Zdrady nie będzie

Autor

Krzysztof Bobala

Kiedy przymierzałem się do tematu mojego felietonu do lipcowego numeru Prestiżu wszystko pięknie układało mi się w głowie. Miało być ciekawie i to o dyscyplinie, o której jeszcze nigdy nie wspominałem, a która ostatnio zagarnęła troszeczkę czasu z mojego życia. Do tematu musimy jednak wrócić nieco później. No bo jak mógłbym to właśnie teraz zrobić ukochanemu tenisowi. Zdrady nie będzie. Moja fascynacja, ba nawet zauroczenie „białym sportem” sięga roku 1973 czy może 1974 (tak, tak, niektórzy nie uwierzą, ale wtedy w Polsce też grano w tenisa).

Zaczątkiem mojego uczucia nie był wcale Wojtek Fibak (ostatnio pewnie wszyscy tak mówią), a doskonały włoski tenisista Adriano Panatta. Telewizja publiczna, na jednym z dwóch dostępnych wtedy kanałów, z nieznanych mi do dzisiaj powodów relacjonowała jakiś mecz Pucharu Davisa, w którym rywalizowała właśnie włoska drużyna i zaiskrzyło. Miłość trwa do dzisiaj. I tak jak w realnym związku są okresy lepsze i gorsze. Jednak to co przeżywam w ostatnich dniach porównać można chyba tylko do „miodowego miesiąca”.

Pierwszy tydzień lipca co roku spędzam w ośrodku Sandra Spa w Pogorzelicy, gdzie prowadzę turniej dla blisko trzydziestki wspaniałych polskich aktorów i artystów estradowych zapraszanych przez Adama Grochulskiego, którzy przez cztery dni walczą o tytuł najlepszego tenisisty w tym towarzystwie. Od jedenastu lat te same twarze, z każdym rokiem podnoszący się poziom tego aktorskiego, lecz ciągle bardzo amatorskiego tenisa i mnóstwo naprawdę emocjonujących pojedynków. W tym roku jednak było jakoś inaczej. Artyści to wielkie dzieci i trzeba dużo cierpliwości, aby wytrzymać ich zachcianki czy humory. A tu szok!.

Żadnego narzekania na porę rozpoczynania meczy, nieprawdopodobna dyscyplina na samych kortach, ale też podczas tradycyjnych wieczornych spotkań integracyjnych. A wszystko po to, aby poczuć się częścią tej tenisowej społeczności, zdążyć na mecz i wspólnie celebrować to prawdziwe święto polskiego sportu. To w końcu drugi, finałowy tydzień Wimbledonu, ale tym razem, po raz pierwszy w historii, z czwórką Polaków ciągle w grze. I ta rosnąca z każdą godziną tenisomania. Codziennie odwiedzały nas mikrofony i kamery najważniejszych stacji radiowych i telewizyjnych. Po jednej stronie kortu, przed kamerą TVN-u pręży się Marcin Daniec, a na przeciwko „publiczna” przepytuje Jana Englerta. Za chwilę zmiana rozmówców i tak dzień w dzień. Czujemy się niezwykle ważni. Dotyka nas ta odrobina szaleństwa, które wstrząsa polskimi mediami, a w ślad za nimi całym polskim społeczeństwem. Tłumy wczasowiczów zamiast opalać się na plaży wolą dopingować Isię czy Jerzyka przed licznymi telewizorami w nadmorskich pubach.

Jeszcze niedawno każdy z nas skakał jak Małysz, dzisiaj wszyscy są tenisowymi trenerami. Komentatorów tego pięknego sportu jest już więcej niż grających. I to bardzo dobrze. Mówmy o tym jak najwięcej. W mediach, pubach i domach. Zmusimy w ten sposób do działania osoby odpowiedzialne za sport i bezpośrednio tenis. Tylko w ten sposób zauważą go politycy, sponsorzy czy działacze. Tylko tak działając doczekamy się dobrego systemu szkolenia młodzieży. Tylko tak wychowamy kolejną Radwańską, Janowicza czy Kubota. A to da nam kolejny „miodowy miesiąc” dla ukochanego tenisa. 

PS. Pisząc ten tekst byłem mocno rozchwiany emocjonalnie. Trochę smutny, bo niestety kilka godzin wcześniej Agnieszka przegrała półfinał z Sabiną Lisicki i pełen nadziei na sukces Jurka Janowicza, najpierw w starciu z Andy Murrayem a potem w meczu finałowym. Wygrał?

Krzysztof Bobala

Prestiż magazyn szczeciński
4( 62)
Lipiec'13