Bez puenty

Grzegorz Dolniak – artysta kabaretowy, konferansjer, animator kultury. Dyrektor  (choć osobiście woli określenie El Komendante) Szczecińskiego Przeglądu Autorskich  Kabaretów SZPAK. Twórca kabaretu Szarpanina, który w lutym br. zawiesił działalność. Kiedy wpisuje się jego nazwisko w programie Word, autokorekta sugeruje poprawę na „Dolinka”. 

Autor

Daniel żródlewski

galeria

Grzegorz, wymień proszę 3 rzeczy, których nie cierpisz, które Cię wkurzają.

…? [w oczach rozmówcy pojawia się wielki znak zapytania – przyp. red]

Pytam, bo chcę sprawdzić poziom Twojej frustracji i czy odbija się na twoim scenicznym emploi… To prawda, że kabareciarz szydzi z tego, czego sam nie lubi?

To zależy od kabareciarza. Ile kabaretów – tyle inspiracji. Mnie w kabarecie zawsze najbardziej pociągała nie tyle możliwość przełożenia na scenę frustracji, co możliwość zejścia głębiej w daną sytuację, problem, możliwość złamania konwencji, złamania schematu. Myślę, że z Szarpaniną parę razy nam się to udało i z tego jestem najbardziej dumny. Oczywiście wiele razy zdarzyło się wziąć na warsztat coś, co człowieka rozdrażniło: mierny film, pana od ubezpieczeń, itp.

Wiem, co Cię jeszcze wkurza: ulubione pytania dziennikarzy do kabareciarza, które brzmi…

Z czego śmieją się Polacy i skąd bierzesz pomysły na skecze?

[celowo i złośliwie] Z czego śmieją się Polacy i skąd bierzesz pomysły na skecze?

Polacy śmieją się z gilgotek, a pomysły na skecze biorę z netu.

Dobra, już na poważnie. Polityka Cię nie pociąga, taki zaangażowany kabaret?

Może za 30 lat, w okularach z brodą i gitarą. Póki co jest wiele ciekawszych sfer życia. Mnie w ogóle polityka średnio podnieca, więc jakoś szczególnie nie szukam tematów w niej. Ale oczywiście nie wykluczam tego, bo przecież informacje do mnie docierają i czasem bywa faktycznie inspirująco. Na ten moment chyba nie czuję się też wystarczająco kompetentny.

Wyczulony jesteś na szczecińskie sprawy, przynajmniej kiedy występujesz przed własną publicznością. Co Cię boli lub śmieszy w tym uroczym mieście?

Ojej. To temat na osobny wywiad… Sporo rzeczy mnie boli, ale kocham to miasto, choć czasami zastanawiam się, czy aby na pewno z wzajemnością. A boli mnie między innymi to, że mimo swoich rozmiarów, to miasto jest tak małe, że nie do końca chyba mogę napisać, co mnie tak naprawdę boli, bo się pół miasta obrazi i nie dostanę więcej kasy na SZPAK-a z urzędu [śmiech].

Zagłębie kabaretowe w Polsce to Zielona Góra, Wrocław, Rybnik, Kraków. Łatwo robić kabaret w Szczecinie? Nie chcesz wyjechać?

Kiedy zaczynałem tę drogę – było inaczej. W Kontrastach działaliśmy w kilka grup, wzajemnie się napędzaliśmy. Potem została tylko Szarpanina. Środowisko jest potrzebne, bo to motywuje. Kiedy zaczęliśmy jeździć po Polsce może nie było nam to aż tak niezbędne, ale na pewno lepiej się działa w większej ekipie. Ja od lat próbuję animować to środowisko w mieście, niestety, raczej bezskutecznie. Kilka lat z rzędu organizowałem warsztaty na SZPAK-u, nie została po nich żadna grupa. O, to mnie boli w Szczecinie [śmiech]. Z jednej strony stwarza to niszę i można czuć się wyjątkowym, z drugiej strony brakuje tej naturalnej rywalizacji z kolegami z podwórka. Ten brak jest dla mnie szczególnie odczuwalny przy organizacji festiwalu.

A skąd wiesz, że to, co Ciebie śmieszy, bawić może innych?

Nie wiem… Są pewne zabiegi, które dają jakąś tam pewność, ale tak naprawdę dopiero w konfrontacji z widzem można to ocenić. I ta adrenalinka jest fascynująca. Oczywiście, niektóre pomysły z góry wiadomo, że nie nadają się na scenę, bo są albo zbyt pojechane, albo zbyt hardcorowe, albo… po prostu słabe.

