Romuald Stachowiak Patrzę pod nogi

Pracę zawodową zaczął od rejsu na Alaskę. Potem hodował warzywa, handlował dywanami, a dzisiaj buduje. Jedyny szczecinianin, który od lat trafia na listę najbogatszych Polaków wg tygodnika Wprost. Czy realizuje się w biznesie? Czy Szczecin ma szansę na dogonienie krajowej czołówki? Na co wydaje pieniądze? – na te i inne pytania odpowiada w rozmowie z Michałem Stankiewiczem.

Autor

Michał Stankiewicz

galeria

Cieszę się z tej rozmowy, bo nie jest Pan osobą, która chętnie pokazuje się – mimo sukcesów biznesowych.  A w tym roku po raz kolejny trafił Pan - jako jedyny szczecinianin - na listę najbogatszych Polaków tygodnika Wprost.

Podobno (śmiech)

76 miejsce z majątkiem 360 mln zł. Nie czuje się Pan z tym samotnie w Szczecinie?

(uśmiech), No tak, chciałoby się, żeby Szczecin był lepiej notowany jeżeli chodzi o gospodarkę, bo to pewnie jest jakiś wskaźnik, który pokazuje powodzenie miasta.

Ranking opiera się na dobrowolności i transparentności majątkowej... 

Dobrowolności to raczej nie. Nikt nie pytał się mnie czy chcę tam być.

Czyli tylko transparentności, bo najłatwiej obliczyć aktywa spółek prawa handlowego. 

Ta lista jest przybliżeniem. Nie jest zupełnie skrzywionym obrazem, ale jak naprawdę sytuacja wygląda, czy nie ma jeszcze stu, dwustu osób, którzy spokojnie się do niej kwalifikują...

No właśnie, listę zamyka osoba z majątkiem 200 mln zł. Czy w Szczecinie byliby jeszcze inni spełniający ten limit?

Nie wiem. Może być wielka firma, wielki majątek i bardzo zadłużony, więc per saldo netto to może wyglądać dużo gorzej. A z kolei może być spółka, mała, nieznana, skryta i za nią wielki majątek.

Dla Pana tą małą, nieznaną pierwszą spółką była szklarnia. Obrażał się Pan za sformułowanie „badylarz“?

Nie. Przyjmowałem to ze zrozumieniem, bo atmosfera była raczej negatywna w tamtych czasach, kreowana przez media i raczej podtrzymywana. To było trochę lekceważące, a trochę wynikało z zazdrości. Człowiek bogaty, a jednocześnie zajmujący się jakimiś badylami. 

Hodowla roślin i warzyw to był Pana plan na biznes?

Moim marzeniem było podjęcie pracy w handlu zagranicznym, dyplomacji. Poznałem na studiach 4 języki – angielski, rosyjski, hiszpański i niemiecki. Ale kończyłem studia w 1982 roku, w stanie wojennym, w totalnym kryzysie. Zacząłem więc od rejsu – jako zaliczenie praktyk – na trawlerze oceanicznym świnoujskiej Odry. Spędziłem wtedy pół roku na Alasce. To był ciężki kawałek chleba, ale dobrze płatny. 

I rejs natchnął Pana do warzyw zamiast dyplomacji?

Po powrocie myślałem o pracy w jakiejś państwowej firmie, ale znajomy namawiał: „Roman, szklarnie to fajny biznes“. No i namówił mnie. 

I zaczął Pan zarabiać krocie na warzywach...

No, nie od razu! Nasze pierwsze plony były śmieszne. Człowiek rzucił się na głęboką wodę, wziął kredyt, trzeba było go spłacać, a po roku okazało się, że jest strata. Musieliśmy książki studiować i uczyć się, czemu takie małe plony. Dopiero po roku daliśmy radę, spłaciliśmy kredyty, a następnie – w 1986 roku - sprzedaliśmy szklarnie. 

I w ten sposób uzyskał Pan kapitał na Komfort.

Najpierw była produkcja mebli oraz hurtownia wyposażenia wnętrz. A dopiero w 1990 roku hurtownia dywanów i wykładzin.

Kiedy poczuł Pan, że to już nie lokalny biznes, ale powstaje coś dużego?

W 1992 roku dokonaliśmy fuzji z partnerami z Trójmiasta. Powstała wówczas największa w kraju firma dystrybucji podłóg, wykładzin. Na jej podstawie powstała wkrótce sieć sklepów Komfort, a wspólnicy z Trójmiasta mieli ciekawe plany uruchomienia produkcji stolarki drzwiowej (Porta) i wejścia w budownictwo (Invest Komfort). Podzieliliśmy się obowiązkami. Ja prowadziłem Komfort, a oni wspomniane wyżej przedsięwzięcia w ramach jednej grupy.

No i Komfort z czasem stał się największą siecią w Polsce. Czemu się go pozbyliście?

To był dobry moment na sprzedaż. Rok 2007, górka hossy, gdzie notowania wszelkich aktywów na giełdzie były na topie. Może pojawiło się też trochę znudzenie, po 15 latach w jednej branży. Za sam Komfort dostaliśmy 250 mln zł. W naszych rękach została część nieruchomości z sieci sklepów, firma deweloperska Invest Komfort oraz fabryka drzwi Porta.

Czy obserwuje Pan dzisiaj Komfort? Jak sobie radzi?

Tak, ale mam klauzulę, że nie mogę się o tym wypowiadać. 

Wydaje się, że trochę zniknął. Nie żałuje Pan?

Nie, już tyle lat minęło.

Ale wiedza pozostała, zwraca Pan uwagę na wykładziny?

Nawyk pozostał, że patrzy się pod nogi.

