Potęga i basta!

Autor

Krzysztof Bobala

 

Uwielbiam Paryż późną wiosną. Tak z ręką na sercu to uwielbiam Paryż zawsze, ale w maju i czerwcu to chyba najpiękniejsza stolica świata. Kwitnące kasztany, magnolie i wszystkie drzewa, których gatunków określić nie umiem sprawiają, że spacer po stolicy Francji staje się zawsze niezwykłym przeżyciem. Nawet jak pada. Ale oczywiście w dziale o sporcie nie będziemy zajmować się pogodą, botaniką czy nawet dendrologią, a sportem właśnie. Paryż odwiedziłem wielokrotnie. Wiem gdzie warto zajrzeć na obiad, a gdzie na kolację. W której knajpie najlepiej spędzić późny wieczór czy nawet noc, bo grają tam do rana super muzykę „na żywo” i gdzie można zjeść najwspanialsze moules. Ale moje łażenie po Paryżu zawsze kończy się w jednym miejscu. I nie jest to Luwr. Wsiadam do metra i czekam kiedy na peronie kolejnej mijanej stacji pojawi się napis Porte d’Auteuil. To tutaj. Trzeba wysiąść, przejść jeszcze kilkaset metrów w pięknej, niezwykle zielonej, willowej dzielnicy i już jest. Obiekt tenisowy imieniem Rolanda Garrosa. Obok londyńskiego Wimbledonu najbardziej znana arena tenisowa na świecie. Wielki, piękny i z takim charakterem, który podkreśla historię, zarówno samego miejsca jak i całego francuskiego tenisa. Ba, co tam francuskiego – światowego tenisa. Muzeum ze wspaniałą kolekcją plakatów reklamujących praktycznie każdą edycję French Open, starymi rakietami i fragmentami kolekcji ubrań największych gwiazd, które przez lata przewinęły się przez te paryskie korty. Jedyne korty z mączki ceglanej, na których jest rozgrywany cykl Wielkiego Szlema, czyli czterech największych turniejów na świecie (pozostałe to Wimbledon, US Open i Australia Open, rozgrywane na trawie i nawierzchniach typu hard), stare budynki i wielkie mosiężne figury tych największych gwiazd francuskiego tenisa – Suzanne Lenglen, czy muszkieterów: Rene Lacoste, Jacques Brugnon, Jean Borotra, Henri Cochet.

No i ta atmosfera, której nie zaznasz czytelniku na żadnym innym tenisowym obiekcie na świecie. Z jednej strony elegancja, piękne stroje, prześliczne kobiety, woń perfum i eleganccy mężczyźni w słomkowych kapeluszach. Z drugiej strony francuski luz, prawie szowinistyczne dopingowanie swoich i radosna fala na trybunach kojarząca się raczej z obrazkami znanymi z piłkarskich mundiali. To wszystko tylko tutaj. Kiedy bywałem tam kilka lat temu zazdrościłem Francuzom tego obiektu, tego turnieju, tej historii, ale też tego, że zawsze mieli kogo dopingować. Henri Leconte, Yannick Noah, Guy Forget, Cédric Pioline, Fabrice Santoro wcześniej i Jo-Wilfried Tsonga, Richard Gasquet czy Gilles Simon obecnie, to zawodnicy okupujący miejsca w pierwszej dziesiątce rankingu ATP.

A my Polacy mogliśmy tylko przyglądać się sukcesom i podziwiać system szkolenia we francuskim tenisie. Ale wreszcie i dla nas przyszły dobre czasy. Do sukcesów Agnieszki Radwańskiej mogliśmy się już wprawdzie przyzwyczaić, ale, że młodsza o dwa lata siostra Isi Urszula „wyrzuci” z turniejowej drabinki Roland Garros samą Venus Williams, tego się chyba mało kto spodziewał. Wiele się dobrego zdarzyło w ostatnim okresie dla polskiego tenisa. Awans do Grupy Światowej w rozgrywkach Pucharu Davisa i Pucharu Federacji naszej męskiej i kobiecej reprezentacji to sukces nie lada, ale fakt, że w turnieju głównym tegorocznego Roland Garros wystąpiła w singlu aż piątka naszych asów to budzi już respekt. Piszę ten felieton w pierwszych dniach paryskiego turnieju, ale piszę z dumą, bo prawie wszyscy awansowali do kolejnej rundy po rozegraniu swoich pierwszych pojedynków. Tak jeszcze nigdy w historii się nie zdarzyło. Już nie musimy wspominać turniejów z udziałem Wojtka Fibaka, czy sukcesów Jadwigi Jędrzejowskiej. Powoli stajemy się jedną z tenisowych potęg i pewnie potrzebujemy jeszcze trochę czasu i jakiś większy worek z pieniędzmi, ale idziemy w dobrym kierunku i tak się stanie. Potęgą będziemy i basta! 

Prestiż magazyn szczeciński
3( 61)
Czerwiec'13