Skrzypek bez dachu

Nie wygląda jak muzyk klasyczny tylko raczej jak gwiazda rocka. Tatuaże, bezpretensjonalny sposób bycia, uśmiech zaprzeczają stereotypowemu wyobrażeniu kogoś, kto gra całymi dniami gra na skrzypcach. A Łukasz Górewicz gra na nich doskonale i jeszcze komponuje. I kocha to co robi.

Autor

Aneta Dolega

Wszystko zależy od priorytetów, którymi się kierujesz się w życiu. Dla mnie zawsze na pierwszym  miejscu była praca, zwłaszcza ciekawa praca” – mówi. Spotykamy się słonecznym porankiem przed Akademią Sztuki, gdzie Łukasz kończy studia.

 Podobno skrzypce traktujesz lepiej niż kobiety?

 Naprawdę? (śmiech) Może czasami poświęcam skrzypcom dość sporo czasu, ale nie. Bez przesady, nie jest tak.

 Wybór instrumentu to był świadomy wybór czy kwestia przypadku?

W którymś momencie moja mama mnie nakierunkowała w wyborze instrumentu, wcześniej grałem na fortepianie, który zresztą uwielbiam. Spojrzała na to pod kątem czysto praktycznym, tak mi się przynajmniej zdaje (śmiech). Otóż, skrzypkowi łatwo jest znaleźć pracę na całym świecie, jest i zawsze będzie zapotrzebowanie na skrzypków w orkiestrach. Ponadto dobry skrzypek zawsze sobie poradzi, nie znając nawet dobrze języka w kraju w którym akurat mieszka. Te argumenty przesądziły o moim wyborze. I faktycznie tak jest. 

Prywatnie jesteś melomanem muzyki, którą grasz na co dzień?

Nie mam się aż za tak wielkiego melomana muzyki klasycznej. Żeby ją pojąć, na pewno trzeba być wrażliwym, mieć wiedzę i serce. To jest muzyka bardzo wymagająca. Jeśli sięgniesz to literatury symfonicznej to masz szanse zetknąć się z takimi utworami, które powalą cię na kolana. 

Przed czym ostatnio padłeś na kolana?

 Po raz kolejny jest to Igor Strawiński. Pomimo, że go znam od bardzo dawna i grywam jego utwory to za każdym razem zetknięcie się z jego twórczością jest jak odkrycie nowego kontynentu. Słuchając tzw. muzyki wyższej obcujesz z geniuszami, rozwijasz się, poszerzasz swoje horyzonty. Czasami przechodzisz sam siebie i wchodzisz na kolejny poziom swojego rozwoju, także jako artysta.

 Czyli komponowanie to ten kolejny poziom?

Od bardzo wczesnych lat szkolnych zajmowałem się muzyką improwizowaną, jazzem. Improwizacja jazzowa polega na wymyślaniu swoich partii na bazie napisanych tematów. To naturalnie doprowadziło mnie do komponowania. Kompozycję traktuje jako swoje hobby, daje mi to wolność. Komponuję dla przyjemności, z potrzeby ducha. Bardzo mnie to absorbuje.

  Melodia nowego życia

Psychologia i mistyka, poznawanie ludzkiej natury, prawdziwej tożsamości. Do druga pasja Łukasza. Przyznaje, że jest poszukiwaczem siebie i ta podróż cały czas trwa.

W jakim aktualnie momencie tej podróży się znajdujesz?

 A w takim, że wkrótce zostanę ojcem. Obcowanie z nowym życiem, pewnym rodzajem energii związanej z bliskością, rodziną i miłością, może być inspiracją do dalszych poszukiwań twórczych. Myślę, że te dwie sfery życia będą się uzupełniać.

 Przyszła rola ojca przeraża czy ekscytuje?

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem bardzo podekscytowany tym, co się za chwilę wydarzy, z drugiej pojawia się element niepewności, gdyż jest to mój tzw. pierwszy raz. Myśląc wcześniej o ojcostwie czułem, że do tego jeszcze nie dorosłem, że się nie nadaję. Jednak pasjonuje mnie obserwowanie niemowlaków i obcowanie z nimi. Jest w tym coś bardzo mistycznego. W takich momentach obawy schodzą na bardzo daleki plan.

 Łatwo będzie ci pogodzić obie sfery życia?

Moja praca zawodowa jest po części tu w Szczecinie, natomiast mój synek urodzi się w Berlinie, więc dzielę życie na oba te miasta.  Jestem w ciągłym ruchu, ale myśląc o przyszłości będę się pewnie przemieszczać razem ze swoją rodziną na razie na przestrzeni Szczecina i Berlina.  Może z czasem gdzieś dalej. Ciekawym przykładem takiej rodziny jest związek Brada Pitta i Angeliny Jolie, którzy mając furę dzieci jeżdżą po całym świecie w zależności od tego gdzie akurat kręcą film. Oczywiście są bardzo bogaci i ich na to stać, ale gdyby spełniły się moje marzenia zawodowe to, kto wie.

