Czym skorupka za młodu…

Smaki dzieciństwa decydują o naszych żywieniowych preferencjach w dorosłym życiu. Zauważyłem ten fakt, z dumą konstatując, że wegetarian w mojej rodzinie nie miałem. To stąd zapewne moja miłość do posiłków niezdrowo – tłustych, tradycyjnie polskich, aromatycznych, smacznych przyrządzonych z produktów świeżych i  uczciwych…

Autor

Szymon Kaczmarek

Podczas naszych  spotkań w „Prestiżowej” kuchni wielokroć wspominałem gotowanie mojej Babci, Ojca, Mamy. Zapachy i smaki mojego dzieciństwa towarzyszyć mi będą zapewne aż do nieuchronnej chwili, kiedy to znów będę jadł tylko kaszkę manną, a i to bez kulinarnych doznań. Obserwując obecny styl życia młodych rodzin,  zastanawiam się jak swoje dzieciństwo wspominać będą dzisiejsi dziesięciolatkowie? „Ah ,zjadłbym frytki i hamburgera kupowane przez moją Babcię” - zamarzy jeden. „A ja tęsknię za ketchupem. Takiego ketchupu jaki kupowała moja Mama, to nikt tak już nie kupuje!” - załka drugi za jakieś pięćdziesiąt lat.

Już dziś wspominamy z łezką w oku kiełbasę zwyczajną, która pachniała kiełbasą zwyczajną, aromatyczny czosnek z przydomowego ogródka, czy choćby truskawkową truskawkę…a przecież boom importowanych produktów smakopodobnych trwa ledwie od dekady. Bylejakość naszego „chleba codziennego” jest podstępna i zdradliwa. Otacza nas powoli, lecz nieuchronnie. Kusi kolorami, wielkością i przystępną ceną, pozbawiając jednocześnie aromatów, wykwintności smaku i pożytku zdrowotnego. Cóż z tego, że wspomniana główka chińskiego czosnku wielka jak łeb królika? Po obraniu i roztarciu nawet rąk nie ma z czego umyć, a potrawa zamiast pikantności nabiera mdłego posmaku tablicy mendelejewa. Sałata osiągająca wielkość konsumpcyjną w hiszpańskich fabrykach „nowalijek” , może być zastąpiona z powodzeniem przez kartki czytanego przez Ciebie pisma. Różnicy smakowej nie zauważysz, choć nas możesz poczytać przy jedzeniu.
Maj to próg kulinarnych rozkoszy. Właśnie w tym wiosennym miesiącu stragany warzywne są najbarwniejsze, oferują najszerszą gamę warzyw i owoców wyczekiwanych przez nas zimą. Ale nie dajmy się zwieść ! Koperek koperkowi nie równy, a i ogórek może być Twoim wrogiem.

Kilka dni temu postanowiłem zrobić pierwszy w tym roku chłodnik. By dostać odpowiednie dla niego składniki obszedłem trzy szczecińskie ryneczki. Po prostu kolorowy zawrót głowy: świeżutkie, barwne, w obfitości nieprzebranej warzywa piętrzą się na straganach. Tyle, że czegoś tu brak? Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że nie ma tego, co towarzyszyło mi na straganach przed laty, co stanowiło najpotężniejszą zachętę do robienia zakupów: ZAPACHU !

Z niemałym trudem wyłuskałem spośród tej obfitości, wyglądające skromniej, ale za to rodzimego chowu koperek, rzodkiewkę, ogórki gruntowe, czosnek. Owszem, były wstydliwie mniej dorodne i krępująco droższe, lecz zapachniały mi latami młodości. Chłodnik na maślance wyszedł boski!

Nawiasem pisząc, jeszcze do niedawna, gdy poczułem wiosenny zew na przepyszny chłodnik szedłem po prostu na plac Lotników do „Balatonu u Eli” i tam za godziwą zapłatę otrzymywałem kulinarną poezję z dodatkiem młodych ziemniaczków okraszonych skwarkami… I komu to przeszkadzało? Tak. Byłem też kiedyś młody i komu to przeszkadzało?

Moja wrocławska Babcia, pochodząca z południowych , nadbużańskich kresów, miała zwyczaj w każdą niedzielę robić rosół. Jeśli, zgodnie z prawdą napiszę, że w piątek kupowała ŻYWĄ kurę, którą w sobotę mordował mój Dziadek o gołębim sercu, a do rosołu był ręcznie robiony makaron, to kto w tą bajkę dziś da wiarę? W dużym garnku pyrkającego, żółciutkiego rosołu pływały trzy, cztery olbrzymie oka tłuszczu, w całej kuchni roznosił się niebiański aromat przypalanej na gazie cebuli i świeżo pokrajanej natki pietruszki…Jedno jedyne ugotowane serduszko zawsze było dla ukochanego wnuka.

Mój Ojciec, którego wpływ na moje uczucia do kucharzenia i biesiadowania jest przeogromny, w ciężkich czasach przychodził z pracy i patrząc na pustawą lodówkę robił „zupę z gwoździa”. Za każdym razem jej smak był inny, zawsze przecudny. Chcecie przepis? Proszę bardzo, najprostszy: weź dużo Miłości do tych dla których gotujesz i wytęż rozum i wyobraźnię!

W  „zimną Zośkę” Jego urodziny , jak co roku pewnie byśmy biesiadowali pod jabłonką, siedząc na pniakach koło beczki - wędzarni, w której obok dobrze przygotowanej rybki, wędził by się domowy twaróg. A  my swarząc się, wspominalibyśmy i planowali kolejne uczty…

Cóż, sam zakąszę za Jego pamięć. Smacznego.