Truskawka z Playboya

Kwiecień to prawdopodobnie najbardziej kuchenny miesiąc w roku. I nie mam na myśli wyłącznie tej cudnej okazji do biesiady, jaką przynoszą święta Wielkanocne. Bardziej podnieca mnie kulinarna tęsknota za nowalijkami, za kolorami warzyw i owoców na ryneczku, wreszcie za nadciągającymi sezonami truskawek, czereśni, szparagów…

Autor

Szymon Kaczmarek

To od tego miesiąca na wyciągnięcie ręki mamy czas zrywanych prosto z krzaka pomidorów, pogryzania ogóreczków ledwie otrzepanych z piachu i chłodnika na młodziutkiej botwince.

Powiecie: „przecież pomidory od lat są przez cały rok. Zresztą, tak samo truskawki i młode ziemniaki” Są. I niech sobie będą. Jakoś tak skonstruowany jestem, że nie kuszą mnie te cuda ogrodnictwa. Importowane truskawki przypominają mi nieco dziewczyny z „Playboy’a”: niby wszystko się zgadza i wszystko na miejscu, ale jakiś fałsz i oszukaństwo zaczajone. I w jednym i w drugim przypadku wolę naszą, rodzimą produkcję.

Kwiecień, nie bacząc na to co pogoda wyprawia za oknami, to początek ptasiej wrzawy o poranku i niespodziewanego zielenienia się świata w miejscach niespodziewanych. Jak bowiem nazwać  ogrodowe stylisko od grabi puszczające sześć zieloniutkich pąków?       To miesiąc pierwszych kawiarnianych ogródków, tak nieśmiało wystawianych przed szczecińskimi pubami. Dla mnie, człowieka o śródziemnomorskim charakterze, wysiadywanie w słoneczku nad „kawą” i świeżą gazetą jest zajęciem tyleż wyczekiwanym, ile ukochanym. Podczas koleżeńskich obserwacji znad chmielowej kawy widać w końcu, że nie wszystkie Dziewczyny wymarzły zimą. Że czekać było warto na wiosenne odpakowanie i widok cieszący (już tylko) starcze oczy.

To wreszcie miesiąc odkurzania grillów!

Kto zapobiegliwie natłuścił i sprawnie zapakował na zimę, ten dziś będzie pierwszym w gotowości bojowej, przepraszam: grillowej. Kto zaś zaniedbał koniecznych czynności, musi zabrać się za odrdzewianie, odkurzanie i mycie sprzętu, bez którego współczesny Polak nie ma weekendu.

Jest kilka żelaznych zasad konserwacji żelaznego grilla, ale jedna najważniejsza: w żadnym przypadku nie używajcie do mycia detergentów!!! Wypłukują one tłuszcz absorbowany przez metal i konserwujący najlepiej nasze urządzenie. Tłuszcz zabezpiecza je przed rdzewieniem, a w przypadku żeliwnych garnków i patelni, z czasem pozwala na smażenie na coraz mniejszej ilości tłuszczu. To nie ja taki cwany jestem, lecz te właściwości poznali już Chińczycy i to na długo przed grillową modą w naszym kraju.

Przyznam, że mój ruszt, którego używałem przez wiele lat, nigdy nie widział wody, a najtrudniejsze nawet do smażenia mięsa nigdy nie przywierały i nie przypalały się. Tajemnica w dokładnym oczyszczeniu szczebelków tuż po grillowaniu, wytarciu do sucha i śmiałym nasączeniu ich tłuszczem roślinnym.

Mam dziś, pisząc te słowa, ogromną nadzieję, że w czasie gdy do Was dotrą, pogoda sprzyjać będzie pierwszym, tegorocznym spotkaniom ogrodowym.
Równo rok temu podawałem Wam przepis na bogracz – rodzaj węgierskiego kociołka, który służy do przyrządzania potraw nad ogniskiem. W tym roku, ceniąc sobie różnorodność smakową w grillowanych daniach, kilka słów o szaszłyku YANGH-MINH.

Składniki: piersi drobiowe, kiełbasa zwyczajna, boczek wieprzowy wędzony, cebulki małe, kolorowa świeża papryka, żółty, twardy ser, oliwa z oliwek, ulubione przyprawy.

Składniki marynaty: oliwa, sok z cytryny, oregano, bazylia.

Mięso pokroić w równe kawałki (kurczak w kostkę równą plasterkom kiełbasy) Marynować przez trzy godziny wyłącznie drób. Nadziewać na  namoczone w wodzie drewniane szpadki naprzemiennie, mięso, cebulkę, warzywa. By mięso było dobrze usmażone, a warzywa nie spalone, zdradzę Wam pewien trick. Otóż, warzywa kroję na większe i grubsze kawałki i namaczam je przez godzinkę w zimnej wodzie. Na nasz szaszłyk pod koniec smażenia kładziemy pasek sera i posypujemy mieszanką ulubionych przypraw.  Aha! I nie zapominajcie nigdy podczas grillowania o całych główkach czosnku. Położone gdzieś z boku, nawet trochę wcześniej niż szaszłyki, niech  dochodzą sobie spokojnie do mazistej miękkości, wtedy ucinamy czubek z góry i wyciskamy zawartość na podsmażony chlebek. Kto zna ten smak, ten wie o czym piszę.

Zapytacie jeszcze: „dlaczego szaszłyk  YANGH-MINH? … A wiecie, że nie wiem. Zupełnie nie mam pojęcia, tak mi przyszło do wiosennej, siwej głowy.

Smacznego
 

Prestiż  
Kwiecień 2012