Marzenia zawodowe?

No wiesz, chodzi o realizowanie własnych projektów muzycznych, takich jak np. komponowanie muzyki do filmów, spektakli tanecznych czy jakiś  innych ciekawych wydarzeń. Zdarzyło mi się parę takich w życiu. Robiąc własne rzeczy mogę realizować się na różnych płaszczyznach. Począwszy od komponowania, poprzez granie a skończywszy na produkcji i dobieraniu ciekawych artystów do współpracy. Jestem na etapie szukania menagera czy może agencji, która ogarnęłaby mnie organizacyjnie, tak bym mógł mieć możliwość takich działań. 

W drodze

Studia zaczął zaraz po maturze, w Warszawie. Później się przemieszczał z miejsca na miejsca. Nauka była tam gdzie była praca. Aktualnie dzieli życie pomiędzy dwa miasta.

Wspomniałeś o swoim przemieszczaniu się pomiędzy Szczecinem a Berlinem. Jak z perspektywy Berlina wygląda Szczecin?

Widać różnice w postępie cywilizacyjnym pomiędzy tymi miastami. W Berlinie dość silnie stoi klasa średnia, która dopiero w Polsce się tworzy. Przez to też zapotrzebowanie na kulturę jest wielkie. W Szczecinie, co przede wszystkim mnie uderza, kiedy tu wracam, zapotrzebowanie jest minimalne. Myślę, że częstym powodem takiego stanu rzeczy nie jest to, że nie chcemy uczestniczyć w kulturze, tylko to, że jesteśmy zajęci tzw. walką o przetrwanie. Szkoda, bo w Berlinie kultura jest widoczna wszędzie, nawet na ulicy, jest dostępna dla wszystkich. Druga rzecz to, że twórcy w Berlinie mają o wiele lepsze warunki życia. Są istotni dla społeczeństwa i państwa. Natomiast artyści w Szczecinie mają dość ciężko. Pomagają im przetrwać chyba duże pokłady wiary, samozaparcia i entuzjazmu dla tego co robią. Naprawdę warto ich cenić, należy wręcz. 

Pracujesz z nimi.

Tak, pracuję tu głównie z moimi bliskimi kolegami, mam na myśli Baltic Neopolis Orchestra czy np. chłopaków z Fractal Tree. Nasza praca jest wielowymiarowa, łączymy prywatną sympatie i wspólny cel, by coś z tą kultura u nas zrobić. Nawet jak jest nam ciężko pod względem materialnym to ten aspekt towarzyski i cel są dla nas dużą motywacją. I to chyba głównie  z tych względów jeszcze działam zawodowo w tym mieście. Poza tym ciągle w wierzę w to, że będzie tu coraz lepiej.

Korzenie pod skórą

Muzyka, mistyka… tatuaże. Jest ich fanem. Legendarnego aktora Heatha Ledgera, filmowego Jokera, nosi na ramieniu. 

To ktoś w rodzaju idola?

To był przeze wiele lat mój ulubiony aktor, którego traktowałem emocjonalnie jak swojego brata. Miałem z nim jakąś taką dziwną więź. W muzyce taką postacią był Sting, którego podświadomie traktowałem jak swego ojca. Kiedy dowiedziałem się o śmierci Ledgera to poczułem się jakbym stracił kogoś z rodziny. Decyzja o tatuażu była więc spontaniczna. I gdybym się w pewnym momencie swojego życia nie zatrzymał to prawdopodobnie miałbym całe ciało wytatuowane. Tatuaże nie mają nic wspólnego z muzyką. To sięga naszych korzeni, nasi przodkowie się tatuowali. To był symbol czegoś ważnego, szczególnie dla mężczyzn. Sam proces tatuowania jest dość mocny i niezwykły, wchodzi się w pewien osobliwy kontakt z osobą która tatuuje. Jest w tym coś głębszego, mimo iż ma to duży związek z cielesnością. Tatuaże mają również duchowe znaczenie.

Dziękuję za rozmowę

 

Łukasz Górewicz, klasyczny i awangardowy skrzypek i kompozytor. Urodzony w Szczecinie, studiował w Warszawie, we Wrocławiu, na Uniwersytecie Szczecińskim, obecnie na Akademii Sztuki w Szczecinie. Współtworzył  muzykę m.in z Grupą 3 metry, Tomkiem Gwincińskim, Tymonem Tymańskim.  Gra Filharmonii Szczecińskiej, zespole kameralnym Baltic Neopolis Orchestra oraz w grupie Sin City Tribe. Współpracuje z Operą na Zamku. Koncertował m.in. w Japonii, Korei Południowej i  USA (Carnegie Hall, Nowy Jork). Jest autorem muzyki filmowej i teatralnej. Jego kompozycja „Freedom Symphony”, której premiera uświetniła obchody Sierpnia’ 80 w Szczecinie, zebrała doskonałe recenzje. 

 

 

Prestiż  
Lipiec 2013