Teraz buduje Pan biurowce i apartamentowce. Warto było stawiać Lastadię na Łasztowni? 

Oczywiście, 3 z 5 kondygnacji są już wynajęte, a do końca roku wynajmiemy cały budynek.

Dość długo trwał proces wynajmu.

Przedłużył się przez rozmowy z Urzędem Marszałkowskim na temat sprzedaży budynku pod siedzibę urzędu. 

Urząd jednak nie kupił od was Lastadii. Dlaczego?

Sprawa jest jawna i w związku z tym mogę podać warunki oferty. Łącznie oferowaliśmy biurowiec wykończony za około 70 mln zł brutto.

Urząd Marszałkowski zdecydował się jednak wybudować nową siedzibę i zarezerwował na ten cel 85 mln zł. Do czasu zakończenia budowy będzie musiał dalej płacić za wynajem. Do tego dochodzi ryzyko inwestycyjne. Liczyliście ile w sumie wyda?

Myślę, że to może być zdecydowanie ponad 100 mln zł.

To dlaczego wybrali droższą wersję?

To już pytanie nie do mnie. Nie wiem w jaki sposób są podejmowane decyzje inwestycyjne w UM. Przedsiębiorcy w firmie łatwiej podejmuje się decyzje o własnych środkach niż samorządowcom…

Czy Lastadia ożywi tą część miasta?

Byłoby fajnie, bo do tej pory była tam pustka. Mamy jeszcze plany - jeżeli chodzi o teren po byłym Lodimexie – by postawić tam drugi budynek, bliźniaczy do Lastadii. Myślę, że w 2014 roku zaczniemy działać. 

Odrobimy dystans do potentatów powierzchni biurowej jak Wrocław, Kraków, Poznań, czy Trójmiasto?

Nie. Główny pociąg odjechał. Naszym problemem jest położenie, duża odległość od stolicy. No i brak lotniska. Dzisiaj biznes lata samolotami. Miałem kilku klientów – z Niemiec i Danii. Duńczycy wybrali Gdańsk, bo o 8 rano wylatują z Kopenhagi, o 9 są w Gdańsku i po 20 minutach w pracy. Podobnie na linii Kraków – Frankfurt. A ze Szczecina muszę jechać dwie godziny do Berlina na lotnisko. Nie mamy dobrych połączeń kolejowych do Berlina. 15 lat temu zabrakło w Szczecinie wizjonera, który by to przewidział.

Nie będzie chętnych na nowe powierzchnie biurowe?

To, co się dzisiaj buduje wystarczy dla szczecińskich firm na zamianę starych powierzchni na nowe. A czy pojawią się firmy z zewnątrz? Chciałbym. 

Jak Pan spędza wolny czas?

No właśnie, to dobre pytanie. Kiedyś dużo grałem w tenisa, ale jak połamałem nogi na nartach to poszły kolana i było po tenisie. Szkoda, bo to fajna gra. Teraz już tylko w ping ponga zagram, pojeżdżę na rowerze, pospaceruję nad morzem.

A poza sportem? Jakieś pasje? 

Ze mną jest taki problem, że ja się wszystkim interesuję. Nie mam tylko zacięcia do literatury pięknej. Jak literatura to bardziej faktu. I wszelka nauka - fizyka, astronomia, chemia, technologie. 

MS: Realizuje Pan swoje pasje w mecenacie? Wspiera naukę? Kulturę?

Jako SGI byliśmy mecenasem Teatru Współczesnego, Teatru Polskiego. Wspieramy Teatr Jaracza w Łodzi. Ale to taki mecenat trochę z wyrachowania, czego się wstydzę...

Czemu z wyrachowania? Korzyść jest obopólna. Artyści mają pieniądze, a wspierający promocję. To normalne. Chyba, że mówimy o amerykańskiej filozofii, gdzie na pewnym poziomie biznesu obowiązkiem jest dzielenie się. Filantropia jest tam wpisana w biznes.

U nas to jest raczkujące. A jeżeli chodzi o ten amerykański model, to weźmy na przykład Billa Gatesa. Wiemy jaki wizerunek miał przez lata, był synonimem agresywnego korporacjonizmu na zasadzie - „ty masz mieć ten jeden, jedyny wybrany system komputerowy, a my zrobimy wszystko żeby nie był kompatybilny“. A potem Bill Gates zajął się dobroczynnością. Mógł znaleźć 100 sposobów, by nikt się o tym nie dowiedział, a jednak wszyscy wiedzą. Jest to dobroczynność, ale i promocja zarazem.

Ale tą jawność tłumaczą tym, że dają przykład innym. „Ja się dzielę, wy też tak róbcie“. A do Pana ustawiają się kolejki?

Nie. Nie jesteśmy nachodzeni. Ale myślę o mecenacie. Jeżeli pojawi się jakiś ciekawy projekt, który może zakończyć się sukcesem, bynajmniej nie materialnym, mógłbym mieć z tego przyjemność.

A teraz, z czego Pan czerpie przyjemność? Kupuje Pan drogie przedmioty?

Jedyny zegarek, jaki posiadam to Swatch, ale rozumiem ludzi, którzy chcą posiadać piękne przedmioty. Samochód właśnie zmieniłem. Jeździłem 8 - letnim Range Rover Sport, w lipcu nabyłem nowy, ale dokładnie taki sam diesel. Wygodny, bezpieczny samochód i przydatny zawodowo, bo terenowy.  

Czyli jest Pan oszczędny. Żadnych szaleństw?

No, może kupiłbym jacht, ale obawiam się, że nie miałbym czasu na takie hobby.

fot. Miguel Gaudencio

Prestiż magazyn szczeciński
6( 64)
Październik'13