Szczecin jest we mnie

Mogła być śpiewaczką operową, ale zdecydowała się na muzykę pop. Kiedyś cała Polska nuciła jej „Diamentowy kolczyk” i „Zima lubi dzieci”. Co porabia dziś Anna Jurksztowicz i dlaczego unika szumu medialnego? Specjalnie dla Prestiżu zgodziła się na rozmowę o przeszłości i teraźniejszości.

Autor

Daria Prochenka

Wlatach 80. zaśpiewała Pani wiele przebojów, później piosenki w serialach i… zniknęła Pani ze sceny. Czy tak pochłaniające było macierzyństwo?

Anna Jurksztowicz: Rzeczywiście, kiedy miałam małe dzieci pracowałam mniej, zwłaszcza rezygnowałam z pracy, która wiązała się z podróżowaniem, ale to nie prawda, że w ogóle zniknęłam ze sceny. Nagrywałam piosenki do filmów, seriali, śpiewałam dzieciom dla produkcji Disney’a. Oprócz prowadzenia domu, prowadziłam też biznes, założyłam moją firmę publishingową, produkowałam muzykę do filmów, reklam oraz promowałam twórczość innych artystów.

Wielu artystów hołduje zasadzie „nieważne jak, byleby mówili…”. O Pani nie jest głośno w mediach. Celowo? 

Nie unikam rozgłosu. Nie potrafię jednak się przełamać, aby opowiadać o swoim życiu osobistym, a jak wiadomo to jest towar, który najbardziej interesuje media. Wiele razy rezygnowano z wywiadu ze mną, gdy mówiłam, że chcę rozmawiać o muzyce. 

Jest Pani wydawcą i producentem muzycznym. Czy trudno jest wejść w taką rolę, gdy wcześniej było się na pierwszej linii, na scenie?

Chyba łatwiej. Ale kiedy produkuję duże koncerty czy festiwale, to przeważnie sama na nich nie występuję, bo nie potrafię się skoncentrować na obydwu czynnościach. 

Jako producentka jestem inną osobą. Taka praca generuje wiele problemów, spraw do opanowania, to także ciężka fizyczna praca. Chociażby fakt, że trzeba cały czas biegać, a ustalając coś, głośno mówić podczas prób. Nie ma tu miejsca na koncentrację przed wyjściem do publiczności. Kiedy śpiewam, to przed wyjściem na scenę milczę, prawie nic nie jem. Więc te dwie funkcje są kompletnie różne. Ale też dzięki temu, że jestem po obu stronach, potrafię się zaopiekować innymi artystami, bo rozumiem ich świat. 

Dla organizatorów z kolei też jestem wyrozumiała i nie stawiam wygórowanych żądań.

Lata 80. w modzie były bardzo specyficzne i charakterystyczne. Trwała ondulacja, poduszki na ramionach itp. co Pani myśli wspominając tamte czasy i oglądając zdjęcia z tamtych lat? 

Myślę że byliśmy hipsterami. Przynajmniej tak wyglądamy. Mało kto już pamięta, że wtedy w sklepach nic nie było, ani żarcia, ani ciuchów. Jak sobie człowiek nie przywiózł tkaniny z zagranicy, butów i innych scenicznych gadżetów, to mógł występować jedynie, cały na czarno, stawiając na duchowość w Piwnicy pod Baranami. Albo minimalistycznie jak w muzyce rockowej. A ja poszłam w stronę muzyki pop. Musiałam być słodka, śliczna, trochę smutna. Oczywiście naśladowaliśmy zachód, więc ta moda przyszła zza granicy. Każdy chciał wyglądać jak Madonna, Whitney Houston, czy Kim Wilde. Modę lat 80. wygenerował więc bogaty Zachód, a nie szary Wschód. My jesteśmy niewinni.  

Artyści aktualnie bardzo dużo uwagi przywiązują do swojego wizerunku nie tylko scenicznego. Czuje Pani presję środowiska, czy na co dzień jest po prostu Anią?

