Skazany na plakat

Krowie gówno potrafi być dla niego poezją, a reklama zagrożeniem dla inteligencji. Najlepiej odpoczywa z samym sobą, a inspiracji szuka w zwykłych ludziach. Choć na koncie ma sporo nagród, wciąż pozostaje skromnym człowiekiem, z ogromnym dystansem do świata. Leszek Żebrowski – plakacista, jakich mało.

Autor

Izabela Marecka

By dostać się do pracowni Leszka Żebrowskiego trzeba pokonać dziewięćdziesiąt stromych schodów kamienicy przy ul. Ofiar Oświęcimia. Podobno lubi mierzyć swoim gościom czas, w jakim wdrapują się do jego pracowni.

– Absolutnym rekordzistą był student, który biegł jak na skrzydłach po wpis do indeksu i bał się, że się rozmyślę i nie dam mu zaliczenia- śmieje się Leszek Żebrowski.

Sam o sobie mówi, że jest mistrzem artystycznego nieładu. Faktycznie w pracowni nie ma kawałka wolnego miejsca, aby ją zwiedzić trzeba się przedzierać przez książki, płyty, instrumenty, kasety, zaschnięte pędzle i przeróżne bibeloty.

– Ostatnie piętro bywa uciążliwe, ale ma też swoje dobre strony, bo zanim delikwent dotrze, zdążę nieco uprzątnąć nieład, który tu panuje. Zauważyłem, że czasem klienci kupują od razu żeby tylko nie przychodzić tu ponownie – żartuje artysta.

Od czasu do czasu jednak budzi się w nim sumienie i postanawia ogarnąć swój kawałek podłogi. Pamięta, że kiedyś chciał nawet zatrudnić siłę fachową, panią z okolic Kijowa, jednak jak tylko weszła, zmierzyła wzrokiem pracownię i ze słowami „nie nada” oddaliła się pospiesznie. Nie ma tu balkonu, ale jest za to wyjście na dach, gdzie można spacerować między kominami. Można tam się opalać lub wystawić krzesła i zjeść romantyczną kolację z przyjaciółmi.

-To azyl w którym się możesz ukryć, gdy życie kopie cię zbyt często i zbyt mocno w tylną część ciała – mówi.

Kompletny wariat

Żebrowski znany jest jako twórca około 400 plakatów, głównie o tematyce kulturalnej. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, między innymi: Głównej Nagrody na Międzynarodowym Triennale Plakatu w Mons, srebrnego medalu w Teheranie, brązowego medalu w Warszawie oraz nagrody za plakat na 7 Golden Bee w Moskwie. To tylko niektóre z ponad 30 nagród. „Facet ma łapę” tak mówią o nim koledzy- artyści. Jest też doskonałym malarzem, grafikiem, rysownikiem. Fascynuje go człowiek, ale nie ten piękny, ugrzeczniony „fotoszopem”. Cechą charakterystyczną wielu jego prac są wielkie przerażone oczy, niczym z obrazów Witkacego. Gapią się, wabią, przykuwają wzrok oglądającego, a czasem przerażają.

– „To wariat, kompletny wariat!” tak powiedział ktoś kiedyś o Leszku. I brzmi to jak najprawdziwszy komplement! Nie znam autora, który byłby tak pochłonięty przez plakat – mówi kolega Żebrowskiego, profesor Florian Zieliński, wykładowca Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. – Głównym przedmiotem jego zainteresowania jest człowiek, wewnętrznie splątany, nie rozumiejący siebie, agresywny. W miejsce młodości i urody artysta fascynuje się bardziej przemijaniem, ukazuje ludzi starych i pomarszczonych na kształt postaci Hieronima Bosha z jego groteskowym, szpetnym światem.

Jego plakaty to także poszukiwanie ludzi podobnie myślących, nadwrażliwców, którym nie wystarczają kolorowe idealnie wyretuszowane twarze z reklam.

– Może zostało jeszcze paru osobników nie dających się zmrówczyć medialnemu terroryzmowi. I właśnie oni są tego warci – uważa Żebrowski.

Stary burdel gwarancją perfekcji

Swoją artystyczną drogę rozpoczął w Szczecinie, rodzinnym mieście. Tutaj skończył liceum plastyczne, a potem wrócił po studiach na Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku.

– Kiedy byłem mały zaraziłem się wirusem Toulouse – Lautreca (francuski malarz i plakacista – dop. red.) i zostałem skazany na plakat – opowiada o swojej inspiracji. – Plakat nie jest najważniejszą rzeczą w życiu, są ważniejsze, ale właśnie to on gwarantuje bezpośredni kontakt z każdym widzem i dociera najszybciej do jego umysłu. Chyba dlatego zdecydowałem się na tę dziedzinę.

