MARTYNA WOJCIECHOWSKA Miewam krytyczne momenty

W Szczecinie pojawiła się, by otworzyć wernisaż unikalnych zdjęć dokumentujących jej najsłynniejsze wyprawy. Fotografie pochodzą ze wszystkich kontynentów świata, wzbogacone są opisami i krótkimi 5historiami z podróży. - Wierzę, że mamy jedno życie i musimy je przeżyć na 100 procent – mówi Martyna. - Dlatego nieustannie podnoszę sobie poprzeczkę i nie tylko marzę, ale po prostu mam odwagę konsekwentnie te marzenia realizować.

Autor

Marta Legieć

Czy Martyna dotarła już na kraniec świata?

MW: Kiedy zaczynałam podróże na krańce świata, bo tak je wszystkie należy nazywać, wydawało mi się, że gdzieś ten kraniec jest. Teraz jednak, po ponad dziesięciu latach w drodze stwierdzam, że nie istnieje coś takiego jak „kraniec świata”, a w zasadzie jest on bardzo umowny. Dla jednej osoby może to być gdzieś najwyżej, najdalej, najgłębiej, a dla innej może mieć on wymiar bardzo duchowy. Przekonałam się, że swój własny kraniec można znaleźć całkiem blisko, dlatego nie przywiązuję się do niego geograficznie i myślę o nim jak o nieustającej podróży.

Lubisz podróżować? Po tylu latach w drodze może to jeszcze sprawiać przyjemność? Przecież takie przemieszczanie się potrafi człowieka porządnie zmęczyć.

MW: Pewnie, że potrafi. Co jakiś czas… Hmmm… Nie, nawet dość często, wydaję oświadczenie, że właśnie odbył się mój ostatni wyjazd, a już na pewno ostatni służbowy wyjazd. Stwierdzam, że przechodzę już na emeryturę, i że to już koniec. Dość regularnie przeżywam takie momenty frustracji, które wynikają z wielu rzeczy. Czasem jestem zwyczajnie zmęczona fizycznie, tym że budzę się i nie pamiętam gdzie jestem. Nie znoszę, gdy muszę ciągle się pakować i rozpakowywać, czasami nie mając czasu na upranie potrzebnych na kolejny wyjazd rzeczy. Jednocześnie muszę przewidzieć wszystkie związane z wyjazdem okoliczności i warunki – na przykład, że zaleję kawą jedyne spodnie i nie będę miała kolejnych na zmianę. Bywa też, że jestem zmęczona psychicznie. Jest tak, gdy zmagam się z jakimś wyjątkowo trudnym tematem, albo gdy czuję, że jestem w miejscu, w którym jestem bardzo niechciana. Gdy nakładają się różne emocje, czasami mam ochotę dać sobie spokój, po czym stwierdzam po raz kolejny, że ciągła podróż to jednak moje powołanie i styl życia – nie praca czy obowiązek.

Nie masz wrażenia, że istnieje coś takiego jak marka „Martyna Wojciechowska”?

MW: Podobno istnieje, choć ja nie chciałam wyrabiać marki, która będzie miała jakieś określone cechy. Dawno temu wymyśliłam sobie, że będę podróżować, choć nikt nie wróżył temu wielkiego sukcesu. Ci, którzy mnie nie znali, traktowali to jako fanaberię. Natomiast bliżsi mi ludzie wiedzieli, że robię to, co kocham, ale sądzili, że na pewno za chwilę przejdzie mi ta fascynacja.

Pierwsze twoje podróże nie były jednak związane z pracą.

MW: Od zawsze miałam wrodzoną ciekawość świata i niemożność usiedzenia w jednym miejscu.

Od zawsze?

MW: No tak. Pierwszy raz uciekłam z domu, kiedy miałam jakieś trzy lata. Zrobiłam to w bardzo przemyślany sposób – spakowałam torbę, wszystkie potrzebne jak mi się wydawało rzeczy i czekałam na moment, w którym niezauważona będę mogła wyjść z domu. Pamiętam te emocje do dziś.

Jaki był cel tej podróży?

MW: Mieszkaliśmy w Warszawie, przy ruchliwej trasie wylotowej na Poznań. Moim konkretnym celem była stacja benzynowa, która ciągle istnieje. Wtedy jawiła mi się jak centrum świata. Wydawało mi się, że czeka mnie na niej wspaniała przygoda. Czułam wielką ekscytację i po prostu musiałam tam dotrzeć.

Jak skończyła się ta pierwsza, wielka podróż?

MW: Oczywiście dostarczyłam rodzicom mnóstwa stresu. Gdzieś po drodze zostałam też przez nich szybko spacyfikowana.

Można powiedzieć, że po raz pierwszy chciałaś być niezależna.

MW: Od zawsze chciałam wszystko robić po swojemu i na swoich warunkach. Do dziś nic się nie zmieniło.