Moją pierwszą stylistką była - jeszcze wtedy modelka i początkująca fotografka - Lidia Popiel. Pamiętam jaka byłam zadowolona, kiedy wymyślała mój wygląd, mając do dyspozycji dosłownie kilka rzeczy. Poprzez fryzury i makijaż, potrafiła wymyśleć do każdej piosenki inny „look”. Dlatego lubię poddać się jakiejś koncepcji i „zrobić się” na scenę, bo rozumiem że to jest miejsce wyjątkowe, gdzie do wyjścia trzeba się przygotować. Podczas mojego recitalu przebieram się kilka razy, robię rewię mody, a publiczność to kocha.

Często współpracuje Pani z mężem, łatwiej jest pracować z bliską czy z obcą osobą? 

I łatwiej i trudniej. Łatwiej, kiedy sami mamy wpływ nie wiele istotnych spraw, a muzyka jest wyższą instancją i tutaj nie ma między nami nieporozumień. Trudniej z kolei, kiedy musimy uczestniczyć w różnych ludzkich rozgrywkach i jeżeli nie rozpoznamy manipulacji, to można bardzo łatwo zaliczyć – jak to się dzisiaj mówi – wpadkę. Dlatego nie raz żałowałam, że razem pracujemy, bo lepiej się żyje jeśli w domu można przynajmniej psychicznie od pracy odpocząć.

Proszę opowiedzieć jak wygląda życie muzyków. Czy od rana wstaje Pani „z piosenką na ustach” i kładzie się spać przy nutach fortepianu, czy wbrew pozorom relaksuje się Pani bez dźwięków?

Każde z nas robi swoje rzeczy, a dom jest dość duży więc sobie nie wchodzimy w paradę. Ja staram się nie śpiewać kiedy mąż jest w domu, bo wiem, że on cały czas ma w głowie muzykę. Nie śpiewam, bo to tak jak bym chciała nakarmić najedzonego. Nie włączamy muzyki sączącej się, bo jak czegoś słuchamy to nie możemy robić nic innego, Więc kiedy nie pracujemy, wolimy ciszę. W aucie słuchamy audiobooków.

Pani historia z muzyką zaczęła się od nauki w szkole muzycznej. Czyj to był pomysł, czy rodzice Panią nakierowali? 

Pokierował mną Duch Święty. Mówię poważnie. Moi rodzice mną nie kierowali, bo mama była samotną matką, prawie cały dzień spędzała w pracy. Śpiewałam od dziecka w chórku kościelnym i odtąd się wszystko ładnie potoczyło. Schola, Pałac Młodzieży, szkoła muzyczna, matura i w końcu profesjonalna scena. Pierwsze pieniądze zarabiałam na śpiewaniu już w wieku 16 lat i nie muszę dodawać, że zarabiałam więcej niż mama. Duch Święty sobie ze mną poradził.

Była Pani solistką specjalizująca się w spirituals. Co to jest takiego i skąd fascynacja taką muzyką?

Pomimo, że wszyscy znają mnie z przebojowych piosenek oraz muzyki do filmów i seriali TV, od wielu lat mam w swoim „podziemnym” repertuarze utwory wspierające praktyki duchowe. To właśnie jest muzyka spirituals & gospels, kantyczki karmelitańskie, a obecnie śpiewam hinduskie mantry oraz klasyczne i współczesne pieśni do tekstów wybitnych poetów (np. L. da Ponte; W. Szymborska; F.G. Lorca; Cz. Miłosz – przyp. red.). Bardzo sobie cenię taką uduchowioną muzykę. To jest esencja i cała najważniejsza wartość muzyki. Nie ma tu wirtuozerii, bo człowiek w pewnym momencie nic już nie musi udowadniać. Nagrałam teraz nowy album właśnie z muzyką kontemplacyjną. A skąd ta fascynacja? Nie wiem, chyba od Ducha Świętego.

Miała Pani też przygodę muzyczną z Bolterem? To w pewnym sensie protoplasta disco polo, zespół kojarzony z weselami, z bardzo prostą i oszczędną aranżacją. Jak wokalistka gospel, występująca na konkursach jazzowych odnalazła się w Bolterze?

