jak namiot, gdzie nie ma kanału orkiestrowego. Gdy w II akcie śpiewał książe Orlofsky – w tej roli dobry kontratenor Michał Sławecki – trudno było mu czasami konkurować z całą orkiestrą.

A całość? Bardzo dobry balet, wartka akcja, szybkie tempo, dobra reżyseria i scenografia. Co ważne spektakl utrzymany w tradycyjnej scenografii, takiej jak pierwotnie. To wielki plus w czasach, gdy dość często odchodzi się od tradycyjnej formuły na rzecz nowoczesnych interpretacji. A operetka powinna być operetką, czyli światem bajki i to z innej epoki. Tak też było na szczecińskiej premierze, zarówno tamtej i tej dzisiejszej.

Aleksandra Nieżychowska – Stankiewicz, córka Jacka Nieżychowskiego, założyciela i pierwszego dyrektora operetki.

Prestiż  
Marzec 2012