Dzieciństwo spędził na wsi, co także ma ogromny wpływ na jego twórczość. Wychowywał się tam i zakochał w koniach i jak mówi potrafi je narysować w każdych warunkach i na wszystkim.

– Jednak rysowanie koni w naszym środowisku uchodzi za rzecz niemodną – uważa. – Kiedyś chciałem zrobić wystawę na temat koni, ale teraz, kiedy się zdecydowałem doszedłem do wniosku, że byłoby to epitafium, bo koni już praktycznie nie ma.

Przełomowy w jego życiu był Gdańsk w którym odebrał świetną szkołę rysunku i typografii, miał tam profesora, który uważał, że zawsze trzeba pracować w każdych warunkach, nawet pod bombami.

– Mieszkaliśmy we czterech w małym pokoiku w starym burdelu przerobionym na akademik w Sopocie – wspomina artysta. – Były tam warunki delikatnie mówiąc mało cywilizowane, a on od nas wymagał, żeby nasze prace były wykonane perfekcyjnie. Odrzucał bez mrugnięcie okiem te z najmniejszym błędem. Dlatego dzisiaj potrafię w każdych warunkach malować i rysować.

Po studiach powrót do Szczecina był trudny. Nie miał pracowni, pieniędzy, urodziło mu się dziecko.

– Leszek był jednak twardzielem, pracowitym twardzielem – wspomina kolega Żebrowskiego, artysta – plastyk profesor Grzegorz Marszałek.- Pojawiły się pierwsze lokalne wyróżnienia i nagrody. Kto wie, czy to one nie zdecydowały o jego dalszej drodze twórczej.

W latach dziewięćdziesiątych zaczął realizować plakaty monochromatyczne. Stworzył własną technikę polegająca na rysowaniu bezpośrednio na płycie offsetowej i regulacji czasu naświetlania. Bez retuszu komputerowego, w jednym kolorze i z własnym liternictwem jego plakaty bardzo wyróżniały się na tle innych. Powstały ich ogromne ilości i z czasem stały się znakiem rozpoznawczym artysty.

– Oczywiście mógłbym robić literki śliczne z komputera, dobrać kroje z tysiąca wzorców, ale to by było za łatwe- mówi.- To mój prywatny sposób na uczłowieczenie grafiki wydawniczej.

Daleko od cywilizacji

Gdy nie pracuje, lubi odpoczywać w małej wsi Szelków, gdzie po rodzicach odziedziczył ogród z drewnianą chałupą pokrytą słomianą strzechą. To 550 kilometrów od Szczecina, jest tam zupełnie inny świat i blisko do Biebrzy, zaczarowanej rzeki, gdzie można jeszcze się zagubić w zielonym cudzie bez ludzi. Jedzie tam ze swoją żoną Miruchą (tak ją pieszczotliwie nazywa), lub po to by po prostu doładować akumulatory. – Tu nawet krowie gówno jest dla mnie poezją – dodaje.
Tam zostawił swoje serce, co widać i czuć w jego plakatach. Sentymentalizm, zadumany wiejski kicz, twarze ludzi nie do kupienia, żal, zaduma i smutek. To jest inne niż współczesna sztuka starająca się nas zaszokować za wszelką cenę.

– To dalekie od cywilizacji, świata mediów, gdzie durna reklama mnie obraża bo traktuje człowieka jak debila środowiskowego, którego można kupić byle koralikiem – mówi dobitnie. – Obok tego wymuskanego medialnego świata pełnego szczęśliwości i słodkiego życia istnieje świat realny i zwyczajny pełen zwykłych ludzi kochających i cierpiących. Dla mnie jest on piękniejszy i ciekawszy choć brzydszy kiczowaty i straszniejszy.

Czy jest dla niego plakat? To sztuka, która daje mu niezależność. Nie musi się ubiegać o dotacje u sponsorów, bo plakat jest sztuką użytkową funkcjonującą na czytelnych zasadach ekonomicznych. Co istotne, może odmówić, gdy mi nie odpowiada zlecenie. W plakatach przekazuje cząstkę siebie. Dzięki nim rysuje to, czego nie potrafi powiedzieć.

– W czasach kiedy Doda jest najlepsza piosenkarką, Woody Allen najlepszym jazzmanem, a seriale zastępują życie osobiste, moje plakaty z własnym liternictwem, podpatrujące tylko zwyczajne życie mogą jeszcze kogoś zainteresować? Mam nadzieje, że tak.

Prestiż magazyn szczeciński
6( 57)
Czerwiec'12