Bo zespół ten narodził się z wygłupu. Śpiewałam wtedy z poznańskimi Gospelsami i na próbie robiliśmy sobie muzyczne żarty śpiewając piosenkę Georga Bensona „Give me the Night”. Następnego dnia nasz pianista Sławek Sokołowski napisał i przyniósł na próbę swój polski ekwiwalent „Daj mi tę noc”. Zaproponował żebyśmy to nagrali, bo nie mamy przeboju. Niestety większość nie była zachwycona pomysłem i zespół się rozleciał. Ta zachwycona część zaczęła grać i rozwijać się w stronę disco polo. Było to zamierzone i wykalkulowane na biznes i sukces osiągnęli. Ja nagrałam jeszcze dwie bardzo ładne popowe piosenki Sławka i… nasze drogi też się rozeszły. Zresztą miałam już swój Diamentowy Kolczyk – też zupełnie inny muzyczny świat.

W latach 80. i 90. sporo podróżowała Pani po festiwalach, jaki kraj i miejsce szczególnie Pani wspomina?

Wszystkie festiwale bardzo lubiłam. Był czas, że miałam tam swoich znajomych, bo wtedy byli dyżurni muzyczni reprezentanci, a ja byłam właśnie dyżurną z Polski. We Włoszech występowałam wielokrotnie, miałam tam 14 tras. Podobnie w Turcji – grałam niezapomniane koncerty z najwybitniejszymi polskimi muzykami jazzowymi ( z Jan Ptaszyn Wróblewski, Jarek Śmietana, Andrzej Jagodziński – przyp. red.) . Bardzo lubiłam też śpiewać w Niemczech – koncerty tam to była ogromna przyjemność, bo publiczność tamtejsza jest bardzo wrażliwa, osłuchana, podobnie jak w Rosji, a kiedyś ZSRR. O każdym z tych krajów i zagranych tam koncertach mogłabym Pani opowiedzieć wiele historii, których by wystarczyło na oddzielny wywiad…

Czy żałuje Pani jakiejś swojej decyzji, która mogłaby mieć wpływ na Pani życie albo karierę?

Miałam zostać śpiewaczką operową. To, że przypadkowo kiedyś spotkałam na schodach szkoły muzycznej osobę, dzięki której zmieniłam plany, może być uznane za taką właśnie sytuację. Ale niczego nie żałuję. Jestem otwarta na to, co dzieje się w moim życiu i obserwuję sobie. 

W pewnym momencie postanowiła Pani na stałe opuścić rodzinny Szczecin…

Wyjechałam ze Szczecina na dobre w 1995 roku. Wcześniej wyjeżdżałam i wracałam, ale wtedy w 1995, właśnie zapisałam moje dzieci do szkoły w Warszawie i już nie musiałam do Szczecina wracać. Po prostu stwierdziłam, że mam dość mieszkania w hotelach i zbudowałam dla nas dom pod lasem, w pięknym miejscu, blisko Warszawy.

Co jest takie w tym mieście, że każda gwiazda w pewnym momencie musi zdecydować się na przeprowadzkę? Czy, aby robić karierę faktycznie trzeba mieszkać w Warszawie?

Tak. Kiedyś tak było. Częste wizyty w stacjach telewizyjnych, koncerty, próby z zespołem, w którym wszyscy są stąd, w moim przypadku także praca przy filmie, praca mojego męża, a wtedy jeszcze łatwość wyruszania w świat. Teraz ze Szczecina także jest łatwo podróżować, ale 20 lat temu z Warszawy było prościej. Obecnie mam zespół w Berlinie i często dojeżdżam tam na próby. 

Czuje się Pani jeszcze szczecinianką?

Czuję się szczecinianką. Jestem z tym miastem zrośnięta. Czuję tu każdy kąt. 

Kiedy przyjeżdżam, chętnie chodzę po ulicach na pieszo, idę w ciemno lub jak koń do stajni. Znam każdą płytę chodnikową. Byłam kiedyś zła, że chodniki szczecińskie przez tyle lat były nieremontowane, to teraz jestem zła, że je wyremontowali, bo się trochę pozmieniało (śmiech). Ale Warszawę też lubię. Są tam przepiękne miejsca, chociaż jak powiedziałam ja w ogóle nie mieszkam w Warszawie.

