Nienawidzę swojego życia…

- Wie pani, tak naprawdę, to nienawidzę swojego życia. Przez moich rodziców. Chcieli dobrze, ale wyszło fatalnie.

Autor

Joanna Osińska

Rozmawialiśmy w przedziale właśnie o życiowych wyborach. Na ile ma na nie wpływ świadomy wybór, a na ile przypadek lub jak to woli przeznaczenie. I nagle padło to zdanie. Wypowiedział je mężczyzna sporo po czterdziestce, a więc dojrzały. Wiedział, co mówi.

– Dlaczego? – zapytałam.

– Z zewnątrz wygląda to bardzo dobrze. Jestem uznanym lekarzem. Mam rodzinę, 2 córki, żonę, dom z ogrodem, dobry samochód, drogie wakacje 2 razy w roku, rasowego psa, uznanie ludzi. Jesteśmy wprawdzie z żoną w separacji, ale nie jesteśmy wrogami. Dzieci są zdolne i mądre, a co najważniejsze – będą żyły po swojemu, będą szły wybraną przez siebie drogą. Naciskam tu na słowa: PRZEZ SIEBIE. Myślę, że moja, nazwijmy to „późniejsza tragedia” wzięła się z niespełnionych pragnień moich rodziców. Oni zawsze chcieli być: mama lekarzem, ojciec artystą. Życie jednak ułożyło inaczej. Mama nie skończyła studiów, tata został inżynierem. Wiecznie poza domem, na budowach w różnych stronach świata. Pracował dla nas, był szanowany i zapracowany, zawsze zgadzał się z mamą jeśli szło o sprawy domu i mojego wychowania. Od najmłodszych lat słyszałem: musisz zostać lekarzem! A ja najchętniej siedziałbym w muzeach i oglądał obrazy albo w galeriach, przyglądał się ulicznym artystom. Chciałem podróżować, być wolnym bez względu na trudy i niestabilność takiego życia. Widziałem jak ojciec tyra. Zawsze kojarzył mi się z uwięzionym ptakiem, który nie może wyfrunąć, bo ogranicza go klatka. Nie zdążyłem go zapytać czy był szczęśliwy. Kiedyś tylko powiedział: dobrze, że nie mam czasu zastanawiać się nad swoim życiem. To dało mi do myślenia. Mama dopięła swego. Myśląc o moim szczęśliwym i dostatnim życiu, o uznaniu środowiska – zostałem lekarzem. Tak, pomogłem wielu ludziom, ale dziś szukam siebie. Chcę uciec i nie wiem dokąd. Zawsze czułem, że robię coś wbrew własnym pragnieniom. Robię to dobrze, bo jestem obowiązkowy i odpowiedzialny, ale … Właśnie, przez całe życie to, ale…

Myślę, że dla mnie jest już za późno, żeby żyć tak, jak zawsze marzyłem. Przekroczyłem Rubikon i nie ma już powrotu do moich artystycznych marzeń niczym do francuskiej bohemy. Pamiętając o moich doświadczeniach myślę o dzieciach. Myślę żeby same wybrały, co chcą robić. Obserwuje ich zachowanie i próbuję wyłapać talenty. To do czego nadają się najlepiej. Będę im sugerował kierunek, ale nie będę niczego narzucał.

Czytałem kiedyś artykuł o indiańskich plemionach. I okazało się, że starszyzna robiła podobnie jak ja. Obserwowała bawiące się dzieci. W zabawie zdradzały swoje skłonności. Jeden był szybki, jak strzała, inny bardzo zwinny, jeszcze inny przewodził grupie.

Od tych zdolności brały się potem szczególne indiańskie imiona i miejsce w społeczności. Proste i genialne. To byli szczęśliwi ludzie. Żyli w zgodzie ze sobą i otoczeniem dopóki nie zniszczyła ich zachodnia cywilizacja białego człowieka. A teraz my staliśmy się niewolnikami tej cywilizacji. Ciekawe, jednak jest sprawiedliwość na tym świecie. Indianie zostali pomszczeni.

Nastała chwili ciszy i zastanowienia…

– I jeszcze mam dla pani 2 pytania. One są dla mnie trochę, jak terapia. Proszę odpowiedzieć na nie „w sobie” od razu, bez zastanowienia:

1. Kim jesteś?

2. Kim nie jesteś?

Analiza takich pytań bardzo mi pomogła, choć wiem, że przynajmniej na razie zostanę własnym więźniem – lekarzem, bo tak zaprogramowali mnie rodzice w swojej miłości.

Sentencja warta przemyślenia: Quo vadis, czyli dokąd zmierzasz człowieku?

Przepis: Truskawki i kieliszek szampana. Do tego mądre towarzystwo i ciekawe rozmowy. Danie, że palce lizać.

Do zobaczenia w następnej podróży…