Jesienią jestem bardziej zgrzybiały

Autor

Szymon Kaczmarek

Wraz z pierwszymi oznakami jesieni budzi się we mnie zwierz. Leśny zwierz. Nie potrzebuję budzika, mogę nie jeść i nie pić, ani nawet nie zakąszać. Nie bacząc na zabójcze ceny paliwa zrywam się ciemną nocą, by po 120 kilometrowej podróży trafić do raju. Czasem jeszcze w mroku czekam na mglisty świt ogrzewając niecierpliwe dłonie kubkiem kawy. Udało się, jestem pierwszy!

Mój jesienny raj, to lasy otuliny Drawieńskiego Parku Narodowego. Dominikowo, Niemieńsko, Głusko, nazwy tych miejscowości od lat przywołują jeden obraz: grzyby. Ocean grzybów. Nie ma większego znaczenia fakt, że w tym roku podczas pierwszej wyprawy znalazłem jedynie kropeleczkę z tego oceanu. Za każdym razem jadę tam z niegasnącą nadzieją na nadzwyczajny wysyp prawdziwków, rydzów, zielonek, czy zwykłych podgrzybków. Czasem tak bywało. Kilkaset prawdziwków, czy rydzów zebranych podczas jednego grzybobrania przeszło do rodzinnych anegdot, a fakt powyższy mogą potwierdzić liczni najedzeni goście.

Grzyby zbieram od wczesnych lat pacholęcych. Pamiętam „zakładowe wycieczki”, gdy starym radiowym Roburem (wóz techniczny prod. enerdowskiej) jechałem z Ojcem i Jego kolegami, właśnie w drawieńskie lasy. Poznawałem te przepiękne tereny i gatunki napotykanych grzybów pod czujnym okiem znawcy. To właśnie dzięki tej znakomitej szkole mogę bez obawy zbierać  kanie, opieńki, zielonki, czy nawet płachetkę kołpakowatą znaną też jako turek, panienka albo niemka. Nie mam zrozumienia dla doniesień o zatruciu grzybami w wyniku „pomyłki”. Na grzybach o pomyłce nie może być mowy! Wystarczy odrobina rozsądku i rozum. Wiem, to towar mocno w dzisiejszych czasach deficytowy. Także w lesie, nie tylko w polityce. Nie mam również litości dla rodziców karmiących grzybami swoje dzieci. Co prawda pogląd o niskiej wartości odżywczej grzybów już dawno został obalony, to jednak dzieciom mogą zaszkodzić choćby przez swoją ciężkostrawność. Cóż, my dorośli zjemy marynowanego rydzyka zapijając dobrze zmrożoną wódeczką i najwyżej będziemy mieli kaca, bo zalewa octowa była zbyt mocna. Ale gorąco apeluję do Czytelników, mając wiarę w Wasz rozsądek: oszczędźmy naszym dzieciom rydzyka... znaczy, ryzyka!

Tyle dydaktyki, czas na przyjemności. W „grzybobabraniu” widzę ich co najmniej trzy: przedzieranie się bladym świtem przez zroszone zarośla, urabianie rąk po kokardki podczas czyszczenia i przetwarzania zbiorów oraz pożeranie właściwe, zwane dalej biesiadą w zacnym gronie. Grzyby dzielę zgoła inaczej niż naukowcy, na dwa rodzaje. Kulinarne i zakąskowe. Z powodów czysto egoistycznych staram się zbierać te drugie. Należą do nich niewielkie, słoikowe prawdziwki, rydze, zielonki i malutkie podgrzybki. Zalewę przedkładam mocną nad niedooctowaną, a w słoiczku fajnie jest popatrzeć na ziarenka gorczycy i plasterki młodej marchewki. Robiąc marynatę nie zapominajcie o cukrze, choć często zbyt słodkie grzybki psują nastrój wytrawności spożywania. Pięknym zwyczajem w moim domu było całoroczne zbieranie fikuśnych w swoich kształtach słoiczków i umieszczanie w nich JEDNEGO, zdrowego prawdziwka. Efekt na świątecznym stole murowany. Bardzo ładnie, a i smakowicie wygląda niewielki słoiczek wypełniony różnymi gatunkami malutkich grzybków. Układanie grzybów w słoikach to naprawdę poważny gatunek sztuki o czym zdajemy się dziś niestety zapominać.

Grzyby kulinarne, to te na suszenie. Stara zasada brzmi, że im większa różnorodność gatunkowa w grzybowym suszu, tym smaczniejsza potrawa. Mało kto wiesza dziś pokrajane i nawleczone na nitkę grzyby nad kaloryferem albo w kuchni przy gazowej kuchence. Żal, bo to i widok ładny, a i ususzone w ten sposób grzyby nabierają specyficznego aromatu. Przechowywane dawniej były w lnianych woreczkach i że będę złośliwy: jakoś im to nie szkodziło! Dziś elektryczne suszarki i plastikowe pojemniki wyparły ubiegłowieczne zwyczaje.

Na koniec rada najważniejsza: zostawcie podszczecińskie lasy tym, którym nie przeszkadzają stosy śmieci i ruch jak na pl. Grunwaldzkim w godzinach szczytu. Ruszcie dalej, w przepiękne lasy drawskie, do puszczy Barlineckiej, nadnoteckie bory. Tam i las malowniczy i większa szansa na znalezienie czegoś więcej ponad stosy puszek i plastikowych butelek.

P.S. Że „felieton dla dorosłych”?  Oczywiście!  Dziecku daj owoce, niech rośnie zdrowo…

 

Szymon Kaczmarek

Prestiż  
Październik 2013