Tęskni Pani za Szczecinem? 

Tęsknię. Lubię Park Kasprowicza, aleję Wojska Polskiego, Pogodno, Głębokie, Śródmieście. Bardzo lubię dawny Pałac Młodzieży (Dzisiaj Willa Lentza – przyp. red.), bo tam spędziłam jako dziecko sporo czasu. Mam swoje trasy. Teraz też lubię cmentarz, bo w zeszłym roku zmarł mój brat i tam teraz sobie do niego chodzę.

Dzisiaj mamy już własną Akademię Sztuki z wydziałem wokalistyki, myślała Pani o tym aby jako szczecinianka rozpocząć jakąś współpracę z AS? 

Może? Musiałabym zrobić doktorat w dziedzinie muzyki. A ja się wzięłam za doktorat w dziedzinie prawa. Mogłabym uczyć muzyków prawa autorskiego, czyli jak dbać o swoje interesy, umowy. Muzycy w tej materii często są kompletnie bezradni. 

Czy podczas wychowania dzieci ważne dla Pani było aby także ukierunkować je muzycznie? 

Chciałam dzieciom dać to, co było ważne dla mnie. To oczywiste, że wychowujemy je tak jak umiemy najlepiej. A więc miały powiedziane, że szkoła muzyczna i języki obce to jest absolutne minimum. Córka była „japońskim dzieckiem”, tzn., może trochę zbyt przeciążonym, a syn miał więcej luzu, bo już się na córce nauczyłam odpuszczać. 

Jak Radzimir pewnego razu powiedział, że do szkoły muzycznej już nie pójdzie, to się zgodziłam bez awantur. Po dwóch latach przerwy wrócił tam, tyle że sam się zapisał, bo ja nie traktowałam tego poważnie. Córka pomimo, że skończyła szkołę muzyczną w klasie skrzypiec, ukończyła później także filozofię i prawo. Muzykiem nie została, skończyła jako adwokat - choć uroczyste ślubowanie świeżo upieczonych mecenasów odbywało się w Filharmonii Narodowej (śmiech). A Radzimir żyje z muzyki i chyba już tak zostanie. Chociaż miewał chwile buntu, prawdą też jest, że pracował z nami z wielką pasją od 10 roku życia, więc to było do przewidzenia.

Jaka jest Anna Jurksztowicz? 

Jestem fajna, coraz fajniejsza i myślę, że inni też tacy są. 

Dokąd Pani zmierza?

Nie zmierzam w żadną szczególną stronę. Obserwuję sobie ten świat i wyciągam wnioski. Od czasu do czasu, gdy mam coś do powiedzenia wychodzę do ludzi, śpiewam, coś napiszę. Chciałabym jak najdłużej móc testować tę niezwykłą więź jaka jest między artystą, a publicznością.

Dziękuję za rozmowę

 

Anna Jurksztowicz (ur. 1963 roku), szczecińska wokalistka i producent muzyczny. Laureatka wielu polskich i zagranicznych festiwali i konkursów muzycznych. Dużą popularność zyskała w latach 80. dzięki przebojom „Diamentowy kolczyk”, „Stan pogody” czy „Hej Man”. Występowała z zespołem Bolter, tworzyła również programy dla najmłodszych. Współpracowała z Jackiem Cyganem przy programie “Dyskoteka pana Jacka”. Wiele dzieci nuciło wówczas przebój „Zima lubi dzieci”. Ma na swoim koncie nagranie takich piosenek jak „Matki, żony i kochanki”, „Czułość i kłamstwa”, „Na dobre i na złe”, czy „Ranczo”. W serii płytowej poświęconej muzyce współczesnej pt. Modern Classics from Poland jej firma wydawnicza Si Music promuje twórczość kompozytorską. Prywatnie jest żoną kompozytora Krzesimira Dębskiego oraz mamą Radzimira i Marii. 

 

Prestiż  
Lipiec 2013