Powiedz tato, jak to jest

Czy duża rodzina, to duże wydatki i jeszcze większe kłopoty, czy raczej więcej radości, brak nudy i jeszcze więcej szczęścia? Jak to jest być ojcem wielodzietnej rodziny? Na to pytanie próbują odpowiedzieć szczecińscy ojcowie w pełnym wymiarze: Krzysztof Soska, Witold Jabłoński oraz Lew Lizak. 

Autor

Dariusz Staniewski

Pamiętacie taki polski serial „Czterdziestolatek”? A rozmowę głównego bohatera inż. Stefana Karwowskiego z dozorcą domu, w którym mieszkał - Tośkiem Walendziakiem? Otóż ów obywatel wyłuszczył mu w jednym z odcinków dlaczego warto mieć dużą rodzinę: „Panie inżynierze, ja postawiłem na dzieci. Bo w pojedynkę, to pan nic nie znaczy. Ja wierzę w rodzinę. Jak ja ich dobrze rozstawię, to mi nikt nie skoczy na plecy. Ani młody, ani stary. Jednego dam do wojska, na zawodowego. Jednego do sklepu z częściami zamiennymi. Córka już jest, jako uczeń w delikatesach. Tak ich rozstawię, żeby uchwycić kluczowe pola”. 

Okazuję się, że w latach 70. ubiegłego wieku posiadanie dużej rodziny w Polsce było atutem. A jak jest dzisiaj? Czy warto mieć dużą rodzinę?

Krzysztof Soska - wiceprezydent Szczecina, ojciec szóstki dzieci nie waha się ani sekundy: - Sam nie pochodzę z dużej rodziny. Mam jednego brata. Ale chcieliśmy z żoną mieć dużą rodzinę. Choć aż tak szczegółowo tego nie ustalaliśmy. Na pewno trójeczka była od samego początku w planie - opowiada Soska. 

Witold Jabłoński - do niedawna jeszcze wicemarszałek województwa zachodniopomorskiego, dziś przedsiębiorca zarządzający polem golfowym Golf Amber Baltic i ojciec czwórki dzieci, również nie pochodzi z dużej rodziny.

- Jestem jedynakiem, moja żona również. Święta jedynaków nie są szczególnie inspirujące. Ale to, że byłem jedynakiem pozwoliło moim rodzicom spełnić pewne marzenia. Dość ciężko, ale stać ich było na opłacenie dla mnie prywatnego liceum oo Pijarów w Krakowie. Myślę, że byli z tego bardzo dumni. Z powodu tych świąt chciałem mieć więcej dzieci. Dwójkę, no może trójkę, ale czwórkę to po prostu przydarzyło się. Bardziej już szykowałem się do roli dziadka u mojego 18 - letniego syna, a tu taka niespodzianka – mówi z uśmiechem Jabłoński.

W przypadku szczecińskiego adwokata - mecenasa Michała Lizaka, ojca trójki dzieci(9 lat, 3 lata i 2 miesiące-chłopcy), duża rodzina to prawie tradycja. Skutecznie kontynuowana. 

- Mam trójkę braci. Ja jestem najstarszy. Moi bracia są młodsi ode mnie, ale jeden z nich ma już dwójkę dzieci, a drugi - jedno- wyjaśnia prawnik. - Myślę, że jak człowiek się wychowuje w dużej rodzinie, to też chciałby mieć taką. Wadą jest mało czasu na różne przyjemności dla siebie. Chociaż żona twierdzi, iż w moim przypadku to akurat dobrze... Ale przy dobrej organizacji jest to wszystko do pogodzenia. W przypadku dużych rodzin zdecydowanie więcej jest zalet. Krótko mówiąc: przychodzi się do domu i nie jest nudno. Wiem, że mogę liczyć na moich braci. Jak jest większe rodzeństwo, to myślę, że jest łatwiej i weselej w życiu - zapewnia Lizak.

Być czy nie być … przy narodzinach?

Wiceprezydent był przy narodzinach wszystkich dzieci. Teraz to standard i żadne nadzwyczajne wydarzenie. Ale 20 lat temu nie było to takie proste.

- Uparłem się być przy porodzie pierwszej córki. To był rok 1989, szpital w Zdrojach. Ordynator się zgodził. Powiedział: - „Właściwie kilka lat pracowałem w Afryce i nikomu to nie przeszkadzało. Może więc pan przyjść”- śmieje się Soska. - I nie wiem, czy nie byłem pierwszym tatą, który uczestniczył w takim porodzie. 

Ale w jednym przypadku Soska ma prawo mieć pretensje do rozwoju motoryzacji…

- Byłem przy wszystkich porodach moich dzieci, tylko na jeden się spóźniłem. Bo utknąłem w korku. Dojechałem tuż po przecięciu pępowiny. Zosia o tym doskonale wie, bo to przedmiot naszychrodzinnych żartów - opowiada Soska.