Czyli zdarzyło Ci się zawieść na swojej intuicji? Będąc pewnym, że publika padnie ze śmiechu, usłyszałeś… nic… w sensie grobową ciszę?

Oczywiście. I wtedy masz dwa wyjścia. Albo pomyśleć: „Nie znają się! Kopernika też nikt nie rozumiał!” I grać to dalej i być takim sobie wizjonerem albo zagrać jeszcze ze trzy razy i wywalić do śmieci, jeśli to faktycznie nie działa.

A odwrotnie? W sensie Ciebie nie śmieszy, a publikę – i owszem.

Teraz próbuję trochę solowego grania i zdarza się to, bo póki co trochę robię to po omacku. Ale to fajnie, jak się śmieją, bo zdarza się też, że się tylko dziwnie patrzą w momentach, w których ja bym chciał, żeby się śmiali. I tak się sobie nawzajem wtedy dziwimy [śmiech].

Nie ma szkoły kabaretowej, jak się zatem tego nauczyć? Wyczucie?

Na pewno trzeba mieć odrobinę tego czegoś, jakiejś viskomiki, i po prostu poczucia humoru. Resztę trzeba wypracować metodą prób i błędów, grać, oglądać się, jeździć na festiwale, zbierać opinie, czyścić, poprawiać. To chyba jedyna metoda. Po pewnym czasie po prostu się załapuje pewne manewry, które pomagają w pisaniu i graniu.

A propos szkoły, to kim jesteś z wykształcenia?

Studiowałem Stosunki Międzynarodowe i w zasadzie to nie wiem kim jestem…

I co, zabawne te stosunki?

Nie wiem, rzadko bywałem.

Skądinąd wiem, że na co dzień pracujesz w Akademii Sztuki w Szczecinie i to całkiem na poważnie? Zatem wykształcenie inne, praca inna, czyli kabaret to nie zawód?

Kabaret był moim zawodem przez ostatnie trzy lata, bo z tego się utrzymywałem. Ale nie muszę się z tego utrzymywać, żeby to robić, to po prostu pasja, która w pewnym momencie stała się sposobem na życie.

Nie pracujesz już z Szarpaniną, ale kabaretu nie porzuciłeś… ostatnio podczas „Wakacji z kabaretem w Szczecinie” pokazałeś swój talent do solowego rozśmieszania. Twoja definicja stand up’u?

Nie podejmę się definicji czegoś, o czym wiem tak mało. Ja jestem kabareciarzem i po prostu szukam dalszej drogi na realizację swojej pasji: bycie na scenie i rozśmieszanie ludzi moimi przemyśleniami. Nie chodzę teraz i nie nazywam się „standaperem” po kilku występach.

Samemu na scenie łatwiej?

Na tym etapie o wiele trudniej. To zupełnie inna bajka. To się inaczej gra i pisze, jest inny poziom energii. I każde potknięcie bierzesz tylko na siebie. A najtrudniej odrzucić imperatyw śmieszenia. Po tylu latach w kabarecie ciężko oduczyć się szukania gagu w każdym zdaniu.

Czyli jaki pomysł na nowego Dolniaka?

Jeszcze nie wiem, powoli się klaruje, póki co – szukam, badam, sprawdzam i skupiam się na przygotowaniu kolejnej edycji SZPAK-a.

No właśnie, już w listopadzie po raz 7 zafundujesz szczecinianom kilka dni śmiechu – ale podobno już od stycznia ludzie pytają Cię, co będzie na SZPAKU?

Pytają mnie o to zawsze napotkani przypadkiem starzy znajomi, którzy nie wiedzą, o czym ze mną gadać. Pada wtedy standardowe: „Siema Grzechu, jak SZPAK?!”.

Muszę. Taki zawód. Grzechu, jak Szpak?

Jak zawsze konkurs, a w nim 10 młodych, zdolnych formacji, które – mam nadzieję – zaskarbią serca szczecinian. Będzie trochę improwizacji, trochę stand – upów, no i oczywiście finał z gwiazdami, wśród których między innymi Ireneusz Krosny, kabaret Jurki i oczywiście laureaci festiwalu.

I na koniec z grubej rury: wymyśl puentę wywiadu.

O Ty, dziadu Ty… Właśnie za brak puent najbardziej nas (Szarpaninę) zawsze krytykowali, głównie guru kabaretu – Władek Sikora – za mną łaził i się naśmiewał. To może będę konsekwentny i po prostu zejdę na dżinglu…

[Dolniak i Źródlewski razem schodzą na dżinglu, który zagłusza ostatni tekst wywiadu: Dziękuję za rozmowę.]

Prestiż magazyn szczeciński
7( 65)
Listopad'13
gajda