Gotowanie na ekranie

Autor

Szymon Kaczmarek

Mam dość! Tak, potrafię rozgrzać na patelni tłuszcz, posiekać cebulę i czosnek. Potrafię nawet dodać do tego gałązkę rozmarynu lub tymianku. Nie mam problemów z zagotowaniem wody na herbatę, ani z usmażeniem nawet czterech jaj na jajecznicę. Mam dość widoku powyższych czynności w dziesiątkach programów kulinarnych osaczających mnie z każdej telewizyjnej strony. Jakubiki, Okrasy, Makłowicze, a nawet ukochany Przyjaciel Gieno od serów, wciąż nachalnie i uparcie popisują się siekaniem i rozdrabnianiem za pomocą „noża szefa", choć czynność owa w telewizyjnych programach kulinarnych obecna jest w niezmiennej formie od lat wielu. Autorom tych programów chciałbym uświadomić, że to abecadło kuchenne jest już tak ograne, jak "Last christmas" w grudniowej ramówce każdej stacji radiowej. Panie i Panowie, telewizyjne gwiazdy kulinarnych programów, pokażcie nam sytuacje, w których rozpadają się placki ziemniaczane lub przywiera do patelni delikatny plaster polędwicy. Kiedy sypnęło się zbyt wiele soli albo nie wyrósł suflet... Gdy nabyty za słoną cenę kawałek ryby okazuje się średnio pachnącym strzępem zatopionym w mrożonej glazurze. Żądam prawdziwej porady, a nie kitu! 

Programy kulinarne są znakomitym wabikiem na widza wielu stacji telewizyjnych. Oczywistą oczywistością jest, że wolę oglądać na ekranie mizerię, niż kolejną konferencje prasową Macierewicza. Rumiano przysmażony befsztyk, w otoczeniu kolorowych surówek wygląda o wiele atrakcyjniej, niż rumieniec na twarzy polityka jakiejkolwiek partii. Ale nie dajmy się zwariować. 

Wśród telewizyjnych kucharzy mam swoich faworytów. Cóż, większość z nich to obcokrajowcy. Będąc jednak maniakalnym zwolennikiem kuchni staropolskiej nie będę ich reklamować, skupmy się zatem na rodzimym garnuszku. Polskie "przekaziory" opanowała zaraza naśladownictwa programów licencyjnych z USA i Europy Zachodniej. W kulinariach, podobnie jak i w rozrywce. Bezmyślnie, często karykaturalnie powielamy sprawdzone na zachodzie wzorce, co skutkuje takimi potworkami estetycznymi jak nie przymierzając "Ugotowani" lub inne walki o "fartucha". Niedawno obserwowałem bezradne w swojej rozpaczliwości oczy pretendentów do miana "Mistrza Kuchni", którzy w ciągu jednej godziny mieli przygotować homara! No, proszę Was..... jak często w polskiej kuchni robi się homara??? Sam będąc kulinarnym dewiantem, miałem tą przyjemność jeno jeden raz. Efekt z pewnością nie zadowoliłby jurorki pani G. a ja straciłbym fartucha. Jak głosi przysłowie: "znaj proporcjum mocium panie". Afera z eklerkami i nieszczęsną córką zatacza olbrzymie kręgi w necie. 

Czy po obejrzeniu takiego programu gna Was do Kuchni?   

Szanuję, a nawet ślinię się czasami obserwując Jakubika, który lubi tłusto i niezdrowo, Okrasa idzie dobrym tropem szukając piękna w tradycji, nawet Makłowicz po rozwodzie z panią producent daje radę prezentując nieodległą egzotykę. Brak mi jednak programu naszego, swojskiego. Realizowanego w niewielkiej kuchni typowego m3. Ze wszystkimi trudnościami w zdobyciu odpowiedniego surowca, skromnym wyposażeniu, i realiach codziennej konieczności upitraszenia obiadu dla zgłodniałej rodziny. Przecież wnętrza kuchenne uczestników "Ugotowanych" naprawdę nie są wzorcem mieszkania przeciętnego "Polaka-szaraka".

Będąc tradycjonalistą i miłośnikiem kuchni staropolskiej nie stronię od eksperymentów i poszukiwań. Z przyjemnością poszukuję nowych przypraw i smaków. Wszystko jednak ma swoje uzasadnienie, więc choćby z tego powodu kolendra nie zastąpi natki pietruszki, a cytrynowa trawa octu lub kwasku cytrynowego. 

Obawiam się, że w najbliższym czasie telewizyjne programy kulinarne dotknie ten sam problem, który mają ekipy realizujące filmy przyrodnicze: najtrudniej sfilmować leoparda tak, by w kadrze nie pojawiła się żadna z kilkunastu ekip filmowych konkurencyjnych stacji.

Rosnące jak na drożdżach niewielkie gospodarstwa produkujące regionalne wyroby mięsne, czy nabiałowe wraz z ich właścicielami - pasjonatami są prawdziwą kopalnią tematów dla telewizyjnych producentów. I tu ukłon w stronę wspomnianego Giena Mientkiewicza, który uparcie zagląda "Przez dziurkę od sera", choć polubię Go jeszcze bardziej, jeśli zrezygnuje z pokazywania mi w każdym programie jak sieka cebulę.

Pomarudziłem, ponarzekałem, pójdę, więc teraz na ryneczek, wybiorę ze dwie dorodne papryki i nafaszeruję je mieloną łopatką, warzywami i grzybami. Oczywiście w sosie z dojrzałych pomidorów. Tylko, zaraz....jak to się sieka cebulę?

 

Szymon Kaczmarek

Prestiż magazyn szczeciński
7( 65)
Listopad'13
gajda