A kiedy rozpoczęły się zawodowe podróże?

MW: Sporo jeździłam prywatnie, jednak intensywnie zaczęłam podróżować, kiedy realizowałam program motoryzacyjny „Automaniak”. Byłam wtedy dziennikarką akredytowaną na rajdowych mistrzostwach świata, czy wyścigach Formuły 1. Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że wszystko to, co widzę dookoła, interesuje mnie dużo bardziej niż samochody. To był właśnie znak, że zawodowo muszę zrobić krok w zupełnie inną stronę. Ostatecznym momentem, kiedy zdecydowałam się na poszukiwanie krańca świata, był czas, gdy zaszłam w ciążę. Wtedy postanowiłam porzucić fotel rajdowy i udałam się w niekończącą się podróż.

Podróżujesz czasem z córką? Zabierasz ją na swoje wyprawy?

MW: Daleko raczej jej nie zabieram. Przyznam, że osobiście nie jestem wielką fanką jeżdżenia na egzotyczne wyprawy z dziećmi, choć mam przyjaciół, którzy z trzymiesięcznym maluchem wybierają się na Madagaskar, do Ugandy, czy Australii. Podziwiam ich za to, szczególnie za umiejętność organizacji takiego wyjazdu. W naszym domu funkcjonuje jednak model: mama wyjeżdża, mama wraca. Oczywiście nieustannie proponuję Marysi, że zabiorę ją do mojej ukochanej Afryki, ale ona na razie odmawia.

Myślisz, że to się zmieni i pójdzie w ślady mamy?

MW: Ma pięć lat i gdy ją obserwuję, stwierdzam, że chyba pójdzie w moje ślady. Jest do mnie bardzo podobna, nad czym niestety boleję, ponieważ nie będzie jej w życiu łatwo.

Wspomniałaś o miejscach, w których czasami czujesz się niechciana. Co masz na myśli?

MW: Zdarza mi się trafiać w takie miejsca, gdzie niechciana jestem jako kobieta, która może chcieć coś powiedzieć głośno albo czegoś oczekiwać. Bywa, że niechciana jest moja kamera telewizyjna. Właśnie z ekipą wróciliśmy z Sudanu Południowego, gdzie ilekroć rozstawialiśmy sprzęt telewizyjny, tyle razy leciały w naszą stronę kamienie. Ludzie nas popychali, szarpali i wyrywali nam kamerę. Byli bardzo nieprzychylnie nastawieni do nas, co w jakimś sensie rozumiem. Mam świadomości, że od pięćdziesięciu lat żyją w stanie permanentnej wojny i stresu, i mogą źle reagować na ekipę telewizyjną, nawet jeśli ja swoim materiałem nie chcę im zrobić krzywdy. Z drugiej strony, jeśli sytuacja powtarza się po raz dziesiąty, zaczynam czuć zmęczenie. Walka z materią jest tak wyczerpująca, że mam ochotę spakować się i jechać do domu.

Ale nie wycofujesz się?

MW: Nie. Robię swoje. Moja praca to zobowiązanie, które podjęłam nie tylko wobec stacji czy moich widzów, ale przede wszystkim wobec siebie. Jeśli się czegoś podejmuję, to zamierzam to skończyć, wszelkimi możliwymi sposobami. Czasem program, czy treść książki zmienia się o 180 stopni. Jadę na materiał z jakimś pomysłem, który nagle upada. W Indiach w Radżastanie zdarzyło mi się zrobić odcinek o tym, jak nie mogę zrobić programu. Opór materii był tak wielki, że przez trzy dni nie udało ni się zobaczyć mojej bohaterki, która miała wystąpić w programie. W takich momentach muszę działać tak, by wyjść z twarzą z dziennikarskiego wyzwania.

Bohaterki twoich programów potrafią zaskakiwać?

MW: Mam szczęście do bohaterek, które spotykam, i które opowiadają mi swoje historie. Czasami słyszę więcej niż mogłabym się spodziewać. Bywa, że już w pierwszych minutach naszej rozmowy mówią o sobie tak wiele, że jestem tym zażenowana, zszokowana i wzruszona. Zdarzyło mi się usłyszeć rzeczy, których nigdy nie wyemituję w telewizji i nie napiszę. Zostawiam je wyłącznie dla siebie.

Realizując program, gdzieś na krańcu świata, spotkałaś kobietę, która ciebie zmieniła?

MW: Myślę, że ze wszystkich, które spotkałam, może tylko dwie przeszły przez moje życie bez większego śladu. Tak naprawdę niemal wszyscy ludzie, których spotykam, w jakimś sensie na mnie wpływają. Gdy słucham ich historii, zdarza mi się płakać, a z niektórymi z kobiet zaprzyjaźniam się.