Przy narodzinach swoich dzieci był także mecenas Lizak. Choć swoją obecność i uczestnictwo w tym wydarzeniu opisuje dość enigmatycznie, bo był, ale... Częściowo. - Jestem dość wrażliwą osobą - sprytnie unika dalszych wyjaśnień. Do rodzinnego spotkania na porodówce doszło także u Jabłońskiego. - Byłem przy porodzie Michała. W czasie urodzin Gabrysi byłem w Poznaniu na studiach MBA. Przy Małgosi chyba nie i przy Rafale też nie - wspomina.

Córka, córka, córka…syn!

Soska śmieje się, że trochę ciężko bywa szczególnie jednego dnia w roku - 8 marca w Dzień Kobiet. Bo wiceprezydent ma pięć córek i jednego syna. 

- Już pierwsza córka miała mieć na imię Bartek. Druga… też miało być męskie imię, ale konsekwentnie działaliśmy i jako szósty urodził się syn- śmieje się wiceprezydent.- W tej chwili ma osiem lat. Najstarsza córka ma 24 lata. To duża różnica wieku. Z jednej strony ten najmłodszy jest bardzo rozpieszczany przez starsze rodzeństwo, jest takim domowym pupilkiem. A z drugiej strony można liczyć na pomoc tego starszego rodzeństwa.

Ojcowskiej dumy nie kryje Witold Jabłoński.

- Michał Maksymilian skończył 18 lat, zdał w szczecińskim liceum maturę i dostał się na studia dzienne na italianistykę i zaocznie na prawo. Teraz siedzi 2 miesiące w Kanadzie i poznaje świat... Gabriela Krystyna ma 13 lat i zaczyna wchodzić w „głupi” wiek, chociaż przyniosła świadectwo z paskiem na koniec roku. Małgorzata Maria, ma 8 lat chętnie się uczy i do niedawna była najmłodszym dzieckiem w rodzinie, ale to się zmieniło...Rafał Stefan, urodził się w październiku ubiegłego roku. Ma 10 miesięcy i przyznam, że to jest wyzwanie - opowiada Jabłoński. 

Los nie zapomniał o Sosce i wynagrodził mu wychowawcze trudy kolejnym mężczyzną w rodzinie. Bo najstarsza córka wyszła w tym roku za mąż.

- Zięć jest w porządku. Zaraził córkę kibicowaniem Pogoni. Razem chodzą na mecze. I to w okolicach „piekiełka” - śmieje się wiceprezydent.

Wychowanie to wyzwanie

Stare przysłowie mówi: „małe dziecko, mały kłopot”. Dużo dzieci - kumulacja kłopotów? 

- Nie miałem takiej sytuacji, że ręce mi nagle opadły. Serio Dla mnie dziecko jest błogosławieństwem, to dar, a nie dopust boży. Dzisiaj patrząc nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że ich nie ma - zapewnia Soska.

Podobno prawdziwy mężczyzna przepłynie rzekę pełną piranii, w t-shircie przejdzie przez Himalaje, a opala się nie na plaży, tylko w piecu martenowskim. Ale wychować dzieci, to dopiero wyzwanie. Jak to zrobić?

- Dystans, spokój, zaufanie, ale również czas tylko dla siebie. Zimą, kiedy nie pracuję tak intensywnie na polu golfowym jestem niemal cały czas w domu. Codzienne spacery, zakupy, gotowanie obiadów - stąd pomysł na mój blog kulinarny. Rodzinnie gotujemy, ja wymyślam potrawy, podaję do stołu kilka dań, siedzimy przy stole i rozmawiamy - zdradza swoją receptę Jabłoński. - Trochę martwiłem się przy czwartym dziecku. Ale nie było to zwątpienie. Raczej delikatny niepokój, czy sobie z żoną poradzimy, czy ja sobie poradzę.

Szkoła życia

Co każdy z panów chce przekazać swoim dzieciom na dalszą drogę życia?  Co chciałby, aby wyniosły z rodzinnego gniazda? Soska poważnieje i chwilę się zastanawia. 

- Chcę pokazać moim dzieciom, że rodzina musi być punktem odniesienia, azylem i ostoją, gdzie się kształtują różne cechy charakteru. Bo duża rodzina, to najlepsza szkoła walki z egoizmem. Bo trzeba się dzielić, trzeba czasem poświęcić swój czas komuś, zrozumieć, że nie możemy wszyscy pojechać na narty, bo to byłaby katastrofa finansowa. To fajna szkoła życia, przebywanie w większej rodzinie, wspólnocie - mówi wiceprezydent.

- Staram się razem z żoną, przekazywać szacunek dla innych i tolerancję. Kiedy jestem zawsze czytam im do snu książki, przerobiłem tym sposobem już całą literaturę dziecięcą i młodzieżową. Już teraz mogę powiedzieć, że lubią czytać książki i dzięki temu mają zdecydowanie większy zasób słów, poszerzają horyzonty, znają kulturę antyczną. To podstawa - dodaje Witold Jabłoński.

- Chciałbym, żeby moje dzieci wyniosły z domu szacunek do miejsca w którym mieszkamy, jakkolwiek by to górnolotnie zabrzmiało. Szacunek dla kraju, naszej kultury i historii. Nawet jeżeli kiedyś wyjadą za granicę, chcę żeby były związane z naszym krajem i miastem – podsumowuje Lew Lizak.

Prestiż  
Wrzesień 2013