Niektóre bohaterki twoich programów odwiedzają ciebie w Polsce, prawda?

MW: Owszem, na przykład Zita Sefo Martel z Samoa. Gdy przyjechała do mnie po raz pierwszy, w środku polskiej zimy wylądowała na Okęciu w kwiecistej sukience i z wielkim kwiatem hibiskusa we włosach. Wyglądało to nieprawdopodobnie, tak jak i ona sama. Zita jest niesamowitą osobą. To bardzo ważna znajomość w moim życiu, choć są i inne.

Kogo masz w pamięci?

MW: Heather Swan z Australii, która w wieku lat 40 zupełnie zmieniła swoje życie i została mistrzynią świata w trzech ekstremalnych dyscyplinach skoków spadochronowych, jest do dzisiaj moją wielką inspiracją. Ilekroć mam w życiu pod górkę, albo jest mi ciężko, wtedy sobie ją przypominam. Czasami piszę do niej maile. Bywa, że myśląc o swoich bohaterkach nie mogę spać. Tak było z Aminą z Ghany, którą posądzono o uprawianie czarów i wypędzono z wioski. Długo nie mogłam dojść do siebie, myśląc, że dałam tej kobiecie mnóstwo nadziei i zrobiłam dużo zamieszania, po czym musiałam ją zostawić na wygnaniu. Wyjechałam od niej z poczuciem ogromnej klęski. Na szczęście po ośmiu miesiącach dostałam informację, że nasze wysiłki przyniosły skutek, a Amina wróciła do domu.

Spotykasz się z wieloma ludźmi, ale też jeździsz na rajdy, wspinasz się i nurkujesz. Z tych sportowych wyzwań, które jest najbardziej ekscytujące?

MW: Wysiłku i koncentracji do osiągnięcia celu w tych przypadkach nie da się porównać. Nigdy nie umiałam ustawić tych wyzwań na podium, poza królową wszystkiego, co w moim życiu ważne, czyli wspinaczką. Trudno jest jednak porównywać przejechanie rajdu Dakar do głębokiego nurkowania, czy do wspinaczki w wysokich górach, ponieważ każda opiera się na innych emocjach. Wystarczy wyobrazić sobie, że meta rajdu to już kres zmagań, a zdobycie Mount Everestu jest dopiero połową drogi i to tą łatwiejszą. Trzeba mieć siły, żeby zejść.

Wiele osób nie rozumie, po co ludzie się wspinają. Sama zresztą należę do tej grupy.

MW: Rozumiem i szanuję to. Domyślam się, że wiele osób nie rozumie, po co człowiek się wspina i dręczy – dlaczego poświęca na to swój wolny czas, pozwala, żeby zmarzł mu tyłek i wybiera się w miejsce, w którym nie może nawet normalnie zjeść, umyć się i wyspać. Absolutnie to rozumiem i czasami sama się nad tym zastanawiam. Jednak, gdy widzę w górach łopoczący na wietrze namiot, to myślę tylko o tym, że chcę tam być.

Kiedy się wspinasz, nie masz czasami wątpliwości, że nie dotrzesz do celu?

MW: Oczywiście, że mam. Jednak dla mnie im trudniej, tym lepiej. Ciągle zmagam się z testowaniem samej siebie. A krytyczne momenty miewam notorycznie. Ale chcę przesuwać granicę swoich możliwości coraz dalej.

Jak wspominasz rajdy? Mało jest tam kobiet. Tych, które są, nie traktuje się jak maskotki?

MW: Nigdy nie czułam się traktowana jak maskotka, zresztą tego bym nie zniosła, ale jako „przeszkadzajkę” na pewno. Mężczyźni mają bowiem przeświadczenie, że pewne rzeczy są zarezerwowane tylko dla nich. Myślę, że zmieniali zdanie, kiedy zostawiałam ich na rajdzie za sobą. Nigdy jednak nie czułam się wybitnym kierowcą rajdowym. Zresztą od wielu lat w nich nie uczestniczę.

Jak wypoczywasz? Potrafisz leżeć na plaży, nic nie robić i patrzeć w niebo?

MW: Od pięciu lat tak, od kiedy moje dziecko zaczęło potrzebować robienia zamków z piasku lub poleżenia, poukładania puzzli czy pośpiewania. Kiedyś te zwykle przyjemności uważałam za stratę czasu, nawet się przed nimi buntowałam. Z czasem okazało się jednak, że czerpię z tego coraz większą przyjemność.

Gdzie spędzacie letnie wakacje?

MW: Nad polskim morzem. Najczęściej bywamy na Helu, a ostatnio w Krynicy Morskiej. To czas dla mnie i mojej córki. Przez dwa tygodnie będziemy lepić babki z piasku, spacerować, grać w cymbergaja i przepuszczać czas przez palce.

Prestiż  
Październik 2013